Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2021

Dzień Kota (2197)

Świat z grubsza dzieli się na dwie części, na tych co: lubią koty i na tych co lubią psy. Dzisiaj (wspomnieniowo) będzie tylko o kotach. Kociego tematu z uwagi na poziom skomplikowania nie da się wyczerpać niemniej jednak próbę zarysowania choćby tematu zaczynamy od: Obowiązków kota. 

Czym są w naszym życiu koty? Jaką naprawdę odgrywają rolę? Wyjaśnia to opowiadanie które mi się kiedyś napisało. Właściwie to był sen, który tylko nieznacznie ozdobiłem paroma dodatkowymi słowami. 

Zarówno część pierwsza jak i druga zaprasza do przyglądania się naszym zwierzakom... . Do odkrywania prawdziwej ich natury i roli jaką spełniają lub mają do spełnienia w naszym życiu.

Siła wzroku (nie tylko kociego) została ujawniona tutaj.

Proszę zwrócić uwagę, że mamy dopiero (a może już?) połowę lutego i "Sezon na koty" właśnie się rozpoczął! W towarzystwie Andrzeja Waligórskiego to jest wydarzenie!

Ostatnia notka przypomina, że dawno nie było się w ulubionej Bydgoszczy. Brakuje mi tego wojewódzkiego miasta, największego w regionie, dyszącego wielkomiejską atmosferą, atrakcjami i klimatem... .  

Drodzy bydgoszczanie! Proszę się nie smucić z tego powodu: zajadę i do Was najszybciej jak tylko można.
- Niech no tylko zakwitną jabłonie!

piątek, 10 marca 2017

OBJAWIENIE czyli Co dwie głowy to nie jedna (1772)


Jeszcze nie otworzyłem oczu a już wiedziałem, że coś się stało.

Rzeczywistość docierała do mnie zza grubej warstwy jeszcze przed chwilą przeżywanego snu. Coś mi się  śniło, ale dokładnie co to nie zapamiętałem. Przeczucie podpowiadało mi, że za chwilę coś się stanie. I nie omyliłem się, bo zanim zdążyłem otworzyć oczy usłyszałem głos.

- Wykonaj procedurę! - Otwarte oczy i szybki przegląd pokoju upewniły mnie, że na pewno oprócz mnie nie było tutaj nikogo! A więc to do mnie jakiś Ktoś mówi coś - skądś... .

- Czego się rozglądasz, to do ciebie! - Teraz już nie było wątpliwości. Nieco oniemiały (Dobry Panie, słyszę w mojej głowie głosy!) w chwilę potem usłyszałem:

- Idź do łazienki. Zatknij korkiem zlew. Napuść wody do niego. (Do zlewu a nie do korka napuść tej wody!) Przypatrz się gościowi w lustrze. UWAŻNIE! W oczy mu spójrz zanim się woda przeleje na podłogę... .

- To jasne, że jak zlew się napełni, że trzeba zakręcić kran? I że woda ma być gorąca, a nawet wrząca?! No najgorętsza jaka jest możliwa. I teraz najważniejsze.

- Przyjrzyj się dokładnie gościowi w lustrze. SPÓJRZ MU W OCZY. Przestudiuj wory pod oczami, rozmazany makijaż czy to co tam wokół oczu masz.  D o k ł a d n i e . Teraz dopiero jesteś uprawniony by wykonać najważniejsze. UŚMIECHNIJ SIĘ.

- A teraz? ZANURZ DŁONIE W TEJ GORĄCEJ WODZIE. Powiedziałem  Z A N U R Z . Oczywiście, wiem, że parzy. Na chwilę je tylko włóż, no do pierwszego bólu. Pierwszy raz na chwilę, a drugi raz (a może dopiero na piąty raz?) już na nieco dłużej. Staraj się wytrzymać jak najdłużej. Grzej w tej gorącej wodzie dłonie tak długo jak się tylko da! Wkładaj i wyjmuj ręce tak często i długo aż woda całkiem ostygnie! Idź i zrób to.
N A T Y C H M I A S T .

Po usłyszeniu tego wszystkiego trochę mi dziwnie się zrobiło, ale pomyślałem sobie: A co mi tam, a co mi szkodzi? Pójdę jak ON mi każe i zrobię jak ON powiedział.- Tylko kim jest ON?!

- I pamiętaj: po przeprowadzeniu wodnej procedury wróć tu i opowiedz mi co poczułeś! To ważne abyś mi opowiedział. Dokładnie.

No to poszedłem, spojrzałem sobie głęboko w oczy, napuściłem, zatknąłem i zanurzyłem. Najpierw raz na krótko (woda była wściekle gorąca!), ale coraz dłużej za każdym razem.

Teraz już z własnej woli zacząłem - nie podnosząc specjalnie głowy - co chwilę zerkać do lustra. No i zobaczyłem, że ten jeszcze przed chwilą nieszczególnie wyglądający gość zaczyna się z każdym zerkiem wypogadzać. No jakby zmarszczek mniej zaczyna mieć, wory mu się robią jakby mniejsze, no i pogodniejszym, weselszym jest!

A tymczasem woda stygła! Aby przedłużyć przyjemność co jakiś czas dopuszczałem sobie bardziej gorącej. Przyjemne ciepełko zaczęło ogarniać całe ciało a kiedy zaszumiało mi przyjemnie w mózgu zrozumiałem o co chodzi! Krążenie, dobroczynne krążenie pobudzono!

Zgodnie z zaleceniem po raz kolejny spojrzałem na gościa w lustrze. Patrzył na mnie ten sam co przed paroma minutami człowiek, ale jednak nie ten sam: promienny, roześmiany od ucha do ucha, radosny jakiś taki jakiego dawno nie pamiętałem!

Nieco oszołomiony tym odkryciem (nadal uśmiechając się pod nosem) poszedłem do sypialni. Nie, nie chciało mi się kłaść, rozparłem się w fotelu czekając co się dalej wydarzy. I nie zawiodłem się! ON znowu się odezwał:

- No i jak ci tam?! - No to opowiedziałem mu jak było powyżej. Że kości w dłoniach mi się rozgrzały, że w głowie szumi, że raczej przyjemnie mi teraz jest. I jeszcze dopowiedziałem, że katar co to mi się wczoraj zaczynał  od razu przeszedł jeszcze w trakcie trwania procedury... . Dziwne.

- A co w tym dziwnego? Rozgrzałeś krew zaczęła ona szybciej krążyć. I dalej to już wiesz! Nie bagatelizując kłopotów ze zdrowiem pamiętaj : NIE TRZEBA Z KAŻDYM GŁUPSTWEM LATAĆ DO DOKTORA! Czasami warto i trzeba posłuchać jak własny Organizm do ciebie przemawia.

*     *     *
Następnego ranka sytuacja się powtórzyła. ON do mnie zagadał i przypomniał przykazując abym o tym patrzeniu w lustro i uśmiechu (koniecznie!) pamiętał.  I jeszcze dodał co następuje:

- Pamiętaj! Nie odpowiadam za to co ze sobą robisz. Sam jesteś odpowiedzialny za siebie. Jeśli masz schorzenie reumatyczne które nie pozwala dłoni do gorącego wkładać to ich nie wkładaj, ale o lustrze pamiętaj, aby co ranka do niego się uśmiechać. Woda ma być gorąca, ale jak sobie tkankę mięśniową na gościach dłoni obgotujesz to tylko twoja wina. I pamiętaj: nie mówiłem ci abyś dolewał z czajnika, tak aby ci krew w żyłach się także zagotowała... .

I żeby nie było już żadnych wątpliwości. Procedurę wodną powtarzaj codziennie i zawsze kiedy przyjdzie ci na to ochota. ...albo jak nie będziesz na nic miał ochoty!
STOSUJ PROCEDURĘ A ZAHARTUJESZ SWÓJ ORGANIZM.

To nie jest przecież horror wynikający z zastosowania się do doktorskiego zalecenia, aby po prysznicu lodowatym strumieniem się polewać... . Nigdy tego nie stosowałeś, ale za to teraz możesz się hartować łatwo i przyjemnie, nawet kilka razy dziennie.

Aha! ... i najważniejsze:
procedurę wykonuj starannie i czerp z tego przyjemność!


piątek, 15 stycznia 2016

Pułapka na mrówki (1578)

© Autor — Leonid Kaganow, 2010 - http://lleo.me
















Tymek wyszedł na balkon. Tu już było całkiem świeżo, zupełnie jasno
i coś tam niewidocznego ćwierkało w powietrzu, bez opamiętania
ciesząc się pierwszym w tym roku, ciepłym dniem. Nie zdążysz się
obejrzeć a zaczną się końcowe egzaminy, a w chwilę potem wstępne... .

Teraz jednak w przerwie między szkołą a ćwiczeniami z chemii można
sobie pozwolić na myślenie o niczym, wiedząc, że życie nakierowane
we właściwą stronę samo wie dokąd biegnąć. I tym sposobem co ma
się stać to się stanie niezależnie od samego zainteresowanego, który
po prostu stoi sobie na balkonie ze szklanką herbaty w dłoni.

Stoi tak patrząc z piętnastego piętra w dół, na skrzyżowanie i
przypatrując się jak daleko daleko w dole poruszają się w różnych
kierunkach malutkie ludziki, migają ich czapki i torby na kółkach,
jak szara figurka policjanta z drogówki rozmawia o czymś tam
z kierowcą samochodu, jak obydwaj śmiesznie machają rękami... .

- Tymon, a ty gdzie? Dzisiaj jak będziesz jechał przez centrum
  wysiądź na Tretiakowskiej i kup pułapki, dowiedziałam się gdzie
  je sprzedają. - rozległ się głos z pokoju.
- Mamo, jakie tam znowu pułapki? - Tymek niechętnie odrywa się
  od balustrady i idzie do pokoju.
- Jak to jakie? Na mrówki! Przecież ci o tym opowiadałem, jak
   koleżanka z pracy się ich pozbyła w ciągu tygodnia.

A mrówki były biedą całego ich bloku.

Sufit i ściany kuchni przecinały dziesiątki owadzich tras, po których
dniem i nocą poruszał się ożywiony ruch towarowy. Wystarczyło
zostawić cokolwiek jadalnego na stole i od razu pojawiało się pełno
mrówek.

Szczególnie źle było z pieczywem. Nie chroniły go żadne opakowania.
Posługując się nie wiadomo jakimi instynktami mrówki bezbłędnie
znajdowały drogę i pokonywały wszystkie możliwe utrudnienia.

Czasami Tymek zamyślał się nad tym jak wygląda życie mrówki. Jak
szalenie skomplikowana i zwariowanie złożona musi być dla niej
powierzchnia pozwijanej, zwykłej plastikowej torby w której schowany
jest chleb. Na pewno jest bardziej skomplikowana niż ta cała jego
chemia i geometria razem wzięte... . Niekiedy Tymek zaczynał wątpić,
czy będąc na miejscu mrówki mógłby tak łatwo znajdować drogę
w tym niezmierzonym, ogromnym świecie składającym się z niezliczonych
kalejdoskopowo gigantycznych ścianek.

Na początku ojciec wymyślił, aby podwieszać chleb na samym środku
kuchni, na cienkim szpagacie. Jednakże jakiś mrówczy geniusz domyślił
się, że jeśli po ścianie dojść do pewnego gwoździka i od niego długo-długo
pobiec po sznurku to można dobiec do węzełka, po którym już tylko
wystarczy spuścić się w dół by dotrzeć do upragnionego zawiniątka
ze smacznym chlebem. I tak utworzyła się kolejna mrówcza trasa. Od
tego czasu zaczęto trzymać chleb w lodówce, skąd wychodził mokry,
zmrożony i jakiś taki bez życia.

Żadne środki na mrówki nie działały, nawet gościu ze sanepidu specjalnie
nie pomógł, gdy melancholijnie zraszał ściany jakimś paskudztwem o zapachu
igliwia. I tak w ostatnim czasie mama ciągle mówiła i mówiła o najnowszych
pułapkach, które innym ponoć pomagały pozbyć się mrówek.

- Tymek, czy ty mnie w ogóle słuchasz czy nie? - znowu rozległ się jej głos.
- Ja? A... tak! A co to takiego ta pułapka?
- To jest zużyta pułapka żebyś miał na wzór, a to jest instrukcja do
  niej, wzięłam to od koleżanki z pracy.

- Pojedziesz do kiosku z artykułami przemysłowymi na Tretiakowskiej
   i nakupisz takich pułapek ile będzie można. Masz tu pieniądze.
   Zapoznaj się z instrukcją i wieczorem rozmieścisz te pułapki. W końcu
   to u nas kto jest biologiem, no kto?! Działaj.

- Biolog... . - Tymek chrząknął i wyprostował się.

Ostrożnie wziął maleńkie przezroczyste pudełko i poszedł do swojego
pokoju zgłębiać powierzone mu zadanie.

Opierając się na opowiadaniach mamy Tymek wyobrażał sobie pułapkę
jako maleńkie pomieszczenie z zatrzaskującymi się drzwiami, coś na
kształt łapki na myszy. Nie bardzo rozumiał ile takich pułapek potrzeba
aby wyłapać wszystkie mrówki.

Pułapka okazała się niewielkim pudełkiem, płaskim raczej, mniejszym od
zapałczanego. Wykonana z przezroczystego materiału błyszczała na
zgięciach. W czterech jej bokach znajdowały się prowadzące do wnętrza
cztery owalne otwory-włazy. Wewnątrz pustej przestrzeni znajdowała
się płaska czarka, wymazana resztkami burej emulsji.

I nic więcej wewnątrz nie było. Żadnych tam dźwiczek, zatrzasków,
opuszczających się podłóg, zębatych potrzasków czy innych atrybutów
pułapki. Tylko w jednym kącie leżało zapomniane przez kogoś
w pośpiechu drobne coś.

Tymek starannie odłożył pułapkę na stronę i zaczął czytać instrukcję
zaczynającą się od wielkiego napisu: ONSTUKCJA. Całość tekstu
stanowiła prawdziwe wyzwanie dla ludzkiego rozumu zakończone
dziwnym podpisem i tekstem: "Wykonano w USA, na licencji Stanów
Zjednoczonych, Tajwan".


Przedzierając się przez cudacznie złożone akapity Tymek stopniowo
ogarniał sposób działania. Okazało się, że ustrojstwo tak prawdę mówiąc
nie było żadną pułapką, a co najwyżej było karmidełkiem. Sądząc z rysunku
czarka wewnątrz na samym początku była napełniona czymś tam - czymś
tam. Owady wchodziły do środka zajadały się a na koniec jeszcze łakomiły
się zabierając ze sobą cząstki smacznego zapewne jedzenia. Nikt ich nie
powstrzymywał jak rozpełzały się po swoich gniazdach, po to by po
tygodniu jak głosiła instrukcja "wszystkie były wymarłe".

Na kolorowym obrazku do pułapki wchodziły rzędy mrówek
po to by po jej przejściu na ścianie i na tapecie być już do góry łapkami
co według chińskiego artysty schematycznie oznaczało, że "były wymarłe".

Tymek wyrzucił z plecaka książki, włożył do niego tylko zeszyt ćwiczeń
z chemii, narzucił na siebie kurtkę i wyszedł z domu. Tak w ogóle to
powinien w drodze na zajęcia poczytać co nieco z zeszytu, ale info o pułapce
takie zrobiło na nim wrażenie, że zagłębił się w zgoła inne rozmyślania.

Co każe mrówkom wchodzić do pułapki? Z instrukcji wynikało,
że skład pożywienia ma jakieś walory "przyciągające". Co twórcy
tego środka mieli na myśli? Na pewno samo jedzenie ich nie przyciąga.
Mają przecież tego po uszy na podłodze. Zapach samiczki? Mrówka
robotnica nie reaguje na samiczki. To w takim razie co je przyciąga?

Tak rozmyślając Tymek pokazał kontrolerce w metro bilet i wszedł
na ruchome schody. No ładnie, powiedzmy, że jest coś co przyciąga
mrówkę, która rzuca wszystko w kąt i lezie do pudełka. No i co,
wchodzi do środka a tam ze wszystkiego jest tylko jakieś podejrzane
jadło. Po co jej to jedzonko, kiedy i tak gdzie indziej ma go pod
dostatkiem? I czy na pewno nie jest dla niego podejrzany ten przezroczysty
domek, który tak się nagle pojawił i ta specjalna czarka w nim.

Nie, nie! Mrówka nawet o tym nie myśli skoro już tu jest. A więc jeśli
już jestto jedzenie to onaż mrówka się najada, a potem obładowana
pożywieniem zanosi je do siebie do domu i jeszcze ugaszcza wszystkich!

Czy stworzenie które zdolne jest znaleźć drogę w skomplikowanych
zakamarkach plastikowych ścianek może aż tak głupio kalkulować?
Ściśle rzecz biorąc stworzenia te niespecjalnie mają mózg, tylko jakiś
tam zwitek nerwów.

Tymek na moment zmartwiał, że może taką głupotę palnąć na egzaminie... .
Tak przecież to jest u robaków a mrówki oczywiście mają mózg. Maluśki
on jest i daleko mu do dwukilogramowego mózgu człowieka, ale jest.
Co by o niej nie powiedzieć mrówka to nierozumne stworzenie, we władzy
instynktów, sterowane bezlitosną ewolucją. Przeżywa mądrzejszy.

Tymek wyszedł na stacji Tretiakowska i rozejrzał się. Wokół całymi
rzędami stały handlowe ławy, a nad nimi na potężnych słupach był rozciągnięty
szklany dach pawilonu. Na samym szczycie ozdobiony herbem miasta pysznił
się dumny napis: "Pasaż Tretiakowski". Aż cicho gwizdnął ze zdumienia
pod nosem - ledwie miesiąc go tu nie było a jak wszystko uległo zmianie!

Kioski były i wcześniej, wyrastały jak grzyby i zmieniały się kolejno:
nagrywanie kaset przekształcało się w piwiarnię, potem w salon gier i aptekę,
po to by znowu stać się piwiarnią... . A tego szklanego dachu przedtem na
pewno nie było! I jeszcze ta nazwa: "Pasaż Tretiakowski". Pasaż oczywiście
był tutaj od zawsze, tyle że wcześniej za tamtymi kioskami, w przejściu koło
płotu.

Tymek odruchowo wciągnął powietrze. Wcale nie pachniało pasażem.
Pachniało wiosną, mimozą, piwem i dochodzącym nie wiadomo skąd ostrym
zapachem indyjskich chipsów.Tymek minął stragany ze szkłem, wypatrując
stoiska z gospodarstwem domowym. Znalazł je nie od razu - okazało się,
że takiego klasycznego z gospodarstwem domowym to tu nie ma.

Był za to kiosk zoologiczny, gdzie obok obroży i konserw dla kotów w witrynie
rzeczywiście leżał stosik pułapek na mrówki. Dokładnie takich jak te o których
mówiła mama, tyle że czarki w nich były napełnione po brzegi. Od razu kupił
pakiet złożony z dziesięciu pudełek, upchał je do plecaka i skierował się
do metra leniwie oglądając szeregi piw różnego rodzaju, hałdy kaset
i stosy książek.

Było głośno i Tymek nie od razu z tego szumu wyłowił akurat motyw, a kiedy
wyłowił go, to aż zamarł. Komu jak komu ale jemu nie trzeba było objaśniać
co to za melodia. Był to drugi utwór z ostatniego albumu grupy "Dagger Grew".
Tymek miał ten utwór już od pewnego czasu, ale o wiele przyjemniej było
usłyszeć tą ulubioną melodię właśnie tutaj, w takim nieoczekiwanym miejscu.

Kiosk z którego wydobywała się ta melodia nie był taki zwykły, szklane
okienko w nim nie było zastawione butelkami czy kwiatami. To nawet nie
był kiosk, tylko maleńki sklepik z ladą w środku. Za nią stały dwie
sympatyczne dziewczyny w wieku Tymka - no może o rok starsze -
w firmowych czerwonych bluzkach, szczebioczące coś między sobą.
Pachniało indyjskimi czipsami i wiosną.

Tymek pchnął szklane drzwi, chwilę przystanął na progu i wszedł do środka.
Szklane drzwi się zamknęły a wyżej, gdzieś nad uchem rozległ się dźwięk
dzwoneczka. Od razu zniknęły wszystkie szumy ulicy i gdzieś tam umilkła
muzyka, tak jakby albo utwór się skończył albo dochodziła ona z innego
kiosku.

Dziewczyny przerwawszy rozmowę zwróciły się do Tymka i jak na komendę
uśmiechnęły się do niego:

- Dzień dobry! W czym możemy pomóc?

Tymek przybrał poważną minę i nie spiesząc się rozejrzał wokół. Kiosk
okazał się dla niego najmniej interesującym ze wszystkich: perfumeria.
Nad ladą wisiały stelaże pełne wacików, szczoteczek do zębów, patyczków
do uszu czy zmywaczy. Wszystkie te szampony, wody kolońskie, szczotki
i mydła zwykle kupowała mama i Tymek nigdy nawet nie pomyślał skąd się
one biorą. Sprzedawczynie oczekująco patrzyły na niego i jakoś tak nieswojo
było mu odwrócić się jakby nigdy nic i odejść.

- Czy jest pasta do zębów? - głupio się zapytał. 
- Oczywiście, proszę podejść i zapoznać się z ofertą. - Dziewczyny jak
   na komendę wskazały rękoma na ladę.

Tymek podszedł. Rzeczywiście w oszklonej gablocie była cała kolekcja
firmowych past do zębów, ale niczego znajomego w rodzaju  ulubionej
"Perły" nie znalazł. Za to spojrzawszy na ceny, aż w myślach zagwizdał.

- A czemu tutaj nie widzę proszku do zębów? - zapytał pouczającym tonem.
- My tego artykułu nie prowadzimy. - odpowiedziała jedna z dziewczyn.
- A czemu aż tak źle? - powiedział z wyrzutem Tymek i przesadnie pokiwał
głową patrząc srogo na dziewczyny.

A te z przepraszającymi uśmiechami rozłożyły ręce. Tymek już miał się
dumnie oddalić, gdy zadał jeszcze na odchodnym pytanie:

- A to, co TO jest?

Na ladzie, tuż przed sprzedawczyniami stała wielka przezroczysta
skrzynka, pełna małych niebieskich rurek. Jak to się stało, że Tymek
jej wcześniej nie zauważył?

- To są próbki fito-szamponu "Celin". Proszę sobie wziąć. Dobry
jest na porost włosów, przeciwdziała ich wypadaniu, odżywia
komórki włosowe, nie zawiera sztucznych dodatków, przyrządzany
jest według starych recept z naturalnych ekstraktów traw wyrosłych
na zboczach Alp.
- Alp. - Tymek powtórzył mechanicznie, smakując eksplozywne słowo.
- A ile to cudo kosztuje?- zapytał.
- Proszę sobie wziąć. To są bezpłatne próbki.

Do szklanych okien kiosku zajrzało nieśmiało wiosenne słońce, promienie
zabłyszczały na pudełeczkach i flakonikach, a dziewczyny zamieniły się
w solidne sprzedawczynie. Nie ulega wątpliwości, że wszystko to był zwykły,
najzwyklejszy przypadek.

- Bezpłatne? - zapytał Tymek i jego głos drgnął.

Zamiast odpowiedzi sprzedawczyni wzięła dwie rurki i podała je Tymkowi.
Ten pięknie podziękował i schował je do kieszeni.

- A można dostać jeszcze ze dwie? - zapytał nieśmiało.
- A tak, ile pan zechce! - odpowiedziały mu coraz bardziej znajome
  sprzedawczynie.

Tymek ze spuszczonym wzrokiem zanurzył rękę w pudle i wyciągnął
pełną garść, starając się nie podnosić wzroku na ekspedientki. Wydawało
mu się, że się ciut zachmurzyły i instynktownie rozluźnił kurczowy zacisk
aż parę próbek upadło z powrotem. Starając się odwracać dłoń tak aby
nie było widać ile wziął Tymek doniósł rękę do kieszeni i kiedy ją rozluźnił
dopiero spojrzał na sprzedawczynie. Nie, w ich twarzach nie było niczego
nagannego. Obydwie zachęcająco uśmiechały się do Tymka, aż ten
pożałował rozluźnionej dłoni i upuszczonych próbek.

- Dziękuję paniom! Bardzo dziękuję!
- Nie ma za co! Proszę do nas zaglądać częściej!
- Dziękuję! A można będzie? Przyjdę! Dzięki!
- Wszystkiego dobrego! - powiedziały ekspedientki i... spojrzały po sobie.

Tymek otworzył drzwi i wyszedł na ulicę. Cicho zadźwięczał dzwoneczek
nad uchem i ze wszystkich stron otoczył go szum. Ktoś na kogoś krzyczał
ochrypłym głosem, gdzieś tam nawoływali by kupić gazetę i dowiedzieć się
całej prawdy o prezydencie, z kiosku po prawej rozlegały się elektroniczne
uderzenia bitów, a wrzaskliwy babski głos nadawał na jednej nucie, że
"un to tera z inno babo chodzi...".

Tymek odszedł nieco na stronę i zaczął przekładać niebieskie rureczki
z kieszeni do plecaka. Okazało się, za ma ich całe osiemnaście sztuk.
Kiedy spojrzał na zegarek zrozumiał, że na chemię to jest już spóźniony
o całe pół godziny. Zanim puścił się galopem po schodach do metra
jeszcze raz spojrzał na kiosk, przebiegle uśmiechnął się i i pomyślał,
że jutro, - jutro zaraz po szkole - koniecznie musi tutaj przyprowadzić
swoich.

sobota, 26 grudnia 2015

Korespondencja w sprawie "Sprzedawcy liczb losowych" (1575)























Szanowny panie Leonidzie, 

Dwa dni temu ukończyłem przekład jednego z najbardziej lubianych 
przez mnie Pańskich opowiadań. Tym utworem jest "Sprzedawca 
liczb losowych" . W tym utworze znalazłem wszystko to co tak podoba 
mi się w Pańskiej twórczości. Teraz chciałbym je pokazać moim przyjaciołom. 
Zależy mi na tym aby towarzyszyła temu bardziej szczególna oprawa.
- Ten utwór zasługuje na to!

Krótko mówić: proszę aby Pan napisał chociaż parę słów tytułem wstępu. 
Mamy sobotę wieczór, więc proszę się nie dziwić, że jestem 
w marzycielskim nastroju.

Z wyrazami szacunku

Obserwator Toruński

* * *

Szanowni Państwo,

Chociaż nie znam języka polskiego, przy pomocy Googla zrealizowałem 
swoje zamierzenie; mogę zwrócić się do Was w języku Mickiewicza 
i Słowackiego.

Tak, bardzo mi zależało na tym aby do moich polskich czytelników zwrócić
się właśnie w tym języku. Ostatecznie jest to język na który moje prace są
najczęściej tłumaczone, także i przez Obserwatora Toruńskiego. Cieszę się,
że wybrał do udostępnienia właśnie to opowiadanie! To jest jedna z tych krótkich 
historii w których chciałem zmieścić jak najwięcej z mojego widzenia świata. 
O tym jak wielką wagę przykładałem do tego opowiadania jest fakt, że 
pracowałem nad nim trzy lata.
...a teraz cieszę się, że po przetłumaczeniu na polski trafia do Was!

Pozdrawiam polskich Czytelników

Leonid Kaganow

* * *

Marzenia się spełniają! Dziękuję Panu za życzliwe słowa. Myślę, że w niedługim 
czasie Pańskie opowiadanie wraz ze słowem wstępnym pokaże się na ekranie 
"Obserwatora Toruńskiego". Traktuję je jako mój bożonarodzeniowy prezent 
dla moich internetowych przyjaciół.

Pozdrawiam serdecznie

Obserwator Toruński

PS. Mam nadzieję, że przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia i u Pana 
postępują sprawnie. U nas wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Jest wszystko 
co powinno być: prawdziwa choinka, kutia, bigos, makowiec, karp w galarecie 
i keks. O świeczki na choinkę (o które nawet i u nas trudno!) nie musimy się
martwić,bo zostały nam jeszcze z zeszłego roku.

Proszę przyjąć serdeczne życzenia i od nas:
Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia!

O.T.

poniedziałek, 2 marca 2015

Mistrzem się bywa 2/2 (1516)


No i tym sposobem okazało się, że pod koniec biesiady tenże
Wszechmocny skierował tylko do mnie dosyć szczególne a mocno
prywatne pytanie:
  • Jak to jest z tą waszą katolicką religią? Jak to jest, że tylko
    ci pastuszkowie, tylko oni maluczcy tą waszą Matkę Boską,
    tylko oni Ją widzą... ? Jak to jest, że tylko im ona się objawia?!
W tym momencie powiało mrozem i było tak jakby wszyscy w jednej chwili
znaleźli się na Syberii. Nawet syndyk nie kumający specjalnie angielskiego
wszystko zrozumiał i aż zesztywniał z wrażenia. Nie mówiąc o pozostałych
osobach na sali. Cisza zaległa jak makiem zasiał, mi zaschło w gardle,
chwilkę pomyślałem i wypaliłem do Szefa Wszystkich Szefów mniej
więcej tak.
  • Pozwoli pan, że opowiem pewną historię.
Proszę sobie wyobrazić wielką górę. Jest naprawdę wysoka! Chmur sięga,
nieba samego. Niedostępna dla zwykłych śmiertelników ona jest! Pokryta
ostrymi skałami i nieprzebytymi lasami broni się przed zwykłymi ludźmi.
A na samym szczycie, najwyżej jak tylko można stoi złoty tron. A na tym
złotym tronie siedzi pewien Wszechmocny Człowiek.

Oto wskaże palcem i jedna z jego fabryk (O tam, ta w dole, po lewej) znika!
Tysiąc dwieście pięćdziesięciu sześciu ludzi idzie na bruk. Nie, tysiąc dwieście
siedemdziesięciu ośmiu ludzi idzie na zieloną trawkę! Fabryka znika w jednej
chwili, bo taka jest konieczność finansowa w korporacji. To co nie przynosi
dochodu  m u s i  zniknąć.

W chwilę potem, w zupełnie innym miejscu powstaje nowy zakład! Dziesięć
tysięcy ludzi znajduje w nim pracę! Region się bogaci, rodzą się dzieci.
szczęście rozkwita. A wszystko to oni zawdzięczają Temu Który Siedzi Na
Wysokiej Górze. Temu który widzi wszystko i wszystkim zarządza. W związku
z tym trzeba zadać kardynalne pytanie:
  • Czy On może wszystko?
  • On może p r a w i e wszystko.
  • Dlaczego tylko p r a w i e ??
Proszę siedząc na tym złotym tronie spojrzeć z wysokiej góry na tą oto
zieloną dolinę. Wszyscy widzimy, że wypasane tam jest stado owiec.
Trzy dziewczynki, jeden chłopiec i duży biały pies pilnują stada bialutkich
owieczek

Niebieski strumyk płynie, owieczki się pasą, dzieci zbierając kwiatki pilnują
swego stada. Proszę się przyjrzeć tej dziewczynce z lewej. Proszę zobaczyć
jak właśnie w tej chwili zerwała garść wonnego rumianku! Jak delikatnie do
bukietu pochyla swą twarz wdychając cudowny zapach roślinki... .

Otóż Ten Który Może Wszystko, otóż Ten Od Którego Wszystko Zależy
jednego na pewno nie może: teraz nie może powąchać tej roślinki!

On który z wysokiej góry rządzi światem tej jednej jedynej rzeczy nie jest
w stanie doświadczyć. Musiałby zejść z tej wysokiej góry, udać do doliny,
i być tam razem z pastuszkami. Dopiero wtedy może doświadczyć cudu
jakim jest kwietna łąka, tylko wtedy może odczuć cudowność tego co
jest zapachem zwykłego przecież rumianku.

I to samo jest z innymi cudami. Trzeba zejść z wysokiej góry, aby ich
doświadczyć... . Trudu schodzenia w dół trzeba zażyć, pokory wobec
przeciwieństw gdy kamienie sypią się na głowę, a wszystko po to by
zobaczyć Tą Która Jest Dla Nas Tak Ważna... .

W salce biesiadnej było jak makiem zasiał. Szef Wszystkich Szefów,
który mocno podochocony przez całą opowieść mienił się na twarzy
stosownie do etapu na którym była story, na takie zakończenie opowieści
cichutko się zaśmiał (a jego świta mu zawtórowała) i wzniósł toast:
  • Niech cuda nam się przydarzają! 
W chwilę potem zabrzmiał zwykły szmer rozmów i świat wrócił do normy.
W pogodnym nastroju biznesowy obiadek dobiegł końca.

Na następny dzień wszyscy święci z naszej firmy składali mi gratulacje.
Nawet szef zwykle dosyć oględny w pochwałach powiedział coś takiego:
  • No to - panie Józefie - było niezłe zagranie, godne mistrza.
    Tak! Mistrzem się bywa! -
    dodał z zamyśleniu.
* * *






















Nie, nie udało się sprzedać wtedy tego zakładu! W ostatniej chwili, prawie
tuż przed podpisaniem kontraktu - będąc jeszcze na terenie zakładu - jeden
z bardziej spostrzegawczych przedstawicieli zagranicznej delegacji zapytał
się niewinnie:
  • A co to tam na horyzoncie - jakieś dwa kilometry od nas - tak sobie
    nieładnie dymi?
No i padła wtedy fatalna z naszej strony (a nie mogła być przecież inna!)
odpowiedź:
  • Ach to? Te dymy? A to jest dawne wysypisko śmieci. Poddano je
    bardzo starannej rekultywacji, ono jest od dawna nieczynne. Od
    czasu do czasu tylko występuje jakiś samozapłon i wtedy (przez
    parę tygodni w roku tylko!) ona hałda sobie dymi i dymi. ...ale to
    nic szczególnego, wysypisko od dawna jest nieczynne no i sporo
    daleko nam do tej hałdy... .
W zagraniczną delegację jakby piorun strzelił. Zagadali slangiem coś tak szybko,
że nie można było kompletnie nic zrozumieć. Obejrzeli się po sobie, doszeptali
swoje wątpliwości i ichni Szef powiedział tak:
  • No to my się jeszcze namyślimy.
Za parę dni faxem nadeszła odpowiedź, że dziękują za współpracę, ale wybrali
innego partnera.

Możecie mi wierzyć lub nie - pan Józef kończył już przyciszonym głosem swoją
opowieść - ale mimo, iż transakcja nie doszła wtedy do skutku mam dobre
myśli z nią związane. I do dzisiaj pamiętam słowa swojego szefa: 


piątek, 27 lutego 2015

Mistrzem się bywa 1/2 (1515)






















Pan Józef zapalił się do tematu i z błyskiem w oczach opowiadał dalej.
Pracowałem wtedy w pewnej firmie doradczej na tamten moment usiłując
w imieniu władz lokalnych sprzedać pewien upadły zakład. To były dwie
spore hale i całkiem rozległy teren wokół. Moja rola w tym przedsięwzięciu
 była: robić dobre wrażenie posługując się językiem zbliżonym do 
angielskiego. No, za tłumacza tam robiłem. W zasadzie to byłem
skazany na tą rolę jako jedyna osoba w firmie lada jak władająca
lengłydżem
.
Do dziś nie mogę wyjść ze zdumnienia jak można było tak poważne zadanie
powierzyć człowiekowi, który miał aż takie małe doświadczenia w tak
poważnym przedsięwzięciu. A chodziło o sprzedaż zagranicznej firmie
upadłych zakładów drukarskich.
To był ten czas szybkich przemian, nie tylko społecznych ale i technologicznych.
Do niedawna dobrze prosperująca drukarnia naraz z hukiem zawaliła się.
Okazało się że kluczowa dla drukowania maszyna o nazwie linoptyp (wielkość
prawie domku jednorodzinnego) z dnia na dzień stała się pożałowania godnym
zabytkiem, który naraz zyskał wartość złomu, którym ze względu na wysokie
koszty nie było sensu się posługiwać.
Zamiast skomplikowanego ciągu produkcyjnego, jakichś tam maszyn
drukarskich,  zamiast szeregu kaszt z czcionkami naraz wystarczyło tylko
niewielkie urządzenie mieszczące się na biurku!
Wyobraźcie sobie tragedię ludzi którzy tam pracowali. Z niedowierzaniem
musieli przyglądać się temu jak małe pudło - mieszczące się na biurku! - zastępuje
ich całą firmę. Zecerzy, drukarze, linotypiści i kto tam jeszcze w ciągu jednej chwili
okazali się zbędni! Niepotrzebne też okazały się obszerne hale i skomplikowane
mechanicznie maszyny. I tak naprawdę to z tego wszystkiego najbardziej cenny
okazał się być sam teren na którym stał ten zakład.
Maszyn planowano pozbyć się po cenie złomu, hale przewidywano do
natychmiastowego zburzenia, pozostało się tylko upewnić, że nic szkodliwego
nie znajduje się w ziemi. Na tym terenie egzotyczny dla nas zagraniczny inwestor
zamierzał pobudować fabrykę nakrętek. No wiecie, to coś co jest na tubce od
pasty do zębów.
A musisz wiedzieć, że w tamtym czasie ta firma posiadała 70% udział w produkcji
tychże nakrętek na świecie. Nie nie pomyliłem się! Do nich należał światowy
rynek tego drobiazgu, a przecież to była tylko część ich mocy produkcyjnych... .
I zamierzali ją jeszcze zwiększyć! Właśnie budując w Polsce kolejną fabrykę.
No i ten upadły zakład nasz skromny zespół firmowy usiłował im opchnąć... .
I ja - cały dumny -  też byłem w tym zespole!

Pan Józef świecił i błyszczał na przemian. Na wspomnienie dawnych czasów
gdy jeszcze był ważny (teraz gdy sie zestarzał był stróżem na budowie)
wyprostował się i głos mu pewnym się stał gdy kontyynuował swą opowieść.
A musisz drogi przyjacielu wiedzieć, że bardzo mi ta praca odpowiadała. Jako
typowy przedstawiciel planktonu korporacyjnego tylko od czasu do czasu miałem
okazję się wykazać, a ta rola była dla mnie wprost wymarzona! I więc było tak,
że razem ze syndykiem (i czasami jeszcze z jakimś specjalistą na dodatek)
stawialiśmy ofiarnie czoła trzy lub czteroosobowemu zespołowi potencjalnego
kupca.
A tak przy okazji warto jeszcze nieco więcej wiedzieć co to była za firma.
Z tym, że powiedzieć o nich tylko, że "bogata" to tak jakby nic nie powiedzieć.
Jej nazwy nie będę ujawniał - chociaż 10 lat już minęło od tamtego wydarzenia
i teraz już nie obowiązuje mnie klauzula tajności. Powiedzmy że nazywała się C.plc.
Ten dodatek *.plc to coś jakby nasza spółka akcyjna, znaczy się byli notowani
na giełdzie. I to pewnie na nie jednej!
Nie ma potrzeby zresztą ujawniać pełnej nazwy tej firmy. Ta nazwa ogółowi
czytelników i tak by nic nie powiedziała, bo oni działali głównie w branży bi-tu-bi
czyli bizness to business a po naszemu firma - firmie. Dość powiedzieć, że
była to korporacja o zasięgu globalnym, niewiarygodnie (chyba nie tylko
według naszych kryteriów)
majętna.
Dobrze obrazuje to informacja jakiej udzielił mi syndyk na ich temat. Otóż
pan Kazimierz (powiedzmy, że tak miał na imię ów wysokiej rangi urzędnik) 
przedstawiając ich rzekł był mi tak: oni są tak obrzydliwie bogaci, że jeśli chcieliby
zdywersyfikować swój portfel posiadanych akcji o na ten przykład taką firemkę
jak Coca-Colę to by ich na to było w zupełności stać!
- No, gdyby widzieli w tym swój biznes.
A na dodatek gdyby stwierdzili, że to im za mało to po południu ten wydatek by
uzupełnili o zakup Pepsi - Coli. Tak wielka była C.plc! Firma która miała kupić
upadłą drukarnię.
No więc co jakiś czas nasza delegacja spotykała się z wysoko postawionymi
przedstawicielami kupca. I było tak, że jeden z nich na rozmowy przylatywał
z Nowego Jorku, drugi z centrali w Londynie, trzeci z Berlina (gdzie firma 
budowała swoją kolejną fabrykę) a czwarty z jakichś niewiarygodnych Indii
czy innego równie odległego Marakeszu.
No to sobie proszę wyobrazić! Jest fabryka do sprzedania, jest syndyk który
pilnuje spraw prawnych no i do tego wasz przedstawiciel przejęty swoją rolą.
Współpraca widziana moim okiem szła sprawnie mimo pewnych trudności
językowych na początku. Na szczęście stosunkowo szybko udało się opanować
słownictwo branżowe i żadne sjuydż nie były mi już straszne.
Jeśli do tego dodać pełen profesjonalizm ze strony kupca to nic innego jak
tylko negocjować pilnując naszych interesów. Moje ubogie doświadczenie
w tłumaczeniu symultanicznym rekompensowane było niewyobrażalną wprost
uprzejmością kontrahentów. Oni - chcąc być dobrze rozumianymi - widząc
zapewne moją niewprawność starali się mówić językiem prostym, zrozumiałym
i konkretnym. Jeśli było coś bardziej skomplikowanego to dostarczali nam to
z odpowiednim wyprzedzeniem i na piśmie. Trzeba przyznać że ludzie z C.plc
bardzo dbali o dobrą i jednoznaczną atmosferę rozmów.
Zwykle dzień pracy wyglądał następująco. Tuż po skompletowaniu zespołów
wyjeżdżano na miejsce i tam pracując dopytywani byliśmy o szczegóły coraz
lepiej rysującego się kontraktu. Po kilku godzinach intensywnego machania
rękami nasz dzień roboczy kończył się obiadkiem biznesowym.
To ostatnie było wymogiem naszego kontrahenta, który uparł się płacić za
wszystko ku - co tu dużo gadać - naszej radości. Tak więc to my starannie
wybieraliśmy miejsce restauracyjne, zgodnie z zaleceniem o najwyższym
poziomie oferty, serwisu i dyskrecji a nasz biznesowy partner za każdym
pobytem (coś z pięć było tych spotkań) ochoczo za spożyte przez obie
delegacje jedzenie i picie (sic!) płacił.
Tak więc zgodnie z zaleceniem wybrana została kameralna salka w stylowym
pałacyku na uboczu miasta. Wszystko było na najwyższym poziomie i nawet
mieliśmy osobnego kelnera na czas wydarzenia. Onże specjalista pilnie śledził,
aby gościom niczego nie zabrakło i aby żadna świeczka w stylowych kandelabrach
osadzona nie śmiała zgasnąć.
Ten akurat dzień nieco było inny od wszystkich. Do dotychczasowej grupy
negocjacyjnej ze strony kupca dołączył Szef Wszystkich Szefów. Wyobraźcie to
sobie: przedostatnie spotkanie przed sprzedażą zakładów, a tu pojawia się Sam On.
Rzecz absolutnie niewiarygodna, my pod wrażeniem a ludzie z C.plc spięci do
granic. Pan Szef za to na profesjonalnie kontrolowanym luzie. No i ten luz postępował
w miarę jak pojawiały się kolejne dania i napoje. Warto wiedzieć, że serwowana
była tylko delikatna kuchnia polska. Jak to przy takich okazjach zdarza pod koniec
spotkania sprawy zawodowe zostały zarzucone i zaczęły odchodzić
w bilateralnych rozmowach coraz lżejsze temata.
I naraz ni z tego ni z owego - przeważnie dotychczas godnie milczący - Szef
Wszystkich Szefów coraz częściej zaczynał łaskawie tylko do mnie odzywać się.
A trzeba wiedzieć, że kiedy On zabierał głos to wszyscy (szczególnie ci z C.plc)
natychmiast milkli spijając każde słowo z jego wszechmocnych ust.
No chyba się jakoś mu spodobał kontakt ze mną! Dość powiedzieć, że co raz
to bardziej odchodząc od spraw zawodowych zaczął podpytywać mnie o życie
w Polsce, a w Toruniu w szczególności.
Sądząc z pytań o naszym kraju Sam On wiedział bardzo mało. Jego wiedza oparta
była na dosyć prostych stereotypach. Robiąc teraz za ambasadora kultury polskiej
i torunioznawcę błyszczałem więc świeżo wtedy zdobytą wiedzą na (dopiero co 
skończonym)  kursie przewodnickim. Czarowałem więc biesiadników i Szefa
Wszystkich Szefów opowieściami o naszym niezwykłym mieście... .

No i tym sposobem okazało się, że pod koniec biesiady tenże Wszechmocny
skierował tylko do mnie dosyć szczególne a mocno prywatne pytanie:
  • Jak to jest z tą waszą katolicką religią? Jak to jest, że tylko ci
    pastuszkowie, tylko oni maluczcy ta waszą Matkę Boską, tylko oni
    Ją widzą... ? - Jak to jest, że tylko im ona się objawia?!
W tym momencie powiało mrozem i było tak jakby wszyscy w jednej chwili
znaleźli się na Syberii.

c.d.n.


czwartek, 29 stycznia 2015

Gra przeciwko wszystkim (1494)

Diabeł mnie pokusił żeby tam wleźć!






















Dom był zrujnowany i zatęchły a nadpalony dach wyraźnie wskazywał
na przyczyny opuszczenia. Wszedłem tam ostrożnie rozglądając się
z każdym krokiem. Deski podłogi mocno już nadpsute lekko uginały się.
Wybite okna w kuchni, złuszczona zielona farba na ścianach, potrzaskany
bufet pamiętający chyba jeszcze czasy Gomułki... .

W pustej ramie drzwi do pokoju widać było gołą żarówkę bujającą
się na wietrze. Wisiała nad stołem zastawionym butelkami po piwie
i po winie, poprzetykanych jakimiś papierami.

Mrówki po plecach mi przeleciały gdy nagle usłyszałem chrobot pod
ścianą. Opustoszałe miejsce na peryferiach miasta, całkiem z dala od
ludzi opuszczone domostwo a tu coś się rusza... coś się gramoli ze
sterty śmieci i przegniłych dywanów leżących pod ścianą.

Szurgot był tak niespodziewany, że aż zastygłem w napięciu, niezdolny
do wykonania jakiegokolwiek ruchu.Jakaś cmentarna postać niezdarnie
otrzepując się z pyłu i  czegoś kleistego (nie chcę nawet wiedzieć z czego!)
powoli stawała na nogi... .

Ten zabiedzony gość mógł mieć coś koło pięćdziesiątki... . Niewiarygodnie
brudny i zaniedbany tak jak tylko chyba nędzarze z Kalkuty mogą być
nędzni i zaniedbani. I do tego zmierzwiona (dobre słowo!) łopaciasta, siwa
broda i kudły! Włosami przecież tego kołtuna nazwać nie można było... .

Najdziwniejszy jednak był wzrok tego gościa który w milczeniu dziwnie
bujając się z nogi na nogę przypatrywał mi się. Ostry, świdrujący wzrok.
Patrzył na mnie w milczeniu tak, że aż bolałо... .

Stał przez chwilę nieruchomo i nagle zdecydowanym krokiem ruszył do
stołu. Usiadł na chybotliwym krześle i zaprosił mnie do taboretu.
W całkowitym milczeniu wskazał na szachownicę, którą dopiero teraz 
zauważyłem.

Zadziwiająco czysta szachownica, nienagannie ustawione figury... .
- Gość gra białymi - wychrypiało monstrum.

Zrobiłem E2 - E5. Szybkim ruchem odpowiedział: ... .

czwartek, 24 stycznia 2013

Obserwator literacki (1135)

  PAN LEOPOLD (c.d.)

 

 










Na twarzy zrobił się ostatnio coś jakby bardziej czerwony, oczy mu się zrobiły jakiejś bardziej wypukłe
i tchu mu brakować poczęło... .
- Chyba muszę pójść do lekarza - wreszcie postanowił.

Kiedy Pan Leopold dowiedział się, że jest śmiertelnie chory i że pozostało mu już tylko pół roku
życia postanowił wykorzystać swoje ostatnie dni jak nigdy przedtem. I od tej chwili to już nie był
ten sam Pan Leopold co dawniej!

Ni stąd ni zowąd znalazł sobie trzydziestoletnią kochankę (Ach, te zmysłowe usta! ...i bujna pierś.),
zaczął latać samolotami a bywanie w modnych restauracjach weszło mu w nawyk... . Jednakże
chociaż tryb życia mu się zmienił to nie porzucił swej błękitnej koszuli!
- Co żona mu już na ten temat nie nagadała... .

Cicho pogodzona z nowym życiem męża (przymknęła oko nawet na tą jego młodą asystentkę 
w pracy!) sugestywnie wskazywała mu na niestosowność noszenia codziennie tej samej koszuli.
I to nic, że prał ją osobiście w rękach (co drugi dzień!) w najdelikatniejszych i najbardziej
kosztownych proszkach... . Pan Leopold się uparł i nadal traktował swoją błękitną koszulę
jak talizman.

- Popatrz – mówił do żony. – Zobacz jak poprawiło się moje życie odkąd zacząłem ją nosić! 
W pracy dostałem podwyżkę (Faktycznie, ale czy to z powodu koszuli?!) ludzie zaczęli mnie 
dostrzegać (No, ponętna Monika na pewno!) i w ogóle jest mi lepiej... .

Wszystko razem to była prawda gdyby nie zdrowie, a ono się pogarszało i pogarszało. Codziennie
Pan Leopold ledwo łapiąc dech patrzył w lustro przy goleniu i widział coraz bardziej czerwoną
twarz, coraz bardziej wypukłe oczy... .

Kiedy (któryś już raz) i piękna Monika wspomniała, że warto od czasu do czasu założyć białą koszulę
to się poddał. No dobra, pójdziemy i kupię sobie te parę nowych koszul... .

Wybrali najbardziej elegancki sklep w samym centrum miasta. Tam były koszule, koszule i tylko
koszule! ...oraz krawaty i spinki do mankietów. Wszystko gustownie prezentujące się na wieszakach,
starannie rozłożone w gablotach, odcieniami i rozmiarami precyzyjnie poukładane na półkach, dumnie
pyszniące się na manekinach. Te koszule były tak wysmakowane, jak by były szyte przez aniołów
i tak niezwykle kosztowne, że dawniej z oszczędności takich sklepów nawet nie zauważał.

Na początku podfrunęła do nich młodziutka ekspedientka śliczna jak wiosenny poranek i pachnąca
tak delikatnie jak młodziutka różyczka. Szczebiocząc zaoferowała swoją pomoc przy wyborze, ale
piękna Monika od razu odprawiła ją jednym skinieniem ręki.

Kiedy w chwilę potem pojawiła się starszawa już sprzedawczyni – tleniona na srebrno – od razu
było lepiej. Pani ekspedientka przyciszonym głosem zawodowca, sprawnie i fachowo informowała
o szczegółach oferty. Nie spuszczając uważnych oczu z twarzy klientów wskazywała to na tą czy inną
cechę pokazywanej koszuli.

W pewnym momencie z nawyku spytała:
- A jaki nosi pan rozmiar koszuli? Pan Leopold machinalnie odpowiedział. - Trzydzieści dziewięć,
ale trzydzieści osiem to też dobry rozmiar.


- Słucham?! Proszę pana! Trzydzieści osiem, ale lat to ja sprzedaję koszule i wiem, wiem że pan na
pewno ma czterdzieści jeden! Z grzeczności tylko zapytałam. Proszę pana! Gdyby pan miał na
sobie trzydzieści osiem to by twarz panu poczerwieniała, oczy by panu wychodziły na wierzch 

i tchu by panu brakowało!

środa, 23 stycznia 2013

Obserwator literacki 1/2 (1134)

Zawiadamia się PT Obserwatorów, że  po raz kolejny zaliczono waszego pokornego sługę do elity.
- I to na piśmie.

Po 15 latach przynależności do Towarzystwa Naukowego National Geographic Polska przysłano mi
w dowód uznania kawałek plastyku z odpowiednim napisem poświadczającym, że: "Niniejsza karta 
potwierdza członkostwo jej posiadacza, w elitarnym Towarzystwie Naukowym National 
Geographic oraz uprawnia do (wielu wspaniałych rzeczy).












Fakt byłby niegodny uwagi, gdyby nie to, że niedawno (o czym już trąbiono) inna szacowna
instytucja która mnie na Facebooku polubiła (Telewizja Literacka) też raczyła była zauważyć
istnienie me. O ile fotograficznym czynem wspieram idee National Geographic o tyle z literaturą
u mnie słabiej. A w końcu epitet fotograficzno - literacki którym "Obserwatora Toruńskiego"
przyozdobiłem do czegoś zobowiązuje.

W poczuciu odpowiedzialności za trafność wspomnianego podtytułu zamieszczam pewien kawał
z brodą przystosowany do własnych potrzeb.
- Voila!

Pan Leopold

Odkąd pamiętam Pan Leopold zawsze miał 50 lat. W zamierzchłej przeszłości tak naprawdę był
jasnym blondynem (a mogą być ciemni?), ale z czasem kiedy się zestarzał i posiwiał ludzie nawet
tego nie zauważyli. ...ale jego pracowitość była widoczna!

Na co dzień miał zatrudnienie w wielkiej fabryce chemicznej, gdzie jako inżynier i specjalista od
skomplikowanych maszyn mechanicznych był wysoko cenionym fachowcem. Odzywał się z
rzadka, ale kiedy już zdecydował się otworzyć usta słuchano go uważnie. A poza tym dobrze znał
się na swojej robocie.

Jako człowiek odpowiedzialny za rodzinę cierpiał z powodu narwanej córki która – owijając go
sobie wokół palca –
co raz to swoimi wyskokami przyprawiała nie tylko jego o palpitację serca.
Pamiętam gdy raz z nimi jechałem w samochodzie, – Malwina siedząca z tyłu - zaczęła wrzeszczeć
(to stare dobre polskie słowo i ono tu pasuje!), że „ona natychmiast czyli jutro chce do Kazia!”.

Zdębiałem kompletnie! Cherubinek lat trzynastu, z włosami w loczkach i buzią w ciup i takie
życzenie?! Jeszcze dziwniejsza była odpowiedź Pana Leopolda:
- Pojedziemy, pojedziemy, ale nie jutro, a za dwa tygodnie! 

Sprawa się szybko wyjaśniła, bo okazało się, że to nie o żadnego Kazimierza chodzi, tylko o z dawna
obiecaną a ciągle przesuwaną wyprawę (no muszę to okno na górze porządnie uszczelnić!) do
Kazimierza Dolnego... .

Rodzina Pana Leopolda (córka, syn i żona – kolejność nieprzypadkowa!) była ani mniej szczęśliwa
od innych ani więcej. Mieszkając poza miastem we własnoręcznie, mozolnie zbudowanym małym
białym domku (to nie przenośnia, to byt wynikły z ciągu wieloletnich faktów!) Pan Leopold w swym
wolnym czasie ciągle coś majsterkował.

A to zbudował (kolejny już) traktorek ogrodowy, a to wziął się za wymianę dachu od południa czy
stawianie (tym razem już) porządnie wymurowanego płotu. W lokalach gastronomicznych Pan
Leopold z oszczędności nie bywał, a nawet (mimo nie najgorszej pensji) kupował sobie –
wysmakowane, bo wysmakowane, ale jednak – używane rzeczy z pobliskiego lumpeksu. Ot,
ostatnio kupił sobie nawet całkiem fajną koszulę!
- I na jej punkcie zupełnie stracił właściwy sobie umiar.

Ta błękitna koszula była po prostu wspaniała! Najlepsza koszula jaką kiedykolwiek miał w życiu.
Prawdziwie jedwabna, ze swym szlachetnym odcieniem błękitu wyglądała jakby prosto od
Armaniego. Na lewym rękawie miała tylko malutką wypaloną dziurkę, ale poza tym była
n i e s k a z i t e l n a !

Pan Leopold był z niej tak dumny, że nosił ją prawie na okrągło... . W pracy złośliwi ludzie kojarząc
go z melancholijnym wyrazem twarzy, zamiłowaniem do wtrącania angielskich słówek i jego błękitną
koszulą za plecami mówili o nim „Mister Blu”... .

I tak mijały kolejne pracowite lata, aż pewnej soboty, przy goleniu Pan Leopold uświadomił sobie,
że właśnie dzisiaj ma 60 lat! Patrzył w lustro i nie wierzył własnym oczom:

- Jak to 60 lat?! Dlaczego ja? Przecież to wstyd mieć 60 lat! Człowiek który ma 60 lat jest już stary,
nudny, chory i do niczego się nie nadaje, a ja mam przecież jeszcze tyle pomysłów, jeszcze tyle pracy
do zrobienia.

- I jestem na chodzie! - Przypomniał sobie dodatkowo. Na bardzo wysokim chodzie! - I szybko
dodał. - A po co na takim wysokim chodzie?! Chyba powinienem zacząć się oszczędzać.
To ostatnie zalecenie skierowane do samego siebie było jak najbardziej prawdziwe,. Pan Leopold
od dłuższego czasu nie czuł się najlepiej.

Na twarzy zrobił się ostatnio coś jakby bardziej czerwony, oczy mu się zrobiły jakiejś bardziej wypukłe
i tchu mu brakować poczęło... .

c.d.n.

Podziel się