Wyrażnie powiedziano; NIE POJEDZIESZ! Nie ma takiej możliwości, bo jutro trzeba TO a nawet TAMTO. Z tak zaplanowanym dniem - poważne obowiązki domowe - żartów nie ma. Sam więc widzisz - o szanowny rowerzysto - że na wyjazd (i to taki na 60 km!) szansy żadnej nie ma.
- Tak postanowiono i zostało to z poczuciem klęski ale jednak przyjęte do bolesnej świadomości.
- Tak postanowiono i zostało to z poczuciem klęski ale jednak przyjęte do bolesnej świadomości.
Mimo takiej decyzji w nocy śniło mi sie, że jadę do tego Ciechocinka. Pobudka była mimowolna i bezbolesna mimo, że o 4:30. Póbowałem zignorować pokusę. Walczyłem z nią wytrwale przez półtorej godziny (sic!). Aż w końcu (równo o 5:50) nie miałem już sił się opierać. No, słaby mam charakter! Pięć minut trwało ubieranie się, 2 minuty i 16 sekund zajęły mi sprawy pozostałe. (Zębów nie musiałem myć, bo przecież guma do żucia jest na trwałym wyposażeniu!).
Jeszcze tylko - na wszelki wypadek - szybkie pożegnanie (oj nie dało się bezszelestnie wymknąć z domu!), jeszcze tylko wytaszczyć rower z piwnicy i... na szosę!
Tuż za Czerniewicami dopadł mnie krzepki 40-tatek. Mimo iż jechałem żwawym tempem ten mnie minął jakby nigdy i absolutnie nic. No to się wzburzyłem! Jakże to tak: jam wszak ci porannym królem szosy jest a on mi tu wbrew robi?! Zagotowany dołożyłem do pieca (na grawelu byłem, na grawelu!) i równo pracując miechami pognałem cięgiem wpatrując się w jego plecy, bez żadnego zamiaru wyprzedzania go.
Tuż za Czerniewicami dopadł mnie krzepki 40-tatek. Mimo iż jechałem żwawym tempem ten mnie minął jakby nigdy i absolutnie nic. No to się wzburzyłem! Jakże to tak: jam wszak ci porannym królem szosy jest a on mi tu wbrew robi?! Zagotowany dołożyłem do pieca (na grawelu byłem, na grawelu!) i równo pracując miechami pognałem cięgiem wpatrując się w jego plecy, bez żadnego zamiaru wyprzedzania go.
Ze 20 km trwała ta ciężka walka (oglądał się co chwilę!) aż... kolo odpuścił! Najpierw słabo maskując ciężkie dyszenie nieco zwolnił, potem przeskoczył na drugą stronę szosy i skręcił na Wołuszewo pewnikiem też do Ciechocinka pięknym porankiem jako i ja podążając.
Teraz już nieco wolniej - chociaż dla fasonu jeszcze całkiem szybko - dotarłem do Uzdrowiska. Chyba nie całkiem na chodzie byłem, bo sztandarowego Grzyba coś nie mogłem odnaleźć. Trzy razy musiałem się jak jaki obcy dopytywać gdzież tenże jest. Była chwila rozmowy z Panem Konserwatorem od fontanny (uruchamiam dopiero od 9-tej!) i mając w ten sposób zamaskowane wycharczenie zmęczenia pojechałem na czuja z powrotem.
Nie polecam (oj nie polecam!) tego betonowego odcinka tuż obok wału przeciwpowodziowego. Potem - jak przez mgłę pamiętam - były jeszcze jakieś piaski i wreszcie upragniona cywilizacja: wymarzona SZOSA.
Do domu się jakoś sprawnie dojechało. Nawet zgodnie z cichym planem udało się 10 minut przed 10-tą przyjechać coby na poranną kawę zdążyć... .
PS. Pamięci Nieznanego Rowerzysty poświęcona jest notka ta. Całym jest wdzięczny za Jego doping, wszak nigdy bym z siebie nie wydobył takich zapasów energii. Nigdy bym się taką zaciętością w rywalizacji (jaka tam rywalizacja - przecież wiozłem mu się całą drogę na kole!) nie miał szansy się wykazać. Po prostu wdzięczny jestem mu. MU!
Komu się chce analizować trasę - a sobie na wieczną rzeczy pamiątkę - poniższe wyniki z dumą zamieszczam.
https://tiny.pl/cf7-psc8c

Teraz już nieco wolniej - chociaż dla fasonu jeszcze całkiem szybko - dotarłem do Uzdrowiska. Chyba nie całkiem na chodzie byłem, bo sztandarowego Grzyba coś nie mogłem odnaleźć. Trzy razy musiałem się jak jaki obcy dopytywać gdzież tenże jest. Była chwila rozmowy z Panem Konserwatorem od fontanny (uruchamiam dopiero od 9-tej!) i mając w ten sposób zamaskowane wycharczenie zmęczenia pojechałem na czuja z powrotem.
Nie polecam (oj nie polecam!) tego betonowego odcinka tuż obok wału przeciwpowodziowego. Potem - jak przez mgłę pamiętam - były jeszcze jakieś piaski i wreszcie upragniona cywilizacja: wymarzona SZOSA.
Do domu się jakoś sprawnie dojechało. Nawet zgodnie z cichym planem udało się 10 minut przed 10-tą przyjechać coby na poranną kawę zdążyć... .
PS. Pamięci Nieznanego Rowerzysty poświęcona jest notka ta. Całym jest wdzięczny za Jego doping, wszak nigdy bym z siebie nie wydobył takich zapasów energii. Nigdy bym się taką zaciętością w rywalizacji (jaka tam rywalizacja - przecież wiozłem mu się całą drogę na kole!) nie miał szansy się wykazać. Po prostu wdzięczny jestem mu. MU!
Komu się chce analizować trasę - a sobie na wieczną rzeczy pamiątkę - poniższe wyniki z dumą zamieszczam.
https://tiny.pl/cf7-psc8c


