SPRZEDAWCA LICZB LOSOWYCH


                                                                                                              Każdy kto odczuwa słabość do otrzymywania liczb losowych
                                                    metodami arytmetycznymi jest wobec nauki - bez cienia wątpliwości – grzesznikiem.
                                                                                                                                                                                                                 John von Neumann
Wieczorne powietrze letniskowej miejscowości wydawało się być gęste i aromatyczne jak świeżo zmielona
kawa. Pachniało ziemią, starym drewnem, świeżym sianem, ogniskiem, kwiatami i prawdziwie dojrzałym
latem w samej pełni. Ulica Sadowa rzeczywiście przypominała sad - wąska asfaltowa ścieżka na szerokość
jednego auta, okolona ozdobnymi płotami z obu stron, obsadzona drzewami tak, że zielona gęstwina
tworzyła tunel nad głowami.
Tylko - nie wiadomo dlaczego - chaty z numerem 11 nie można było znaleźć. Z przodu ulicę zagradzała
drogę sterta gruzu nad którą ciemniała jakby - ni to wygrażając niebu, ni to błagając o wsparcie -
potężna łapa koparki.
Daniła rozglądał się zdezorientowany, gdy naraz zadzwonił telefon.
Daniła, a ty mimo wszystko dzisiaj jeszcze do nas dojedziesz? - dał się słyszeć energiczny głos
Arseniusza.
- Snuję się po tej waszej wioseczce już pół godziny. Doszedłem do koparki.
- No, no! To odwróć się i... . Lepiej nie, stój przy koparce, zaraz do ciebie wyjdę.
Arseniusz pojawił się za parę minut z daleka wyciągając ręce na przywitanie. Przez te wszystkie lata mocno
się zmienił - zrobił się pełniejszy i dorobił się wąskiej bródki. Niemniej jednak był to ten sam wesołek Sienia,
ksywka Kompo.
- Daniła - a ty się nic nie zmieniłeś! - krzyknął Arseniusz klepiąc przyjaciela po plecach. - Tylko się
 jeszcze bardziej chudy zrobiłeś. No i bardziej męski. ...ale oczy to masz zmęczone. Długo jechałeś? My
to na ciebie już od południa czekamy. Wieroczka gęś upiekła i wszystko teraz zimne.
- Wieroczka?
- Moja żona, - objaśnił Arseniusz. - Jesteśmy już pięć lat po ślubie.
- No, nie! Dajesz czadu! - zdziwił się Daniła. - To wy tak dokładnie jak za starych lat razem, tylko
razem, rok za rokiem? A ja myślałem, że ślubów się już teraz nie bierze.
- My ślub wzięliśmy na Cyprze, - uśmiechnął się Daniła.
- No to gratulacje... - kiwnął głową Daniła. - Szkoda, żeś mnie nie uprzedził, kwiatów był kupił dla 
przyzwoitości... .
Arseniusz nie zdążył odpowiedzieć, gdy Daniła ruszył do najbliższego płotu, przykucnął, wsunął rękę między
sztachety i wyciągnął z cudzego ogrodu wielką białą chryzantemę.
- Dla Wieroczki! - stanowczo powiedział Daniła, odrywając korzenie.
- No ty, to jak zawsze: zwariowany poszukiwacz przygód, - westchnął Arseniusz i pokręcił palcem przy
skroni. - Przecież to dacza generała Maksimowa! Ona jest cała w kamerach wideo! Jeszcze tylko mi
kradzieży kwiatów brakuje... . My go mamy za wariata, on nawet Wieroczkę do sądu podał.
- Za co? - zdziwił się Daniła.
- Za fortepian. On mówi, że to jest "harmider".
- A twoja Wieroczka także jest muzykiem?
- Oczywiście, - potwierdził Arseniusz. - Ot, proszę i przyszliśmy.
Przyłożył do bramy magnetyczny klucz i zamek kliknął. Daniła zastygnął, przyglądając się wyrzeźbionej
tabliczce na bramie: "Unter den Linden, Musikerdorf, Blumen StraBe 11".
- Po niemiecku, - objaśnił Arseniusz. - Kwiatowa 11. Wioseczka muzyczna, Podlipki, znajomy wyrzeźbił
żeby było ładnie.
Za bramą pokazał się spleciony gąszcz krzewów bzu, drzew jabłoni i jarzębiny. W półmroku migotały
ogrodowe lampki, a z gałązki na gałązkę z cichym trzaskiem przelatywały długie, niebieskie ogniki - to
elektryczne wróble łowiły komary. Tutaj pachniało jeszcze mocniej: kwiatami, rosą i skoszoną trawą. 
Przyjaciele zrobili parę kroków po dróżce i drzewa się rozstąpiły. Za nimi pokazał się zadbany trawnik
z leżakami i stolikiem do cocktail-party. Z okien przytulnie świecił kamienny domek, a przed nim w samym
centrum wielkiego trawnika stał ogromny dąb - wyższy od domu, wyższy od jabłoni i jarzębiny. W
otwartych oknach na drugim piętrze powiewała staromodna firanka z tiulu i stamtąd też płynęły ciche
dźwięki fortepianu. Daniła mógł się założyć, że nie były to dźwięki syntajzera czy pianino, a najprawdziwszy
stareńki fortepian.
- Podoba się? - zapytał się Arseniusz pasąc się efektem.
Fortepian umilkł i wkrótce na ganek wyszła ładna dziewczyna - ciut mocno zaokrąglona, wielkooka, z trochę
zaburzonymi proporcjami figury i ptasią twarzą.
- Wieroczka, poznaj proszę: oto Daniła Winokurow, mój stary przyjaciel i kolega z klasy.
- Wiera, - po prostu się uśmiechnęła. - A my tu na pana czekamy i czekamy!
Daniła ceremonialnie szurnął butem po żwirze, nachylił się i delikatnie ujmując dłoń cmoknął. A potem
wręczył swoją chryzantemę, dotąd trzymaną za plecami. Wieroczka aż pojaśniała.
- Sienia, w domu będziemy jeść kolację czy nakryć mam na dworze? - rzeczowo spytała męża.
- Koniecznie na dworze, - przytaknął Arseniusz. - Taka pogoda! A dom jeszcze gościowi zdążymy 
pokazać. Ty oczywiście chyba nie pojedziesz a zostaniesz u nas noc?
- Mogę zostać... - wzruszył ramionami Daniła. - ale mogę i pójść do domu. Mój dom jest dwa kroki stąd.

* * *
Resztki gęsi połyskiwały na talerzu i nie wyglądały już tak apetycznie. Arseniusz zdążył barwnie opowiedzieć
 jak poznał się z Wieroczką w samolocie, gdy się domyślił, że ona też jest muzykiem. I chociaż historia była
całkiem zwyczajna Arseniusz dosyć zabawnie zobrazował nieznajomą w sąsiednim fotelu, która podczas
startu odstukiwała palcami na podłokietniku "Cwał Walkirii" Wagnera i to jak rozpoznał rytm, zaczął nią 
dyrygować i jak się potem razem śmiali. Było widoczne, że opowiadał tę historię nie pierwszy raz. Daniła 
spoczywał na leżaku, patrzył przymrużonymi oczami poprzez szkło na lampę świecącą gdzieś z góry 
poprzez gałęzie dębu, i wtedy po raz pierwszy od wielu lat poczuł się prawdziwie jak w domu.
- A dlaczego u ciebie tabliczka po niemiecku? - zapytał się. - To właśnie przez nią przeszedłem obok.
- Był kiedyś u nas w gościach mój nauczyciel skrzypiec - Niemiec, - objaśniła Wieroczka z uśmiechem,  
- jego pasją jest rzeźbienie w drewnie.
- Skrzypek? - zdziwił się Daniła. - I nie szkoda mu dłutem psuć sobie rąk?
Arseniusz wzruszył ramionami.
- Ręce psują się wtedy gdy nie mają zajęcia. A mój pradziadek na tym naszym kawałku ziemi łopatą
machał, drewno piłował i drzewa sadził. Widzisz, dąb stuletni? To jego dąb. On go posadził.
- Twój pradziadek także był muzykiem? - zapytał Daniła. I zdziwił się nagłej pauzie. Wieroczka spojrzała
na niego. Arseniusz także popatrzył z niedowierzaniem.
- Faktycznie to, - taktycznie zauważyła Wieroczka, - Gierasim Wasiliewicz Nikosowski jest autorem
"Morskiej sonaty" i "Marsza olimpijskiego".
Daniła zamarł.
- To twój pradziadek?! - zakrzyknął. - Kompozytor Nikosowski?
- A ty Daniła co, myślałeś że my z nim tylko tego samego nazwiska? - zaśmiała się Wieroczka.
- No.... - Daniła zmieszał się. - Przecież mi sam Arseniusz to powiedział jeszcze na pierwszym roku!
Arseniusz śmiał się pełną gębą.
- Sienieczka u nas skromny, - objaśniła Wiera. - Albo wesoły.
- A dlaczego tabliczki pamiątkowej nie ma?- Przypomniał sobie. - Proszę oto pomysł na tabliczkę: 
"W tym domu żył i pracował wybitny radziecki kompozytor Gierasim Nikosowski"!
- Nieeee. - Arseniusz przecząco pokręcił głową. - On tutaj nie pracował. I żadnego domu wtedy tu 
jeszcze nie było. Była tylko szopka z łopatami, drewniany wychodek i szklarnie. Przodek tutaj ogórki 
sadził. Kochał dłubać w ziemi, on przecież z chłopów pochodził.
Wszyscy milczeli z szacunkiem.
- Posłuchaj, a wiesz ty coś o naszych? - zapytał Daniła.
No, nie za bardzo - odpowiedział Arseniusz. - Przecież i na ciebie natrafiłem przypadkiem. Zobaczyłem 
w Internecie nazwisko, postanowiłem napisać i okazało się, że trafiłem i teraz jesteś u nas. Dość
lekko ci było się zebrać i od razu przyjechać w gości.
- A tak w ogóle to rzeczywiście zrobiłem się dosyć szybki, - uśmiechnął się Daniła. - Robotę mam taką. A
 jak o nich chodzi, to nie masz z nikim kontaktu? Szkoda, na naszej uczelni to był dosyć dobry rok.
- O niektórych to wiem, - potwierdził Arseniusz. - Lenkę pamiętasz? Teraz to ona gdzieś w Australii, 
festiwale taneczne organizuje. Kulebiakin muzykę rzucił i został farmerem. W Krasnodarze gdzieś tam
ma plantację.
- Mitka Kulebiakin? Farmer w Krasnodarze? - zdziwił się Daniła. - Komu potrzebne własnoręcznie
 hodowane arbuzy, gdy dzisiaj wszystko można mieć ze syntajzera?
Arseniusz wzruszył ramionami.
- Zgadza się, ale do syntajzera i tak trzeba wzorzec załadować, - zauważył bystro, - a potem to już 
powielaj ile razy chcesz. Tak on te referencyjne arbuzy co roku wyrabia.
- Nie, no kota można dostać! - powtórzył Daniła. - To jakaś bzdura. Arbuzy. Krasnodar. Tego bym nie 
wymyślił, że Mitka porzuci muzykę. Przecież on oddychał muzyką, on prawie, że spał na klawiszach!
Arseniusz westchnął i skrzywił się
- U niego nie jest tak prosto, - zwlekając objaśnił. Mitka stracił rękę... . No, nie całą rękę, tylko duży 
palec. W hodowli arbuzów to nie przeszkadza, ale dla pianisty to sam rozumiesz... .
- Jak to się stało? - zdenerwował się Daniła. - Dlaczego? Co się stało?
- Tak, - Arseniusz znowu się skrzywił. To jest całkiem głupia historia. Nad morze pojechał. Do Tunisu.
I tam skaleczył się o muszlę. Przewiązał to czymś, plastrem zakleił, zapomniał. Krótko mówiąc kiedy
wrócił do Moskwy miał już zakażenie krwi. No i amputowali mu palec.
- Takie coś... - powiedział wtedy Daniła. - A ja myślałem, że w naszych czasach już takie coś się nie ma 
prawa zdarzyć.
- Też to mówię, że kretyńska historia, - zgodził się Arseniusz. - On sam nie mógł w to uwierzyć.
- Lekarze to idioci! - z uczuciem powiedział Daniła. - To nie można było ocalić ręki? - Arseniusz wzruszył
ramionami.
- Oni ratowali życie... - Zamilczał i z ociąganiem ciągnął dalej: - A Michalczuk Walerka to już całkiem 
zapił się. Gdzieś tam pod Sierpuchowem w barakach mieszka. Prawdę powiedziawszy to nawet boję
się do niego jechać. Arkadego jakieś dwa lata temu pochowali. Zagrał koncert i naraz serce. A 
Zonder to u nas budowlaniec. Zdziwiony?
- No nie bardzo.- On przecież i tak odpadł na trzecim roku. A on faktycznie na budowie robi?
- Prawie. Ma swoją firmę budowlaną - oni domy montują. Materiał kosztuje grosze, bo ze syntajzera,
ale by pobudować dom z klasą to już trzeba mądrzejszej brygady. No i budują. Zarabia pięknie, jeździ
na "Greenverze", i to z turbodoładowaniem... .
- Wychodzi na to, że w muzyce z naszych to już nikt nie został? - podsumował Daniła.
- Iljucha Kozłow został, w jakichś tam klubach na gitarze basowej gra. I jeszcze Pierepiełkina: jest
dyrektorem konserwatorium w Riazaniu, chociaż sama nie gra. No i to chyba wszystko. - Arseniusz
odwrócił się na krześle. - A przy okazji, Wieroczka trzy raz w tygodniu ma wykłady dla studentów. Tak 
więc i ją można zaliczyć, że jest w swojej specjalności, chociaż ona uczyła się nie u nas a w 
Niemczech.
- No, a ty sam? - zapytał się Daniła. Wiera odpowiedziała za męża.
- Sienieczka u nas muzykę pisze! - z dumą powiadomiła gościa.
- Wiera do muzyki zalicza banalne aranżacje, tematy muzyczne do seriali i dżingle reklamowe... . -
odwdzięczył się Arseniusz.
- A to jest prawdą? - ożywił się Daniła. - Tworzysz muzykę? Ile za to dzisiaj płacą?
- Płacą - skinął Arseniusz - nawet nieźle. Tylko, że zamawiają rzadko. No, ale nam niewiele potrzeba,
prawda?
- Sienieczka, jest nie tylko muzykiem, ale i utalentowanym kompozytorem.
- O tym to i ja wiem, - uśmiechnął się Daniła. - Na uczelni miał ksywkę Kompo, od kompozytor.
Arseniusz zaśmiał się i wskazał palcem na Daniłę, odwracając się do Wieroczki:
- A Daniłkę nazywaliśmy Poszukiwaczem złota. Był najbardziej pracowity na roku - jeśli czegoś
chciał to góry zniweluje a dojdzie do swego! No pięknie, a teraz ty opowiadaj, jak sobie żyjesz?
Daniła westchnął i znowu popatrzył na reflektor tylko, że przez pusty kieliszek.
- Żyję jak wszyscy. Miasto, nic specjalnego, rozjazdy.
- Mieszkanie samemu? - spytała się Wieroczka.
- Dlaczego sam? Jak wszyscy. Idziesz do Internetu, na portal randkowy i wybierasz partnerkę na noc.
- A jeśli się nie spodoba? - zdziwiła się Wieroczka.
- Rano wejdę na stronkę, postawię ocenę - od zera do pięciu. Daniła wzruszył ramionami. Ale to się 
rzadko zdarza, żeby się nie podobało. Teraz już są lepsze niż kiedyś algorytmy dobierania preferencji. 
Postawisz ocenę i wypada ci nowa lista: "innym którzy ją oceniali spodobały się także" i wybieraj 
sobie kolejną na następny wieczór.
- Ja bym tak nie mogła.... - westchnęła Wieroczka.
- No, ale tak wszyscy żyją, - sprzeciwił się Daniła. - Tak jest interesująco i wygodnie.
Arseniusz wziął z talerza jedno winogrono, podrzucił je do góry i zręcznie schwycił ustami. Wieroczka
zaśmiała się.
- No pięknie, - powiedział Arseniusz - nie ma co tam ciągle o babach i chłopach. A ty czym się 
zajmujesz?
- Nie muzyką... - pokiwał przecząco głową Daniła. - Całkiem nie muzyką. To długa historia, ale 
interesująca... .
- A my się nigdzie nie spieszymy! - zapewnił go Arseniusz i zatarł ręce. - Wieroczka, zostało nam jeszcze
wino? Nalej gościowi.
Daniła rozsiadł się mocniej w krześle i zaczął opowiadać. O tym jak stworzył zespół zespół rockowy, jak
nagrali album. Jak grupa się rozpadła i jak zaczął występować po klubach samemu. Mówił z pewnym
zażenowaniem o tym jak urządził sobie granie w restauracji. Zwykle mówił o tym lekko, ale teraz przed
Arseniuszem czegoś mu było wstyd. Opowiedział o tym jak zaprzyjaźnił się tam z bandytami, chociaż kim
naprawdę są to na początku nie wiedział. Mówił o tym jak wziął się za granie na giełdzie, przegrał wszystko
i jak popadł w długi. O tym jak ukrywał się przez pół roku i jak go szukali. I jak wylazł z tego bagna dzięki
Fili - prawnikowi, zadziwiającemu krętaczowi. Arseniusz słuchał i nie przerywał a tylko ze współczuciem
kiwał głową.
- Daniła - powiedział w końcu. - Jeśli potrzebujesz jakiejś pomocy, albo pieniędzy... . Albo nie masz
gdzie mieszkać... . Mam nadzieję, że nie musiałeś sprzedać mieszkania?
- Musiałem, - potwierdził Daniła. Ale to już jest całkiem inna historia, - sprzedałem je z uwagi na moją
nową profesję.
- No to gdzie w takim razie mieszkasz?
Daniła przebiegle uśmiechnął się.
- Jestem bezdomny, - powiedział. - Nigdzie nie mieszkam, a tylko szwendam się po świecie przez ostatnie
dziesięć lat.
Wieroczka aż złożyła ręce.
- Oczywiście, żartuję - objaśnił Daniła sycąc się efektem. - U mnie wszystko w porządku. Mam szaloną
ciężarówkę mieszkalną, znaczy się dom na kółkach, no kampera, tyle że to taka amfibia na poduszce
powietrznej. Po to sprzedałem mieszkanie i ją kupiłem oraz oprzyrządowanie. Tak żyję i tak poruszam
się po całym świecie.
- I teraz nią przyjechałeś? - Z niedowierzaniem zapytał Arseniusz. Daniła twierdząco skinął głową.
- Przyszło mi zostawić ją przed bramą przysiółka. Nisko tu u was, a ja mam zestaw anten na dachu. 
Składanie ich to spora historia.
- Co... antenowy? - zapytał Arseniusz.
- Zestaw, zestaw antenowy. No, mam taki zawód, jestem poszukiwaczem. Szukam liczb losowych.
Słyszałeś o czymś takim?
Arseniusz ze zdziwienia aż przysiadł na krzesło i ze zdumieniem popatrzył na Daniłę.
- Ach, to ty jesteś z tych co przewody do ziemi wtykają?
Daniła prychnął.
- Jak ci nie wstyd? Ty jak jakiś niepiśmienny. Czy ty w ogóle wiesz co to takiego liczby losowe i do 
czego są?
- Do syntajzerów zdaje się, - podpowiedziała Wieroczka.
- Dokładnie! Do syntezy materii potrzebne są potoki czystych liczb losowych. I to obecnie jest jeden
wielki problem. Wynika z tego, że te liczby potrzebne są w ilościach porównywalnych do liczby 
atomów w każdym wyrobie. A w takiej ilości znaleźć je ot tak sobie, to się nie da. I dobry potok jest
wart niewyobrażalnych pieniędzy!
- Zobacz jak nasz gość się ożywił! - uśmiechnęła się Wieroczka. - I już nawet nie jest smutny ani 
skromny. Oczy mu błyszczą... .
- Patrz a ja nigdy nie wiedziałem w czym tu problem. - Arseniusz wzruszył ramionami. - To przecież 
liczby przypadkowe. Weź je z sufitu!
Daniła w podnieceniu potarł ręce drapieżnie się uśmiechając.
- Jesteś pewny? No to wymyśl mi proszę dziesięć przypadkowych liczb.
- 10, 12 , 100... .
- Już źle! - zauważył Daniła. - Wszystkie parzyste. I narastają. ..ale kontynuuj... .
- A proszę, ile chcesz! 7. 3, 100, E-e-e! 35, 2, 102. E-e-e-e! 2, 102. No 31. E-e-e! Chwila... .
Daniła przyglądał mu się z uśmiechem.
- Zrozumiałeś już teraz? - zapytał ciesząc się z efektu. - A tych liczb to potrzeba nie dziesięć, nie sto i nie
miliard, a tyle ile jest atomów w arbuzie. Albo w tym winie co stoi w butelce. Albo w tym parapecie
okiennym. A jeśli potok będzie brudny, ograniczony i powtarzający się to pojawi się muar, czyli po
ludzku mówiąc zmarszczki jądrowe.
- Co to takiego?!
- Objaśnię ci na przykładzie. Jedną z metod oceny potoku liczb jest ich zasiewanie. Bierzesz liczby 
losowe, kładziesz je rzędami na ekranie ustawiając je jako punkty jasności i tak zasiewasz cały
ekran. I patrzysz. Jeśli potok jest idealnie czysty to ekran będzie wyglądał na gładki i szary. I to 
niezależnie od tego jakie niejednorodne punkty będą obok siebie. A jeśli na ten przykład potok będzie
zabrudzony... . No to wtedy będzie widać plamy, pasma, kreski i zmarszczki. Jednym słowem to będą 
zabrudzenia. I wtedy gdy taki brudny potok trafi do syntajzera atomowego to w otrzymanym 
produkcie może się pokazać co chcesz: od wkropień atomów ołowiu aż do radiacji. I wtedy na 
przykład arbuz wyjdzie niejadalny, a taka butelka pęknie od wewnętrznych naprężeń.
- Ty to jesteś fizykiem! - z szacunkiem odezwał się Arseniusz.
- No, musiałem się nieco poduczyć, - zgodził się Daniła. - Krótko mówiąc ni mózg, ni matematyczna
formuła, ni generator liczb pseudolosowych, a nawet liczniki rozpadów izotopu - nic ci nie jest w 
stanie dać absolutnie czystego potoku danych. Jeśli rzecz idzie o ilościach przemysłowych to sprawa
jest jasna: one wszystkie mają wprzęgnięte jakieś reguły, a z nich nie można się wyzwolić. - "E-e-e! I
jeszcze 35! - przedrzeźniał.
- No to ty jeszcze i matematyk z ciebie. - zdumiał się Arseniusz.
- Nie, no co ty! - żachnął się Daniła i wstał. - Jaki tam ze mnie matematyk? Po prostu trochę 
poczytałem, poobracałem się między poszukiwaczami, nałapałem terminów i tyle. Ja ci tu już
 osobiście całą tą teorię wyłożyłem. Poszukiwacz nie musi wiedzieć więcej.
Podszedł do stolika nalał sobie wina, potem Arseniuszowi, a potem w roztargnieniu rozejrzał się 
w poszukiwaniu lampki Wieroczki.
- Teraz alkoholu nie piję. - odezwała się.
Arseniusz profesjonalnie zakręcił kieliszkiem i zaczął przyglądać się grubym kroplom wina ściekającym po
 ściankach.
- A ja to sobie myślę, z czego oni takie dobre i tanie wino robią w tych syntajzerach? - zapytał się
w zamyśleniu. - A tu okazują się potoki... . Mimo wszystko nie rozumiem: czego wy poszukiwacze 
szukacie wtykając te swoje przewody w ziemię?
Daniła znowu zrobił się poważny.
- Krótko mówiąc szukamy szumu. Nie bardzo jest skąd wziąć mnóstwo przypadków, oprócz 
otaczającego nas szumu. Bierzemy dowolne szumy jakie tylko można znaleźć w przyrodzie. Szum 
w eterze, wahania magnetyczne spowodowane porywami wiatru, promieniowanie jądra ziemi, 
reliktowy szum galaktyki - dosłownie wszystko z czego można wytrząsnąć potok liczb losowych.
- No to w czym problem?
- A w tym, że te wszystkie potoki są brudne.
- Objaśnij, - poprosił Arseniusz.
- No... - Daniła zamyślił się. - Jak tu objaśnić, aby tobie muzykowi było to zrozumiałe: one wszystkie są
rytmiczne. To jest coś takiego jakby Galaktyka była jedną wielką orkiestrą z dyrygentem. Rozumiesz?
Do pewnego czasu było myślenie, że otacza nas chaos i entropia. Kiedy zaś pojawił się syntajzer 
atomowy przyszło nam nabrać pełne garści tego chaosu. Przyjrzeliśmy się i okazało się, że tego 
chaosu wokół nas jest zupełnie, nie aż tak znowu za dużo.
- No tak, ale przecież to szum... - powiedziała Wieroczka.
- Gdyby tylko... - Daniła smutno pokiwał głową. - Szum jest wtedy, gdy nie czujesz melodii z uwagi na 
to, że jest tak skomplikowana, że nie mieści się w twojej głowie. Być może aby zrozumieć tą muzykę, 
trzeba mieć rozmiary Wszechświata. Wyobraź sobie, że pokazali ci trzy liczby, dajmy na to: 73, 144 
i 59. I żadnym sposobem nie wiadomo, czy to są trzy przypadkowe liczby czy też kawałek jakiegoś 
matematycznej funkcji. A może to jest spis cen dizajnerskiego ubrania: buty, spodnie i kurtka. 
W podsumowaniu okazuje się, że to jest twoje ciśnienie i puls. A to już oznacza, że nie są to liczby

przypadkowe, ponieważ zależą od wzrostu, pogody, ilości przysiadów w fitness klubie, albo też od 
kursu twoich akcji, które poznałeś sekundę przed pomiarem. Rozumiesz? Słyszymy tak mało nut, że po
prostu nie możemy domyśleć się z jakiej pochodzą symfonii. Kiedy jednak zaczynasz pracować 
z miliardami, trylionami i kwadrylionami liczb losowych wybranych ze samych najróżniejszych - zdaje
się zwyczajnych - szumów, zaczynasz rozumieć, że gdzieś tam za kulisami jest Dyrygent, albo 
Kompozytor albo jeszcze ktoś inny z tych kategorii. Rozumiesz? I wcale nie chodzi tu o religię. To - 
tak w ogóle. W ten sposób wydaje się, że każdy dowolny szum ma swoją ogólną harmonię. I nie jest 
ważne czy pochodzi z Ziemi, spod niej czy z kosmosu. Ty myślałeś, że to był zwyczajny poryw wiatru 
i skrzypniecie gałęzi - a to było w pełni logiczne poruszenie się mas powietrza, którym dyrygują obłoki
i przypływy. tymi zaś zarządzają wybuchy na słońcu, a te podlegają galaktycznym uderzeniom
grawitacyjnym. A wszystko to jest jedną nieskończenie złożoną, lecz bezgranicznie harmonijną 
pieśnią która dźwięczy od Wielkiego Wybuchu aż do naszych dni... .
Daniła zamilkł. Arseniusz i Wieroczka patrzyli teraz na niego z nieskrywanym szacunkiem.
- Aleś pięknie to objaśnił! - z zachwytem powiedział Arseniusz.
Wieroczka drgnęła w zamyśleniu i szczelniej owinęła się w swój pled.
- I zobacz jak to dziwnie się składa... - powiedziała wolno. - Wychodzi na to, że ludzkość przekształca 
otaczający nas chaos w harmonię. A kiedy już dojechaliśmy do syntezy materii - nam samym 
potrzebny jest chaos. Zaczęliśmy szukać go wokół a we Wszechświecie... harmonia. Czy może tak być,
że jako ludzie tworzymy chaos?
- Aha, - podchwycił Arseniusz, - nam się wydaje, że jesteśmy twórcami i że stworzyliśmy własną
muzykę a tak naprawdę my to fałszywe skrzypce, które są połamane. Wymyśliły sobie własną melodię
i zaczęły grać nie w takt z całą orkiestrą. Czy tak?
Daniła potwierdził skinieniem.
- Sam często o tym myślę. To wielka filozofia te, liczby losowe.
- Mistyka - sprecyzował Arseniusz.
- Nie przyjacielu, to filozofia. Mistyka to coś innego. Kiedy ty stoisz na pustym polu i zauważasz, że 
w twoim punkcie potok jest sto razy czystszy, niż w tym samym miejscu ale dwa kroki dalej w bok. 
Tu się zaczyna mistyka i histeria! I nie ma na to żadnego objaśnienia. Rozumiesz? Pojechałeś nad 
wodospad Niagara, robisz pomiary a tam zero. Zatrzymałeś się pośrodku Moskwy w Parku Gorkiego
- zero. Szedłeś miesiąc po głuchej tajdze - zero. Na plażach Jukatanu - zero. A potem jakiś 
poszukiwacz Steve Bou - słyszałeś o takim, nie? Na pewno słyszałeś, że na pustyni pośrodku Stanów 
Zjednoczonych zjeżdża z trasy na stacje paliw, ta okazuje się nieczynna. I on wtedy - skoro już tu jest 
- z ciekawości robi pomiary. I wtedy okazuje się, że ta drobna cząstka Stanów Zjednoczonych daje 
obecnie 9% całej generacji liczb losowych wydobywanych w całym świecie!
Daniła wyrzucił ręce w górę, oczy mu błyszczały.
- No i jak to jest - powiedz mi - jak takie coś może się zdarzyć? Kim w ogóle jest ten Bou? Palant 
w okularach! Niedouczony student! Klaun z tandetnym miernikiem za 300 dolarów, którym niczego
sensownego nie można pomierzyć! I co, teraz właśnie on otwiera spis najbogatszych ludzi planety?
- Tam na pewno, pod tą stacją benzynową jest starożytne cmentarzysko indiańskie. - zażartował 
Arseniusz, ale Daniła był poważny.
- Niepotrzebnie ironizujesz, - powiedział - Tam niczego takiego nie ma. To mistyka, rozumiesz? Jeśli
prawa fizyki nie dają odpowiedzi ludzie stają się mistykami. Musiałbyś posłuchać opowieści 
poszukiwaczy - ile w tym legend, niezwykłych znaków i przesądów. Religia przy tym odpada. Jest 
wśród nas pewien zwariowany matematyk, który mówi, że wyprowadził prawo zachowania entropii, 
z którego mu wynika, że entropia to materia Boga, a miejsca w których znajdują się czyste potoki to
miejsca przebywania dusz.
- A czy ja tak nie powiedziałem? - Arseniusz znowu uśmiechnął się. - Indiański cmentarz.
- Ale to nie tak! - Daniła gniewnie przeciął powietrze lewą dłonią. - Czy ty wiesz ile cmentarzy ja 
odwiedziłem?! Indiańskich, żydowskich, staroegipskich - od Wagankowa po cmentarz Père Lachaise,
od Oświęcimia do Hiroszimy, obeliski i bratnie mogiły z czasów II wojny światowej... . I wszędzie tam
było zero!
Arseniusz śmiesznie wydął policzki i rozłożył ręce.
- No, musisz się zgodzić, - powiedział pojednawczo - że to przecież liczby losowe. Jeśli by miejsca 
znajdowania się złoża liczb losowych można było wydedukować normalną drogą... no to byłoby 
nielogiczne, prawda?
Daniła westchnął i nic nie powiedział.
- I co on zrobił z tą stacją benzynową? - nieoczekiwanie zapytała się Wieroczka. - No, ten student.
- Co? - obudził się Daniła. - Co ze stacją benzynową? Wykupił kawałek ziemi wielkości 20 x 20 
metrów. Postawili hangar z ochroną, ogrodzili drutem kolczastym. Wewnątrz zamontowali 
generatory i podłączyli gdzieś ze sto sztuk światłowodów o grubości nogi i... sprzedają potoki danych
do wszystkich fabryk na świecie. Zdjęcia są w Internecie. I teraz policz sobie, on już nic więcej nie
potrzebuje robić. Potok danych sam ciągnie do niego z ziemi, a ten chłopaczek jest najbogatszym 
człowiekiem na planecie. I takim może zostać każdy! Rozumiesz? Nie trzeba być matematykiem! Ty, 
ja, Wieroczka, Każdy może sprzedać mieszkanie, kupić kampera i porządne oprzyrządowanie. I każdy
może szukać swojego potoku danych!
Znowu nastąpiła cisza.
- I co znalazłeś swój? Spytał na koniec Arseniusz.
Daniła skrzywił się ze wstydu.
- Ta, ale to drobiazgi... . Jeden punkt na Krymie znalazłem z jednym takim gościem. No i pod 
Krasnojarskiem w górach mam takie małe źródło danych. Ale to jest lipa, nie opłaca się tam kabel 
wetknąć w ziemię. Tak, że zasadniczo to ja na właścicielach ziemskich zarabiam. Teraz jest modne 
aby taki latyfundysta wynajmował poszukiwacza by ten pomierzył mu swoje ziemie. A ja mam 
certyfikat, profesjonalne oprzyrządowanie... .No i się znam.
- Oj, ja bym tak nie mogła żyć na pewno, - przyznała się Wieroczka. - Bez domu, całe życie w 
kamperze, straszne... .
- Dlaczego? - Arseniusz zwrócił się do niej. - na pewno to jest interesująca sprawa.
- Posłuchaj Daniła, a masz ty ten swój przyrządzik ze sobą?
- Oczywiście jeśli by tylko pójść do auta... .
- Pójdziemy jutro i pokażesz mi co i jak? - zaproponował Arseniusz.
- Ty sobie żartujesz czy jesteś naprawdę zainteresowany? nastroszył się Daniła. - Ja to mogę nawet od
razu pobiec po przyrządy. Ty nawet nie masz pojęcia jakie to ekscytujące!
* * *
Daniła otworzył bagażnik, wyjął z niego najpierw sondę, potem kable, a w końcu sam moduł pomiarowy
z wyświetlaczem.
- Solidny! - skonstatował Arseniusz, badając palcami gruby przewód, który niczym żmija zwijał się w
palcach. - A ja myślałem, że to będzie jakiś mniejszy przyrządzik.
- No to jeszcze większych nie widziałeś! - uśmiechnął się Daniła.
- Wtyczka jest potrzebna? - fachowo zapytała się Wieroczka.
- Jaka u licha wtyczka, przecież to przyrząd polowy i ma swoje zasilanie. - Daniła poklepał po korpusie.
- Najmocniejszy z przenośnych modeli. Prawdę mówiąc taki był jeszcze pięć lat temu, ale i teraz jest
pomocny.
- A jaka jest różnica? - zapytał Arseniusz.
- Długo by objaśniać, - zawahał się Daniła. - Tam w środku są specjalistyczne procesory, bardzo mocne,
super mocne. No i jakość mierników. Krótko mówiąc tani przyrząd zadziała tylko jeśli trafisz w samo
centrum, no w koło o promieniu plus minus 5-6 metrów. A droga aparatura wykryje co trzeba w 
promieniu i pięćdziesięciu metrów.
Daniła starannie i głęboko wcisnął sondę do ziemi - teraz ten zestaw przypominał wielkiego komara
bujającego się na swoim żądle. Przewody zostały podłączone do wyświetlacza i ekran powoli nabrał
jasności. Zaczęły pojawiać się na nim rzędy cyfr.
No...? - żartobliwie zapytał Arseniusz. - ...i jest co?
- Poczekaj minutkę niecierpliwcze. - odpędził się Daniła. - Tylko od razu się umówmy, nie będziemy się
denerwować, OK?
- Nie, no ja to chyba zapłaczę! - zachichotał Arseniusz. - Brodę sobie powyrywam.
Daniła uspokoił go ręką:
- Spójrz tutaj to ci objaśnię. U góry ekranu nie ma nic interesującego. - parametry potoku zależą od 
modelu sondy. To co błyska to wskaźnik entropii i za jego pomocą niczego nie określisz. Potok ma 
kilka kryteriów określających czystość, ale metod ich oceny jest jeszcze więcej. Najpierw popatrz na
 te wskaźniki Pearsona i kryteria K'Ohorta.
- Jakiego czorta? - zażartował Arseniusz.
Daniła urażony odwrócił się.
- John K'Ohort - średniowieczny matematyk, nic śmiesznego. Dalej: ten gruby pasek. On jest ważny. 
Bardzo. To przestrzeń Dichard - Marseailia; jeśli to coś choćby na chwilkę się zazieleni to zwycięstwo. 
Na te tabele to nie patrz, ja sam nie wiem co na nich jest. Te kolorowe diagramy to nawet nie wiem 
jak się nazywają. Olewamy je. Ten kwadracik z boku - już o nim mówiłem - to posiew. Dość mało w 
nim sensu i od razu tego nie pokumasz. A to co widzisz w środku - no to coś ze strzałką! - To 
prędkościomierz i on jest dla nas najważniejszy. Jeśli drgnie choć na kawałek, jeśli się poruszy to... . -
Daniła zdębiał. - ...a gdzie jest strzałka?! - Jak skamieniały wlepiał oczy w ekran. Arseniusz delikatnie
potrząsnął jego ramieniem.
- Wszystko w porządku?
Daniła nie odpowiadał. Arseniusz schylił się nad wyświetlaczem i naraz zobaczył strzałkę. Ona była
nieruchoma, tyle że stała na końcu skali! Coś melodyjne brzęknęło i cyfry przebiegające po ekranie zamarły.
Teraz tylko gruby pasek świecił jaskrawo zielonym światłem. W chwile potem coś zachrzęściło i aparat -
niczym rachunek z kasy fiskalnej - wysunął niewielki kawałek papieru.
- Pewnie maszyna zawirusowana - Daniła wypowiedział te słowa nieswoim, dziwnym tonem.
Starannie odłączył przewód i wyciągnął z kasety inny. Chwilkę jeszcze pomyślał i wydobył drugą sondę,
nowiutką, rozerwał zębami polietylenowe opakowanie. Odszedł na dwa metry i wetknął ją tuż obok stolika.
Potem popatrzył w górę, coś tam zaszeptał i ukradkiem żegnając się nacisnął przycisk.
Arseniusz z szacunkiem stał krok za nim. Wieroczka cicho podeszła i wzięła Arseniusza za ramię. Wszyscy
patrzeli na ekran. Tym raz strzałka nie leżała w maksymalnym położeniu skali, a drżała ustawiona gdzieś tak
pośrodku. Chaotycznie drgała na prawo i lewo, ostro przełączając się z jednego stanu w drugi. Daniła
odwrócił się i popatrzył na Arseniusza. Oczy Daniły były naprawdę wielkie i okrągłe ze zdumienia.
A potem machinalnie, niezgrabnie i piętrowo a bez żadnego wdzięku zaklął.
- Toż to nawet nie jest stacja paliwowa w Arizonie! To jest jakieś szaleństwo, coś nierealnego! I 
jeszcze trafiliśmy w sam punkt! Zobacz, tylko trochę poszliśmy z pomiarem w bok i od razu potok się
zmniejszył! ...ale i nawet na poboczu ma diabelską siłę! Sienia! Teraz to my z tobą jesteśmy szalenie, 
zwariowanie, o sz a ł a m i a j ą c o wprost bogaci! Sienia! Czy ty to rozumiesz?!
Wieroczka odsunęła się na bok. Daniła podskoczył, objął przyjaciela i zaczął go poklepywać po plecach:
- To jest wielki stóg siana, to jest forsa pod sufit - co tam pod sufit - pod niebo to jest wysoka góra
szmalu! Człowieku będziesz mógł zamieszkać na własnej wyspie z wielkim lotniskiem dla floty 
własnych samolotów. I wielki pałac tam będzie stał w ogromnym parku.
Arseniusz kaszlnął z niedowierzaniem. Nastąpiła brzemienna cisza.
- ...ale ja nie będę mogła z wyspy prowadzić wykładów, - powiedziała Wieroczka.
- Do diabła z wykładami! - obruszył się Daniła. - Oni sami będą do ciebie jeździli na te wykłady.
- Kto? - cicho zapytała Wieroczka.
Daniła przeniósł wzrok na Arseniusza. A ten starannie zdjął rękę Daniły ze swego ramienia.
- No to dawaj, pogadajmy jak mamy z tym żyć. Gruby będzie ten kabel? Arseniusz sceptycznie ocenił
odległość pomiędzy dębem a domem.
Daniła przecząco pokręcił głowa.
- Dąb się zabierze i dom się zabierze - objaśnił fachowo. - Generatory robią teraz takie kompaktowe, ale
i tak cała przestrzeń zostanie zajęta. - Jak powiadasz nazywa się ten twój generał? Zaraz zadzwonię do 
mojego prawnika i rozpiszemy ten plan. Tą przyległą parcelę też na wszelki wypadek trzeba wykupić.
potok może i do niej przebijać.
- Starczy! STOP! - Arseniusz podniósł rękę. - Ty Daniła lubisz hazard, ale się tak nie pal, dobrze? Co to 
znaczy dom się zabierze? A gdzie my będziemy żyć?
Daniła w osłupieniu popatrzył na niego:
- Jeżeli zechcesz to będziesz mógł wybudować sobie własną dziesięciopiętrową basztę na Kremlu, -
 powiedział poważnie. - A na co ci ten piętrowy kurnik?!
- To jest mój dom, ja tu się urodziłem!
- Najlepsi na świecie budowlańcy przewiozą ci go w dowolne miejsce bez problemu! I w całości.
- No dobrze, a dąb?
- Kupisz sobie wszystkie dęby świata jakie ci się tylko spodobają!
Arseniusz przecząco pokiwał głową.
- To moja rodzinna dacza, - powiedział. - Tutaj żyli moi przodkowie. A ten dąb posadził mój dziadek, 
wielki kompozytor.
Daniła nie słuchał go. Przeniósł zestaw w cień, bliżej płotu i szybko powlókł przewody trzaskając
pękającymi gałązkami bzu. Grube pętle przewodów rozpostarły się po ziemi.
- No i dobrze, - z za węgła domu doniósł się jego energiczny głos. - Nie trzeba niepokoić generała; tam 
u niego pełne zero! Jestem przekonany, że i u sąsiadów z prawej... . Aha! I u nich jest zero! Arseniusz, 
ty nawet sobie nie wyobrażasz jakim jesteś szczęściarzem!
Daniła wrócił i wetknął trzymaną elektrodę obok tej pierwszej. Strzałka na ekranie ożyła i przepełzła cały
obwód aż pod skalą wyświetliło się 98%.
- Dokładnie tak; dziewięćdziesiątosiemprocent.
Wieroczka chłodno najeżyła się i z przestrachem popatrzyła na męża. Arseniusz zdecydowanie wyrwał
obydwie elektrody z ziemi i wręczył je Danile.
- Pobawiliśmy się i... starczy! - powiedział. - Pora zwijać przyrządy.
- ...ale ja się nie bawiłem, - zaprotestował Daniła wycierając pobrudzone ziemią ręce o spodnie. - To co
robiłem to był prawdziwy pomiar. I ten pomiar dał p r a w d z i w y rezultat! Najprawdziwszy.
- W porządku, opłacę twój przyjazd. - sucho powiedział Arseniusz, - ale naszej rodzinie to jest
niepotrzebne. Rozumiesz?
Daniła nachmurzył się.
- Co to znaczy "nie trzeba"? nie rozumiał. - Nie potrzebujecie pieniędzy?! Jesteście już miliarderami 
czy co?
- Usiądź sobie proszę, powiem ci jedną rzecz. - Arseniusz łagodnie wskazał na krzesło. - Widzisz, ...pozwól 
moja droga, że ja to mu powiem. My z Wieroczką spodziewamy się dziecka.
Daniła oniemiał.
- Takiego żywego, z własnego brzucha? - spojrzał przymrożonymi oczami na Wieroczkę i dopiero teraz
zrozumiał co mu się wydało niepasującym w jej figurze.
- No to daliście czadu! Mało tego, że żyjecie tylko jedno z drugim przez tyle lat, mało tego że 
spodobało się wam mieć własnego dzieciaka, to jeszcze sami go rodzić będziecie?! A co to genów nie
możecie przekazać do inkubatora na wyhodowanie? A przecież jeśli by to zlecenie do Chin wysłać to
już w ogóle grosze by to kosztowało... . ostatnio słyszałem, że... .
- I bez tego będziemy mieli dziecko, - sucho powiedział Arseniusz.
- No... i pięknie! To tym bardziej! A co dziecku nie są potrzebne pieniądze? - Daniła zajrzał przyjacielowi
w oczy. - Według mnie to chyba do ciebie nie dotarło, że tu u was jest potężny potok. To są 
niewiarygodne wprost pieniądze.
Arseniusz głęboko westchnął.
- Daniła, a po co ci te nierealne pieniądze? - zapytał. - Potrzebujesz pieniędzy? Dam ci je, coś tam
sobie odłożyliśmy. Chcesz? My dzięki Bogu żyjemy w erze syntajzerów. Bezpłatna era. Lekarstwa za
darmo, odzież za darmo, gry - jakie chcesz - za darmo. Raz na pięć lat dostajesz dwa samochody. 
90% ludzi na Ziemi nie musi pracować. I nie pracuje! Grają w gry, żrą czipsy i piją piwo. Na noc 
załatwiają sobie kogoś do pary, albo i trójki... . Przyjemnie jest im obchodzić się bez pieniędzy!
Daniła agresywnie podskoczył.
- A tobie pasuje to komunalne błoto? Ty naprawdę żresz to bezpłatne jedzenie z ulicznego automatu?!
- No, nie powiem, żebym wypróbował cały asortyment, - spokojnie zaprotestował Arseniusz. - ...ale
taki chiński lunch to nawet lubię. I czemu od razu zły? Sto lat temu za takim jedzeniem w piątki to
ludzie się do kolejek ustawiali. A dwieście lat temu to nawet królowie tak smacznych rzeczy nie jedli.
- A ja rok za rokiem jem tylko to bezpłatne jedzenie! I tą odzież którą mam na sobie też mam 
z bezpłatnego sklepu!
- No to kup sobie w dizajnerskim sklepie T-shirta! Przecież to grosze! Jeszcze bym ciebie zrozumiał
gdybyś powiedział, że potrzebny ci dom. Ale to przecież też nie problem! Materiały budowlane są 
tanie, podzwonię gdzie trzeba i podrzucę ci zleconko na muzykę jedno drugie... . Do tego kredyt i 
potem już tylko roczek dwa starań i twoim będzie naprawdę piękny dom... .
- Sienia! - Daniła podniósł głos. - Czyś ty zwariował? Przecież nas z tobą czekają miliardy! My już nigdy
i nic nie będziemy musieli nic robić! Chcesz? Siedź i muzykuj, chcesz - podróżuj!
Arseniusz wzruszył ramionami.
- A my niczego nie musimy robić! Ja muzykuję, ty podróżujesz... . Zobaczył wzrok Daniły i także zrobił
się poważny.
- Posłuchaj mnie uważnie ten jeden raz! Ty jesteś człowiekiem ryzyka, a ja jestem człowiekiem 
spokoju. Ty... - starannie dobierał słowa - jesteś szczęśliwy ryzykując, dla mnie liczy się komfort. 
Przeżywasz urojone zwycięstwo i wcale nie jesteś z nami a w przyszłości, którą sobie sam wymyśliłeś. 
A ja żyję tutaj i teraz. Ty masz nadzieję, że będzie lepiej, a ja martwię się, że będzie gorzej. Ogromne 
pieniądze to ogromne problemy. A po co mi one? A życiowe doświadczenie stoi po mojej stronie a nie
po twojej. Czy ty rozumiesz o czym ja do ciebie mówię?
- Nie.
- No popatrz, - Arseniusz przyjaźnie rozłożył ręce, - my tutaj oczyścimy plac, zburzymy mój dom, 
spiłujemy drzewa, nakupimy generatorów - a i one pewnie kosztują dzikie pieniądze, nieprawdaż? 
A potem ten twój potok za miesiąc wyczerpie się i uschnie, co wtedy?
- Tak się nie zdarza, - uśmiechnął się Daniła, - punkt nie może się wyczerpać, nie zdarzyło się tak ani 
razu, poczytaj sobie dowolny artykuł na ten temat. W Afganistanie tak było, że góry zbudowane ze
skał równali gdy znaleźli potok danych. Jeżeli jest potok to znaczy że w ziemi tkwią jakieś szczególne 
uwarunkowania. Rozumiesz? To jest wieczne źródło dobrobytu!
- No dobrze, ale jeśli jutro wynajdą syntajzer, który nie będzie potrzebował liczb losowych? To co 
wtedy? Ty sobie wsiądziesz do kampera i pojedziesz dalej. A ja zostanę na ruinach, w długach i z 
kretyńskimi generatorami i ciężarną żoną na rękach. I to jeszcze w tak nerwowym stresie, że nie 
mógłbym pracować nad muzyką. A przecież ja muszę pracować: to jest moje życie. Czy ty mnie 
rozumiesz?
- Nie.
Arseniusz rozłożył ręce.
- Daniła, przy całej mojej sympatii do ciebie... . To jest mój kawałek ziemi, moja rodzinna posiadłość 
ziemska, moja mała planeta. I tutaj ja tobie nie dam niczego burzyć, niczego budować, bo to rozwali 
mój świat. Mam tutaj swój ulubiony świat i bardzo go sobie cenię.
- Twój świat zostanie! My po prostu przeniesiemy go nieco dalej, w inne miejsce. Wszystko 
przeniesiemy: dom, sad, kałużę, furtkę z tabliczką, dąb... .
- Dębu ruszać nie wolno!
- Trafił się tobie ten dąb, nich będzie przeklęty!
- Nie waż się tak mówić! To dąb mojego pradziadka. Mój ojciec się pod nim wychował. I ja pod nim
wyrosłem.
- My to wszystko załatwimy, zaraz zadzwonię do prawnika Fiły i on wymyśli jakiś chytry sposób.
- Nie, - twardo powiedział Arseniusz.
- No, nie będziemy się spieszyć, - delikatnie zaproponował Daniła. - Rozsądźmy to jutro ze świeżą głową.
- Jutro niczego nie zmieni.
- Sienia, my już razem nie mamy wyboru. Los już rozstrzygnął za nas! Potok został znaleziony.
Prędzej czy później wszyscy się o nim dowiedzą!
- A kto im to powie? - zdziwił się Arseniusz. - My z Wieroczką będziemy milczeć na pewno, bo nam tego
nie trzeba. Ty swoim poszukiwaczom o cudzym punkcie też na pewno nie chlapniesz.. Mało tego, jeśli 
znajdą sposoby aby przechwycić... .
Teraz Daniła zrozumiał, że Arseniusz jest o wiele bardziej cynicznym niż to mu się na początku wydało.
- Dobrze, - powiedział mrocznie. - szczegóły osądzimy i przemyślimy. Tak naprawdę to te wszystkie 
zastrzeżenia to są drobiazgi. To wszystko można rozwiązać! Wszystko będzie dobrze.
- Nie! - twardo zastrzegł się Arseniusz.
- Przer-wa-a-a-ć  rozmo-o-o-owy! - nagle ogłuszająco ryknęło coś z za płota. - Drużyna spocznij! Pora 
spać! A jak nie to... wezwę policję: zrozumiano?
- Tak, jestem winny towarzyszu generale, będzie cisza, po prostu orkiestrowa pauza! - spiesząc się
krzyknął Arseniusz. - Gość już sobie idzie!

* * *

Daniła wrócił bez uprzedzenia. Była trzecia po południu, on odświętnie ubrany, w garści trzymał kosmicznie
drogiego szampana Do tego wielki tort i oszałamiający bukiet róż w modnym, świetlistym opakowaniu, które
mieniło się różnokolorowymi iskierkami. Zatrzymał się przed furtką, zamknął oczy, zrobił głęboki wdech
i mocno ścisnął w kieszeni pęk kluczy od kampera. Stopniowo na jego twarzy ponurą determinację zastąpił
uśmiech i dopiero wtedy pozwolił sobie nacisnąć dzwonek.
Rozległy się kroki, Arseniusz otworzył furtkę.
- No witam, - powiedział z pewnym smutkiem. - Przyjechałeś przekonywać? Miałem nadzieję, że po
naszych telefonicznych rozmowach więcej już do tego tematu nie będziemy wracać... .
Daniła pokręcił głową.
- Po prostu przyjechałem w gości, żeby pobyć z wami, - zapewnił.
- No... . - Wątpiąc westchnął Arseniusz, - No cóż - wchodź... .
Z domu bojaźliwie wyjrzała Wieroczka. Miała przestraszoną twarz.
- "Co za tępi ludzie - pomyślał Daniła. - Chcesz dla nich jak najlepiej, a ci się boją... . "
Podszedł do werandy i z galanterią podał Wieroczce bukiet. Trochę się rozluźniła. Rozłożyli się na trawie.
Wieroczka została w domu tłumacząc się bólem głowy. Arseniusz ukroił tortu, nalał szampana do dwóch
kieliszków i usiadł na fotelu naprzeciw gospodarza.
- No to zacznij się towarzysko udzielać... - uśmiechnął się ten.
- OK, - kiwnął Daniła. - E-e-e-e... . To nad czym obecnie pracujesz? Może opowiesz coś o tym? 
Zagrasz?
Arseniusz milczał, skupiony na tym jak z jakiegoś niewidzialnego punktu ma dnie kieliszka cienką strużką
wypływają na powierzchnię drobne pęcherzyki szampana pękające dopiero na powierzchni. Dlaczego
akurat z tego punktu? Dlaczego z tego a nie innego punktu? Przecież w tym miejscu w szkle akurat niczego
nie ma. Jeśli wypić szampana i nalać znowu, to taki wianuszek pęcherzyków zacznie bulgotać z innego
miejsca. licho wiem kim wybranego tym razem... .
- Daniła, - powiedział Arseniusz, - z tego co się domyślam wymyśliłeś jakiś tam ważny argument. No to
powiedz go, nie trzymaj go w sobie, przecież widzę jak cię roznosi. Pomyślimy.
Daniła westchnął.
- Dobroczynność - powiedział. - Miłosierdzie! Ty sobie wyobrażasz jak wielu ludzi możesz uczynić 
szczęśliwymi?
- Szczęśliwymi! Akurat! - Arseniusz pokiwał przecząco głową. - Bogatymi może tak, ale szczęśliwymi to
już na pewno nie. Kiedyś ludzie byli szczęśliwi jeżeli wystarczyło im chleba na przeżycie zimy. Teraz 
nikt nie głoduje i co? Są od tego szczęśliwsi? - Arseniusz oderwał wzrok od kieliszka z łańcuszkiem 
pęcherzyków powietrza i przeniósł go na Daniłę. - A ciebie mogę zrobić szczęśliwym? Jesteś przekonany, 
że do szczęścia potrzebne są pieniądze. Chcesz, żebym dał ci pieniędzy? Będziesz wtedy szczęśliwy?
Daniła pokręcił głową:
- Arseniusz, cobyś ty sobie o mnie nie myślał... ja w ogóle nie potrzebuję twoich pieniędzy. 
Prawdopodobnie ustaliłeś, że ja to wszystko dla pieniędzy? No to ja tobie tu i teraz dam na piśmie,
to że nie dbam wcale o twoje pieniądze! Znam ciebie od 20 lat, znając naszą przyjaźń nie mam
wątpliwości, że mi tam odsypiesz coś z twojej kupki. Robię to tylko dla ciebie! Zrozum, dla Wieroczki 

to robię! Chcę wam pomóc! A i ty będziesz mógł pomóc wielu ludziom! Pobudujesz domy, szpitale 
i sanatoria! Z takimi pieniędzmi to można wszystko zrobić!
- ...ale my nie znaleźliśmy nowych pieniędzy, my znaleźliśmy tylko nowy potok. Jeżeli kupią go tutaj,
to znaczy, że nie kupią go w innym miejscu. Pieniędzy na planecie nie przybędzie.
- Ty tak to rozważasz, a być może gdzieś na planecie umiera dziecko!
- Ale ja nie jestem lekarzem! - zaprotestował Arseniusz. - I my znaleźliśmy wcale nie strumień lekarstw 
czy potok lekarzy... . - Uważnie popatrzył na Daniłę. - A wiesz gdzie umiera to dziecko?
- Nie, ale... .
- A ja wiem? Chcesz to powiem. Ono umiera tu i teraz. Kiedy ty walczysz o swoje cyfry. To przecież
twoje dziecko umiera Daniła... .
- Dokładnie tak. - Arseniusz odchylił się w leżaku i zapatrzył na przeraźliwie niebieskie niebo będące tłem
dla rozpostartej korony dębu. - Wyobraź sobie, że jego dusza teraz ciebie słyszy. Powiedz mu to!
Powiedz mu dlaczego go nie ma i nie będzie. I gdzie jest teraz twoja dobroczynność Daniła?
Daniła sięgnął do kieszeni i brzękiem wyłożył na stół klucze magnetyczne od kampera z przyczepionym do
nich breloczkiem. W zamyśleniu pokręcił palcem nimi po blacie stołu to w lewo to w prawo. Potem starannie
położył lewą dłoń na powierzchni kieliszka, ścisnął go palcami i zdecydowanie wstał.
- OK, - powiedział i twarz jego stała się poważna. - Usłyszałem co powiedziałeś. mam tylko ostatnie
pytanie.  Jeśli dobrze rozumiem, - okrężnym ruchem wskazał na polankę - cały ten twój światek, łącznie
z domem i Wieroczką można starannie przenieść. Jedyną rzeczą której nie można ruszyć to dąb?
- Jeśli to ci się podoba to możesz tak to rozumieć. - Potwierdził Arseniusz. - Nawiasem mówiąc, 
rozeznałem temat w Sieci. Wiekowych dębów się nie przesadza, bo mogą zginąć.
- Pięknie, - potwierdził Daniła. - jeśli dobrze zrozumiałem, pozostałe wątpliwości można byłoby
rozwiązać, gdyby nie było tego przeklętego dębu?
- Daniła! - Arseniusz stał się poważny. - Jeśli chcesz abyśmy zostali przyjaciółmi to już nigdy więcej tak 
przy mnie nie mów! To nie jest żaden przeklęty dąb. To jest drzewo mojego pradziada, wielkiego 
kompozytora. nam do niego to jak stąd do księżyca.
- Idiota! - wrzasnął w odpowiedzi Daniła. - No to z tego przeklętego dębu zrób chociaż coś dla twojego
pradziada! Zrób dębową ramę do jego portretu. Zrób dom-muzeum poświęcony jego pamięci. taki 
z dębowymi parapetami i takim parkietem. I diabli jeszcze nadali co... zamów fortepian! Niech go
zrobią najlepsi na świecie budowniczowie tych instrumentów. Będziesz grał na tym instrumencie 
i odczuwał obecność swojego pradziada. Na ten fortepian napisz swoją najlepszą muzykę! Wyobraź
sobie tą swoją jeszcze nie narodzoną muzykę! I objaśnij jej czemu nie chcesz jej stworzyć?!
Arseniusz wstał.
- Daniła, tobie już pora wychodzić. - powiedział zdecydowanie. - Wybacz, to już wszystko.
- Stop! - Daniła złowieszczo machnął lewą ręką trzymającą kieliszek i skierował się w stronę dębu.
- Ten dąb powinien zginać! I zginie. - Daniła znacząco pokręcił kieliszkiem i podniósł go w kierunku dębu.
- Zobacz, jak to będzie... .
- Nie śmiej podnieść na niego ręki! - Rozdzierająco krzyknął Arseniusz i rzucił się na Daniłę.
Daniła upadł razem z nim i jeszcze przez parę sekund tarzali się po ziemi. W końcu Arseniuszowi udało się
odciągnąć go za nogę od dębu. Daniła usiadł i powoli rozprostował palce. Jego dłoń była od odłamkach
szkła i ziemi. Daniła długo patrzył na strużki krwi kapiące na strzyżoną trawę, a potem z nienawiścią przeniósł
wzrok na Arseniusza. A ten nie zwracał na niego uwagi, pełzał po ziemi i przeglądał ja starannie próbując
wyjaśnić sobie czy choć jednak kropla płynu upadła na korzenie dębu.

- I co ty żeś idioto zrobił? - wrzasnął Daniła na całe gardło, a jego krzyk podniósł się aż po koronę dębu
i echem rozniósł się po okolicy. - Co ty zrobiłeś z moją ręką? Dlaczego rzuciłeś się na mnie i pobiłeś? 
Boże, jak mnie to boli!
Arseniusz obejrzał się na niego i drygnął zobaczywszy krew.
- A czym ty chciałeś oblać mój dąb? - zapytał się.
- Idiota... - Daniła wolno się podniósł wyciągając przed sobą zakrwawioną rękę. - To był po prostu 
szampan, przyniosłem go tobie w prezencie, przecież go piliśmy... . Oddaj go na ekspertyzę durny
paranoiku! I co żeś zrobił? I czemu żeś mnie okaleczył? Jak ja teraz będę mógł grać? - Znowu
zawrzeszczał.
- Grać? - Arseniusz na moment zmieszał się. - Daniła, weź sobie ze stolika serwetkę, wytrzyj draśnięcie 
i odejdź proszę... .
- Serwetkę? - Z przejęciem krzyknął Daniła i machnął ręką, rozpryskując kropelki krwi. - Serwetkę i... 
odejdź?! To taką mi okazujesz pomoc? - Zawiesił głos i dobitnie wypowiedział: - Odchodzę.
Zdrową ręką ściągnął ze stołu klucze i skierował się do furtki. Arseniusz nie starał się nawet go
odprowadzić. Daniła z wściekłością trzasnął furtką i usłyszał za plecami:
- O-o-o-ddział! - Dosyć tego burdelu! Dwa razy nie będę powtarzał!!!

* * *
Dłoń nieznośnie swędziała chociaż jej nie było. To dziwne uczucie do którego Daniła ciągle jeszcze nie mógł
przywyknąć. Na Arseniusza i Wieroczkę starał się nie patrzeć. Na generała Maksimowa także. Wydawało
się, że sędzia wydaje wyrok całą wieczność.
- ...w trakcie spożywania napojów alkoholowych pomiędzy świadkiem Daniłą Winokurowem a 
oskarżonym Arseniuszem Nikosowskim wynikła kłótnia wynikająca z osobistych animozji - 
monotonnie bębnił sędzia. - Pełny zapis konfliktu dołączony jest do akt sprawy. Zapisany został na 
certyfikowanym urządzeniu nagrywającym, na kamerze - breloczku należącym do świadka. Świadek 
objaśnił, że kłótnia z napaścią na niego była zupełną niespodzianką, a urządzenie nagrywające 
włączyło się samo, bez jego świadomego udziału. Takim to sposobem przypuszczenie, że chciano 
dokonać zapisu z ukrycia zostaje oddalone. Sąd ustalił także, że w trakcie sporu skarżący groził 
słownie drzewu znajdującemu się w posiadaniu pozwanego. Pozwany przekraczając granice 
dozwolonej samoobrony dokonał napaści na powoda, w wyniku czego doszło do zranienia lewej ręki 
skarżącego. Oskarżony odmówił poszkodowanemu niezbędnej pomocy medycznej. W wyniku 
zranienia powstało zakażenie i w prywatnej klinice "Ganimed - Luxury" przeprowadzono amputację 
lewej dłoni powodując inwalidztwo. Oskarżony nie odrzuca swojej winy wynikłej z kłótni. Świadek 
generał P.K. Maksimow mieszkający na sąsiedniej działce fakt usłyszanej kłótni potwierdza, jednakże 
ani jej przyczyny ani jej wynik nie są dla niego znane.
- A ja uprzedzałem! Każdego dnia był hałas! - warknął generał i sędzia musiał walnąć młotkiem w stół 
zanim mógł ciągnąć dalej.
- Sąd ustalił, że powód Daniła Winokurow jest zawodowym muzykiem, który w wyniku odniesionych 
ciężkich obrażeń cielesnych utracił zdolność do wykonywania swojego zawodu. W związku z 
ustalonymi faktami sąd postanawia... .- Sędzia po coś tam wytarł usta dłonią, łyknął wody ze szklanki 
i ciągnął dalej:
- Żądanie uzyskania materialnej kompensacji za utracone zdrowie w wymiarze czterdziestu trzech
milionów rubli uznaje się za właściwe i w pełni zaspokajające powoda. Mając na względzie fakt, iż 
obwiniony nie posiada wolnych środków mogących zaspokoić roszczenia powoda w odpowiednim
rozmiarze postanawia, że własność powoda w postaci działki i domku na niej stojącego (w wysokości 
czterdziestu trzech milionów) przechodzą na własność poszkodowanego.
- Ha! - Cicho zaszeptał siedzący obok Fila i tryumfalnie zacisnął pięść. A potem trącił łokciem Daniłę. - A ty
się bałeś!
Daniła aż zmarszczył się z bólu i złapał się zdrową ręką za obandażowany kikut.
- No wybacz m, zapomniałem! - Usprawiedliwił się Fila, apotem nachyliwszy się do jego ucha zaszeptał:
- A teraz słuchaj uważnie! Zgodnie z istniejącym prawem działka przechodzi na twoją własność już od
dzisiaj, w dniu postanowienia sądu. Niemniej jednak oni mają miesiąc na to by zaskarżyć wyrok. No i
mogą mieć szansę, niewielką ale mogą.
- A ty co zwariowałeś? - zaszeptał Daniła. - Jaką tu jeszcze mogą mieć szansę? Ja przecież straciłem 
rękę! Ty przecież się zaklinałeś, że nasza sprawa jest wygrana!
- No, no! - Zmarszczył się Fila. - Ty nie masz ręki a ona z nerwów dziecko straciła. Znajdzie dobrego
adwokata, przedstawi potrzebne dokumenty, złoży apelację do Sądu Najwyższego a tam to już 
chodów nie mam! W naszej branży różnie się zdarza. Dlatego przestań gadać i słuchaj uważnie. 
Pierwsze co powinieneś zrobić - gdy tylko oni wyjadą - to zrąbać to przeklęte drzewo, ale tak aby 
spadło na dom. Masz na to pełne prawo. I powiadom ich o tym, przyślij im zdjęcie. Przejdzie im 
powód dla którego by mogli chcieć walczyć o działkę. Zrozumiałeś?
Daniła kiwnął.
- Ale jak mam się z tym uporać, jedną ręką?! Pomożesz mi?
- A ty Daniła już całkiem zgłupiałeś? Ja przecież nie jestem właścicielem, więc jakie ja mam prawne 
możliwości brać udział w rozwaleniu obcego domu? Ty chcesz, żeby oni mnie potem do sądu podali? 
Sam się tym zajmiesz. jedziesz do sklepu, kupujesz piłę motorową i po cichutku sobie piłujesz. Tylko
się nie potnij, a najlepiej to najpierw w Sieci poczytaj jak należy pień piłować!
- A jak mam się tam dostać? Przecież nie mam już kampera.
- To nie jest problem, podrzucę ciebie do centrum ogrodniczego a potem to już poradzisz sobie sam.
Daniła dostał plastykowy odpis wyroku sadowego ozdobiony holograficznymi, urzędowymi herbami,
zostawił odcisk palca w registraturze i poszedł razem z Filą do wyjścia. Na betonowym ganku stała
Wieroczka i Arseniusz. Daniła chciał przejść obok ale Arseniusz zwrócił się do niego:
- Daniła, wybacz mi jeśli możesz. - cicho wypowiedział z niepewnością.
- A za co?! - Daniła aż wytrzeszczył na niego oczy.
- Jak to za co? ...no, że z ręką tak wyszło.
- To raczej ty mi wybacz! - pośpiesznie powiedział Daniła.
Arseniusz popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- A ja ci mówiłam Sienieczka, - cicho powiedziała Wiera. - A ty mi nie wierzyłeś.
Areseniusz nie przestawał patrzeć w oczy Danile. ale w jego oczach zdziwienie stopniowo zaczęło zmieniać
się w chłodną nieprzyjaźń. Daniła odwrócił wzrok i jednocześnie w gorączce schwycił go za rękaw.
- Posłuchaj mnie, wszystko będzie dobrze, przysięgam! Zrobię tak, że wszystko się zwróci! 
Zrekompensuję ci wszystko co tylko sobie zażyczysz! Jak tylko postawię generatory - od tego 
momentu - będziesz miał wszystko. A wszystko to zrobię dla ciebie i dla twojej Wieroczki.
Areseniusz skinął głową.
- Wczoraj wywieźliśmy swoje rzeczy. - powiedział sucho i wyciągnął do Daniły magnetyczny klucz od
werandy.
- Żegnaj oskarżycielu Winokurow.
Nie czekając na odpowiedź odwrócił się i razem z Wierą poszli w kierunku parkingu.

* * *
Ręczna piła motorowa z piłą dyskową cicho warczała wygryzając w pniu szerokie trójkątne płaty drewna.
Robota szła wolno. Kiedy ściemniło się Daniła szczęknął przyciskiem włączając podświetlenie. Ciemność
zacisnęła się dookoła i tylko lecące wióry błyszczały na przemian z kroplami żywicy. W powietrzu nie było
już aromatów lata i kawy, pozostał tylko zapach pustki i wilgoci doprawionej żywicą. Nie było także
elektrycznych wróbli, a to za sprawą Arseniusza który wyłączył im zasilanie czy też może dlatego, że tego
wieczora nawet komarów już nie było.
Daniła od czasu do czasu robił przerwę aby odpocząć i podładować baterię wyrzynarki. Przesiadał się
wtedy na leżak i patrzył na ekran miernika, gdzie widać było strzałkę która twardo przekroczyła i zatrzymała
się na skali poza największą wartością.
W takim momencie wszystkie jego strachy i nieprzyjemności stawały się dla niego niewielką ceną. Powoli
zbliżał kikut ręki do wetkniętej w ziemię sondy i prawie namacalnie odczuwał ciepło w nieistniejącej dłoni
i przyjemne mrowienie w końcach palców których przecież już od dwóch tygodni razem z całą dłonią nie
miał. Teraz miał wrażenie, że tą nieistniejącą dłonią prawdziwie odczuwa całą siłę potoku danych. Bez
mierników, sond i liczników. Popatrzył w niebo na gwiazdy. Przebijały się poprzez gęstą sieć dębowych
gałązek, niczym brylantowe żołędzie - te same których szukał całe życie i które wreszcie znalazł.
Kiedy od potężnego pnia została już tylko z jedna trzecia dąb jakby zadrżał i westchnął. A może to był tylko
powiew wiatru? Po gałęziach przebiegł szum i rozległ się nienaturalny wysoki skrzyp. Drzewo zaczynało się
chylić na jedną stronę. Daniła ledwie zdołał odskoczyć upuszczając pilarkę. Jak w zwolnionym filmie
mocarny dąb niespiesznie nakrywał swoją koroną dom. Wyglądało to jakby go obejmował, a objąwszy go
zamarł na sekundę i potem nagle wbił się całą mocą swojego ciężaru w dach. Dźwięcznie wybuchały okna
na poddaszu, rozprysnęły się na wszystkie strony gałęzie, poleciały wióry i nie wiadomo skąd pojawił się
wielki obłok budowlanego kurzu... . W końcu wszystko ucichło.
Wyczerpany Daniła upadł na leżak. Niebo nad głową było absolutnie czyste - już nie zasłaniała go dębowa
korona i gwiazdy świeciły nieznośnie. Nocny chłód podkradał się ze wszystkich stron i wchodził pod
przepoconą koszulę Daniły. A ten odetchnął z ulgą i wyciągnął się wygodniej w leżaku.
A potem jak zwykle położył swój kikut na rękojeści elektrody i... zadrżał! Sonda wydała mu się teraz
chłodna i obca - żadnego ciepła, żadnego mrowienia w palcach jego nieistniejąca dłoń nie odczuła. Daniła
leżał tak całą wieczność i nie mógł zmusić się na to by spojrzeć z ukosa na przeklęty ekran. Czuł jak
niewidzialna ręka chwyta go za serce i szarpie nim po całym ciele: od głowy do pięt. W oczach mu
pociemniało, gwiazdy drgnęły i rozpłynęły się we łzach. Po policzkach potoczyły się słone strugi.
- Boże! - szeptał Daniła w aksamitne lipcowe niebo. - Tylko nie to! Wszystko co zechcesz, ale tylko nie to,
dobrze? Panie, tak nie można ze mną postąpić! To nieuczciwe! To jest... nielogiczne! To jest...
niesprawiedliwe! Tak nie można? Czy Ty mnie słyszysz?!
I nagle na jego ramię opuściła się ciężka ręka i rozległ się głos generała Maksimowa. Tylko, że teraz nie
wiedzieć czemu nie było w jego głosie ni złości, ni władczego tonu, nawet nie było w nim rozdrażnienia czy
wyrzutu. W tym głosie było tylko proste ludzkie współczucie, zrozumienie i smutek.
Oj głupiś ty synku, głupi! — powiedział generał Maksimow. — I co żeś ty narobił?!
                                                                                                               Leonid Kaganow, 2011-2014
                                                                                                  muzyka: Zero Project — Moon Flight

Brak komentarzy:

Podziel się