Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemiecki młyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemiecki młyn. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lipca 2013

Balansując na granicy 2/2 (1298)

Żar lal się z nieba, a on ciężko dysząc leżał w rozwidleniu gałęzi z natężeniem obserwując jak stado gazel
- gdzieś tam w dolinie - wolno skubiąc trawę zmierzało do rzeki. Oblizał się. Właściwie to nie chciało
mu się ruszać z miejsca. Czuł się syty, ale świadomość, że jutro przyjdzie znowu głodować popchnęła go
do czynu.

Powolutku wstał, wyprężył się i wyginając się na wszystkie strony sprawdził sprężystość zastanych ścięgien
i mięśni. Bezgłośnie zeskoczył z drzewa i kryjąc się wśród wysokich traw ostrożnie zaczął schodzić w dolinę.
- Polowanie się zaczęło.

*   *   *

Do wody się nie zbliżamy, granicę przekraczamy po porządku, albowiem (w pełnym brzemieniu):
"Ordnung muss sein, sagte Hans, da brachten sie ihn in das Spinnhaus." W naszym wypadku chodziło
o Młyn na szczęście chodziło o młyn i tylko o Młyn. Jeden z drugim zresztą.

A potem zobaczono dowód braku szacunku dla tych co odeszli, a którym kamienne znaki pod nimi
pochowania lokalna władza odebrała i w kąt odrzuciła.
- Plac zabaw chcą sobie zrobić zapominając o szacunku dla szczególnego miejsca?

I jeszcze była opowieść o balonie, los którego mógłby posłużyć za kanwę niezłego dreszczowca!
...ale o tym niech opowiada ktoś godniejszy ode mnie: sam Organizator wyprawy.

I jeszcze w międzyczasie poszła dysputa o herbie co to mógłby herbem Lubicza być (a nie jest!), o domku
mauretańskim Pana Cygana, którego nie zalecało się fotografować oraz o planach Sympatycznego Pana
Dewelopera, który z Młynem Pruskim to (pewnie już niedługo) zrobi ho! ho! a nawet lofty.

Łącząc się w nadziei na dobry los Młyna Pruskiego w Lubiczu Dolnym - zanim to się jednak stanie -
chętnie pomyszkowałbym w jego środku. Rad bym posłuchać odległego szumu maszyn młyńskich dawno
wyprutych z szacownych murów. Chciałoby się spojrzeć z góry na przegrodę rzeczną i pochodzić za
cieniem Pana Dyrektora, który w imieniu akcyonaryuszy interesu owego doglądywał na miejscu pomieszkując.

Tych opowieści zresztą było więcej, ale któż by je tam wszystkie spamiętał?!
- Niechaj więc (ku naszej uciesze!) obrazki same pokazują co mają do powiedzenia.










































































































poniedziałek, 22 lipca 2013

Balansując na granicy 1/2 (1297)

Obudziła go jakaś myśl. Powoli, nie otwierając oczu uruchamiał po kolei swoje zmysły i mięśnie. Niczym
pilot myśliwca naciskający kolejne guziki, przełączający wyuczonymi ruchami (przy pełnej kontroli 
umysłu!) odpowiednie dźwignie odpalał swój organizm i przygotowywał go do kolejnego dnia.
- Dookoła niego - w wilgotnych, leśnych mgłach - wstawał rześki poranek.

Realizując atawistycznie wmontowane w nim procedury, nawet nie zadając sobie sprawy z ich istnienia (po 
używaniu ich przez tyle, tyle lat!) w końcu powoli otworzył oczy. Spod przymrużonych rzęs, starannie,
piksel po pikselu przyglądał się otoczeniu. Wreszcie drgnął i bezszelestnie powlókł się przed siebie.
Chrupało mu w stawach gdy przyspieszał, gdy biegł tak znanymi sobie ścieżkami pod górę, pod górę
wciąż!

- Gdybym był lwem to by mi falowała siwa grzywa - pomyślał literacko przyspieszając kroku teraz już
płynnie - chociaż niekiedy chwiejnie -  truchtając. Coś zabulgotało w zapadniętym brzuchu. Przed skokiem
na drzewo zatrzymał się i oczyścił o korzenie swoje - ciągle jeszcze ostre - pazury, kolejno wysuwając je
z poduszek. Stary tygrys z podziwem zauważył, że potrafi jeszcze bezszelestnie wdrapać się na stojący na
samym szczycie wzgórza rozłożysty baobab.

Przez dłuższą chwilę stał na najwyższej gałęzi - na tym swoim szczycie - i stał.
Rozszerzonymi nozdrzami badał teren, łowił i analizował każdy nawet najmniej wyczuwalny zapach w
promieniu wielu, wielu kilometrów. Tknięty jakimś przeczuciem (a może to trzasnęła gałązka?) nagle
obrócił się w prawo i znajoma fala wrażeń dosłownie zalała jego zmysły: MIĘSO! Świeże mięso, dużo
świeżego mięsa!
- Będą portrety - pomyślał z radością.

*   *   *

Ta karczma "Rzym" a nie "Lidl" się nazywa! - Organizator szybko objaśnił co i jak, a grupa przyjęła to ze
śmiechem i w pysznych nastrojach. Rozdano paszporty (proszę je mieć pod ręką, bo będzie kontrola!)
i każdy dostał swój w zależności od której przybył strony: kto rosyjski - a kto pruski. I tak (spod znaku 
z odpowiednim zakazem) wyruszono na rajd transgraniczny od Lubicza Górnego do Lubicza Dolnego.

  • Organizator; red. Szymon Spandowski, specjalista od spraw historycznych w toruńskich
    "Nowościach"
    , sprężyna i motor całego przedsięwzięcia.
  • Przewodniczka: Anna Zglińska, historyk, doktorantka na toruńskim Uniwersytecie, dopiero co
    wróciła z Berlina gdzie penetrowała tamtejsze archiwa w poszukiwaniu torunaliów
  • Lud rajdowy z Torunia i okolic, płci obojga w ilości ok. 20 osób w wieku kilku / kilkudziesięciu lat,
    ludzie ciekawi, zadający pytania i - mając swoje doświadczenia - uzupełniający przekazywaną
    wiedzę.
Przewodniczka co raz to się zatrzymując objaśniała mijane domy. Odczytywano zdarzenia z murów, ścieżek
i traktów. Przechadzano się wśród pejsatych, którzy biegali w swych zabiedzonych - przyprószonych 
mąką - chałatach. Żywo gestykulując rozmawiano z tymi którzy prowadzili młyn po pruskiej stronie.

Ktoś do kogoś krzyczał, wozy na wielkich żelaznych kołach turkotały, baby zawodziły, furmani klęli na czym
świat stoi próbując przepchać się do swojego miejsca w kolejce. Upał wisiał w powietrzu.

Wszyscy przeszli pruską komorę celną szczęśliwie. Jeszcze tylko niektórym krótka modlitwa w przyległej
kaplicy i druga kontrola, ale już na rosyjskiej stronie. Było sporo śmiechu, gdy okazało się, że i tym razem
celników pruskich udało się oszwabić. Otóż, ci dobrze ubrani i solidnie wyposażeni urzędnicy (jak to 
Prusacy) mają jednak swoją słabość: kompletnie nie znają rosyjskiego!

No i dawnymi czasy niemiłosiernie to wykorzystywano. Czy to paszport było trudno uzyskać czy co, dość
powiedzieć, że przedstawiano przedziwne papiery zamiast prawidłowego dokumentu granicznego. I tak
niektórzy pokazywali lada jaki kwit byle z urzędową pieczęcią. I tak to "legalnie" przekraczali Drwęcę
dając do przemielenia zboże w tańszym "Młynie żydowskim". Legenda (a ponoć i źródła historyczne 
głoszą), że co sprytniejszym udawało się przekroczyć granicę na podstawie zaświadczenia o szczepieniu
krowy... . I podczas naszego rajdu zostało to z wdziękiem udowodnione.

A poza tym jeszcze było... .
- A co ja tam będę gadał: popatrzcie sami!

























































































Podziel się