Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakubów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakubów. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 maja 2022

Podsumowanie I ETAPU: (2256)

TRASA / NOCLEGI: Toruń - Strzelno - Kiszkowo - Poznań - Osieczna -  Jakubów - Bolesławiec - Lubań + Lubań - Pieńsk - Łęknica - Toruń (= 602 km)

Opis poszczególnych dni znajduje się TUTAJ.

W N I O S K I :
1. Wskutek braku znajomości standardowych długości przejazdów zaplanowano zbyt duże (przesadnie optymistyczne) odległości dzienne (na 70 / 80 km!) nie licząc się z ograniczeniami wiekowymi. Na długich trasach planowana odległość dzienna w moim przypadku winna oscylować w okolicach 55 km/dzień. Realne odległości i tak zwykle są większe.

Śledząc grupy rowerowe dzienne przejazdy kilometrowe poniżej 70 kilometrów uznawałem za dyshonor i lenistwo :-). A prawda jest taka, że wcześniej wspomniane 55 km to jest dla starszego pana na takich dystansach odległość optymalna. Nie tylko zresztą dla niego. Pielgrzymki rowerowe dalekobieżne organizowane przez profesjonalistów projektowane są z uwzględnieniem takich właśnie dziennych przejazdów.
- Teraz to wiem.

2. Brak wytrenowania. Tutaj bije się we własne piersi aż dudni. Wyjeżdżałem z przeświadczeniem, że kondycję na tak długiej trasie zdobywa się w trakcie jej przemierzania. Założenie słuszne, ale przy
 s t o p n i o w y m dociążaniu organizmu. A nie tak hurra optymistycznie od samego początku. (Co, ja nie dam rady?! Dam radę, dam!) Sprawiedliwie trzeba przyznać: nie potrenowałem sobie przed wyjazdem :-) Myślę, że jak nie rowerem to trzeba było dociążyć organizm na pływalni, aby zrekompensować braki kondycyjne.
- To się uwzględni na następnym etapie!

3. Zdrowie musi być! A jak to było? Wyjechałem na kaszlu. Znaczy się przeziębienie miałem, takie małe, malusieńkie. No kaszlałem sobie nieco trochę. …ale przecież nie mogłem już czekać! Droga wołała. Droga mnie uleczy: tak myślałem. I początkowo tak było. Pod koniec jednak niezdrowie wróciło z taką siłą, że… wiadomo co. A więc: jaki wniosek?

Aby fizycznie sprostać takiemu zadaniu jak Droga trzeba (po prostu trzeba!) zdrowym być! Tak, tak - wiem, że to truizm, ale jednak w tamtym wypadku nadmierny (jak się okazało) optymizm wygrał ze realem.

4. Liczne (aż nadto!) przypadki mylenia drogi wynikały z:
- braku praktycznego doświadczenia w planowaniu i wykorzystaniu wytyczonych tras. Rozpoznawanie na elektronicznych mapach tras dla pieszych, zmotoryzowanych czy rowerzystów i ocena ich przydatności na danym etapie to nie jest coś co można “siłą swego umysłu” pokonać: Żadne główkowanie tu nie pomoże, frycowe na drodze trzeba było zapłacić!
- słabej znajomości programów prowadzących (Google Maps, Maps.me czy Mapy.cz). No niby to proste programy są, ale… .
- Tak, tak! Diabełek tkwi w szczegółach.
- nadmiernej ufności lokalsom bez uwzględniania ich braku rowerowego doświadczenia. Oj, dawałem się nabierać na te “bajania i życzliwe wskazówki”! Warto zwrócić uwagę, że ludzie w dobrzej wierze chcąc się wykazać znajomością tematu często wprowadzali w takie maliny, że… . Przy korzystaniu z niektórych porad trzeba wykazywać się naukową czujnością sprawdzając daną informację pod kątem “czy prawdą jest jakoby”. Zmęczenie sprzyja łatwowierności i często słyszymy, tylko to co sami chcielibyśmy usłyszeć.

5. Jechałem w niedzielę co oznaczało:
- brak uszanowania dla tego specjalnego dnia. To był błąd do którego, aż trudno się przyznać. Po tym drogowym doświadczeniu wbiłem sobie do głowy jako pewnik (przecież już bardzo dawno ustalony!), że: PAMIĘTAJ ABYŚ DZIEŃ ŚWIĘTY ŚWIĘCIŁ. To jest dzień na przemyślenia, uspokojenie myśli, uporządkowanie “swojego świata tu i teraz”. Czas na ogólną refleksję, prośby i podziękowania.
- brak należnego odpoczynku. To jest ta “magia kilometrów”. No, bo przecież w niedzielę na drodze jest mniej aut i jedzie się bezpieczniej. No,  bo przecież muszę teraz zaraz i natychmiast przejechać jak najwięcej kilometrów tych… .
- Praktyka pokazała, że nie muszę.

Jak widać entuzjazm dla podjętej decyzji o przemierzeniu Drogi przysłonił realne możliwości. Nigdy nie zapomnę tego uczucia zawodu jaki odczuwałem przed tymi wszystkimi którzy mi zaufali! Dopiero realne spojrzenie na całą pielgrzymkę przywróciło mi równowagę. Skoro nie mogę przejechać całej Drogi za jednym razem to dzielę ją na etapy. Tak więc teraz nic się nie stało (Polacy! Nic się nie stało!) mam dopiero (i aż!) PIERWSZY ETAP za sobą.
- Będą następne.
BĘDĄ!

niedziela, 15 maja 2022

Dzień 06: Jakubów - Bolesławiec: 69 km (2250)

Spałem w stoperach tłumiących wszelkie szmery raczej z przyzwyczajenia niż z potrzeby.

Czegoś rozleniwiony skusiłem się serdecznie zaproszony na śniadanie. A to - dzięki p. Bożenie - smakowało pysznie w spokojnej i pełnej relaksu atmosferze. Przy tejże okazji p.Bożena opowiedziała wspaniałą historyjkę pokazując kapsułę czasu / butelkę znalezioną podczas remontu zabudowań starej winiarni. Otóż znajdował się w niej m. innymi tekst w którym dawny właściciel winnicy informował swoich klientów, że:"wysoką jakość wina gwarantuję własnym słowem honoru".
- Story to odebrałem jako motto działającej obecnie Winnicy Jakubowo.

Prawdziwość powyższego podtrzymywały stosowane praktyki biznesowe. W tym kontekście przyjemnie zaskoczył mnie szacunek dla tradycji. Jeżeli zbudowano piwniczkę tylko tylko ze starych solidnych cegieł. Jeżeli zamierzano wzmocnić konstrukcję dachu to tylko ze starych desek rozbiórkowych... .

Rozleniwiony około 10:30 wyruszyłem w drogę. Cieszyły mnie gładkie asfalty szos, sprawiały frajdę miłe ścieżki rowerowe. Druga połowa rzeczywistości drogowej składała się z LEŚNYCH PIASKÓW. czasami zdawało mi się, że przejazd przez nie jest po prostu niemożliwy! I tak było, że wielokrotnie trzeba było całymi długimi odcinkami ciągnąć rower za sobą który i tak grzązł w zaspach piaskowych.

Tym sposobem dwa razy zaliczyłem glebę, ale choć niegroźnie dla zdrowia to mocno pobrudzony. W końcu dojechałem do Bolesławca. 

A tutaj zonk! Bezskutecznie poszukiwałem możliwości podbicia pieczątki w trzech kościołach. Znalezienie noclegu też okazało się nieproste.

I tak było, że gdy w pensjonacie "U Janiny" zaproponowano mi nocleg za 80 zł natychmiast grzecznie podziękowałem. Siedząc przed tym budynkiem na ławce uświadomiłem sobie że dalej to raczej już nie dam rady jechać. Trzeba było brać co jest! W końcu to jest odpowiednik 18 ojro i trzeba mi się do tego przelicznika przyzwyczajać.
- W ten sposób miałem gdzie się wykąpać, oprać i przespać. 



sobota, 14 maja 2022

Dzień 05: Osieczna - Jakubów: 69 km (2249)

Po mszy - tuż po 8-mej - ruszyłem odprowadzany przez księdza przeora.

I wtedy zaczęło się to co trwało od rana przez cały dzień: silny przeciwny wiatr, który chwilami w porywach osiągał prędkość i moc huraganu! Czasami bywało tak, że zatrzymywał starego rowerzystę stawiając jego rower w miejscu. Pojawiło się więc sporo wątpliwości co do sensu, co do kontynuacji, co do własnych sił na pokonanie choćby kawałka Drogi w takich warunkach. 

I wtedy przypomniało mi się, że dobrym sposobem jest robić przerwy co przystanek autobusowy. Schować się do wiaty, napić się wody, rozprostować kości, pomyśleć sobie o tym i o tamtym a potem znowu wzmocniony tą przerwą ruszać dalej. I to się okazał być sposób na przetrwanie tego dnia! I to był sposób na dojechanie do zaplanowanego i wymarzonego Jakubowa.

Po drodze były również ciężkie fragmenty drogi numer 12. W sporym ruchu, szybko mijały mnie wielkie samochody z przyczepami. Tego dnia miałem jednak szczęście: mimo wszystko czułem się tam lada jak bezpiecznie. Zanim jednak dotarłem do Jakubowa było jeszcze trochę odcinków bocznymi drogami i parę niezłych górek tuż przed samym celem.



Po dotarciu do plebanii okazało się że jest w remoncie. Później przypomniałem sobie z internetów, że w styczniu tego roku plebania spłonęła. Teraz już wiedziałem dlaczego tam są jakieś prace remontowe i żywego ducha brak.

Nie zastawszy więc nikogo - wybity ze sił - stanąłem na skrzyżowaniu i po prostu nie wiedziałem co robić. Na ulicy nie było ludzi, nic nie jechało a ja byłem zmordowany. Woda mi się skończyła, ale miałem jeszcze jedną bułkę w zapasie. Kurcze - pomyślałem sobie - no muszę znaleźć sobie jakiś nocleg. Po namyśle poszedłem w pierwszą uliczkę na chybił trafił i zobaczyłem że jest jakiś zakład pracy. Jeśli jest zakład pracy to może są tam pokoje pracownicze. Może tam znajdzie się miejsce i kawałek podłogi gdzie mógłbym po prostu położyć głowę. Rzeczywistość przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania: pani Bożena po zastrzeżeniach, że ma w tej chwili grupę 17 osób na degustacji zaprosiła mnie na nocleg!

Okazało się, że jest to spotkanie o charakterze biznesowym, wizyta koneserów wina, gdyż pani Bożena razem z synem prowadzi Winnicę. Po doprowadzeniu siebie do porządku (prysznic, pranie, przebranie) otrzymawszy zaproszenie trafiłem do  t o w a r z y s t w a . A tam prowadzono prelekcję na temat produkowanych win wzmacniając przekaz kolejnymi lampkami. Osobiście zależało mi na tym, żeby dopełnić grzeczności i po przedstawieniu się zamierzałem dyskretnie ulotnić się. ...ale się nie dało! Trafiłem na jedyne wolne siedzenie tuż obok Marty, nauczycielki jogi.

A w ogóle to zebrane towarzystwo okazało się na wysokim poziomie i wina spożywano w stosownych ilościach, tak aby do końca spotkania odczuwać urodę, smak, zapach i inne walory danego trunku. Tak więc - chcąc nie chcąc - wziąłem udział w prelekcji na temat produkowanego w Jakubowie wina i win w ogóle!

Pan Michał (gospodarz wydarzenia) swobodnie i z głęboką znajomością tematu (jak to mikrobiolog z doświadczeniem w zagranicznych winnicach) oszołomił mnie swoją wiedzą! Prowadził spotkanie z elokwencją człowieka dogłębnie znającego temat, mówiąc o sposobach produkowania wina, zaletach i różnicach między nimi. 

A wszystko to upływało w harmonijnej kolejności, podczas serwowania kolejnych gatunków wina z własnej winiarni. No i były białe, były czerwone był nawet koniak który zaprzyjaźniony ktoś stworzył na bazie lokalnych winogron. Ogólnie widać było, że zarówno p. Michał jak i p.Bożena korzystając z dobrodziejstw współczesnej wiedzy winiarskiej z wielkim szacunkiem odnoszą się do lokalnych tradycji winiarskich. 

Słuchałem wykładu jako profan ale... udało mi się ładnie wstrzelić w temat! Otóż na moją mimochodem rzuconą uwagę, że na winach to się znam raczej nie-nie-nie, ale jedno dawno spożyte Kindzmarauli zostało w mojej pamięci. Na tą uwagę zareagowano natychmiast i poprowadzono mnie do piwniczki, gdzie mogłem zobaczyć jak wielkie gliniane (?) amfory zakopane w ziemi czekają na sezon. Sprowadzone z Gruzji wypełnią się lokalnym winem robionym na sposób kraju skąd właśnie pochodzi wino! 

Gdy warszawska część grupy biesiadnej zasiedliła swój autobusu pozostali obstąpili mnie pytaniami i nuże mnie wywiadować. Kim ja? Po co? Jak? Dlaczego? Czemu tak a nie inaczej... . Dopytywaniom nie było końca i chcąc nie chcąc wystąpiłem w roli celebryty - pielgrzyma objaśniającego co to kredencjał, po co pieczątki, jaką trasą i tak dalej. Wobec tak wysokiego poziomu zainteresowania szerzyłem drobiazgowe informacje, będąc mocno przekonany o potrzebie promowania rowerowego pielgrzymowania do Santiago.

Z jednej strony to było miłe i czułem się ważny, ale czas płynął a ja zamiast odpoczywać w oparach podziwu siedziałem i mówiłem, mówiłem i mówiłem nie umiejąc się wyrwać z niezwykle przyjaznej atmosfery. Kiedy bractwo przeniosło się do winnicy skorzystałem z okazji i czmychnąłem do pokoju. Spałem jak suseł i nawet nie słyszałem jak wesołe towarzystwo późno w nocy wróciło na kwaterę.

W ogóle to było dla mnie kosmiczne wydarzenie, bo czułem się tak jakbym trafił do innej rzeczywistości! Wszystko tam dla mnie było nowe włączając w to i żywo zainteresowanych moim losem biesiadników. Jak już wspomniano dzięki zrządzeniu losu siedziałem obok Marty, która okazała się być osobą niezwykle kontaktową. 

Serdeczne zapraszanie mnie do Lubania - z uwagi na charakter imprezy w której braliśmy udział - przyjąłem ze zrozumieniem będąc w 100% przekonany, że nigdy tam nie trafię. Nawet argument Marty, że jej mąż jest pasjonatem doskonale znającym się na rowerach nie był wtedy w stanie zmienić mego przekonania.
- Zapominałem o tym, że to w winie jest prawda :-)

Warto jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie tego spotkania. Nad całym przebiegiem spotkania dyskretnie czuwała p. Bożena serwując co raz to kolejne przystawki do podawanych win. Od niej też otrzymałem zaproszenie na jutrzejsze śniadanie z którego (jak przewidywałem) raczej nie skorzystam. Na pewno odbędzie się późno, a ja przecież muszę z rana, szybko muszę w Drogę ruszać! To nic, że jutro jest niedziela! (NIC?!) Będę przecież mógł poruszać się po lepszych trasach, które nie będą obciążone tak ciężkim transportem. Magia kilometrów działała!

A może jednak należałoby uwzględnić to, że minione trudy pokazując się mi w całej okazałości wskazują na to, że powinienem porządnie odpocząć?! W końcu dobrym pretekstem do tego jest właśnie niedziela. W tej dzikiej chęci przejechania od razu i jak najwięcej kilometrów jakoś umknęło mi najwazniejsze: PAMIĘTAJ ABYŚ DZIEŃ.... .  

Później analizując przyczyny dlaczego tak ciężko mi się jechało doszedłem do wniosku, że (oprócz braków kondycyjnych, górek, wiatru i piachów) był jeszcze jeden powód mojej mordęgi. Podczas dojazdu do Jakubowa - w drugiej połowie dnia - okazało się że siodełko zjechało na mocowaniu do samej podstawy i ta moja utrudniona ciężka jazda to też była sprawa fatalnego fittingu. Będę musiał obserwować temat i nie dopuścić już do takiej nieprawości.

piątek, 7 sierpnia 2020

Południowa Droga Jakubowa - Dzień 06_JAKUBÓW - BOLESŁAWIEC_95 km (2177)

Trasa: Jakubów - Grodowiec - Trzebcz - Polkowice - Sobin - Chocianów - Bolesławiec

Spaliśmy w domu Przedsiębiorców (albo po prostu) Dobrych Ludzi - producentów nieznanych mi maszyn i peletu.

Zadziwili nas ci Gospodarze - którzy zapracowani zarabianiem pieniędzy - zdobyli się na dobry gest, który nie był rejestrowany kamerami i może nawet nie został zauważony nawet przez najbliższe otoczenie... .

Mimo wszystko wypoczynek był dobry chociaż w trakcie nocy musiałem się przenieść do osobnego pokoju, bo słychać było chrapanie. To było naprawdę niegłośne, ale już tak jest, że jak się człek wybije... . Jestem przekonany, że Piotr mruczał o wiele słabiej ode mnie!

Zagubiłem gdzieś nie tylko te używane, ale i nowe zagłuszki do uszu. W najbliższej aptece trzeba się w ten niezbędny artykuł zaopatrzyć.
Uwaga! Kupuje się tylko zatyczki z celulozą czy też czymś podobnym. Są skuteczne w działaniu i łatwo się je zakłada oraz zdejmuje.

W ogóle dzisiejszy poranek był trudny. Długo się zbierałem. Piotr - już dawno przy swoim rowerze - musiał czekać, gdy ja ślamazarnie zbierałem się do odjazdu. Druga rzecz to, że on się jeszcze dopakowywał, gdy zszedłem na dół.

Poranna rutynowa wizyta w celu podbicia "Paszportów" u księdza w Jakubowie zostanie miło w mojej pamięci. Broszurka z toruńskiego kościoła jakubowego święciła tryumfy! Cieszy nas to wręczanie i prawdziwe zainteresowanie osób obdarowywanych.

Przed opuszczeniem Jakubowa była jeszcze chwila na zwiedzanie pobliskiego pałacu, którego ruiny wczoraj zauważono.

W trakcie drogi do Grodowca dwa razy znikł właściwy kierunek i trzeba było kilometrów nadkładać. Drogi w tych okolicach są przeważnie dobrze oznakowane, ale uważniej trzeba wypatrywać znaków. One dla klasycznych, pieszych pielgrzymów są a nie rowerowych!

Jakoś dojechaliśmy do Sanktuarium w Grodowcu. I tu pełne zaskoczenie! Było się już w paru miejscach szczególnych, ale świątynia GRODOWIEC zaskoczyła nas kompletnie. To sanktuarium maryjne na wysokim wzgórzu posiada bardzo dużo rzeźb.

Dodatkowo warto pamiętać przy następnym przyjeździe tutaj, że w Grodowcu jest "Dom Pielgrzyma". 





Polkowice zostały zauważone z uwagi na ładny kościół właśnie powstający. A więc jednak można budować świątynię odwołując się do tego co w architekturze dla nas ważne, co nas poprzedzało w ogóle... .


W miejscowości SOBIN mieliśmy (?) spotkanie z ks. Markiem Kurzawą, który kilkanaście razy był na Camino de Santiago. Info odtwarzane z pamięci, stąd ten znak zapytania. Tak się dzieje gdy notuje się po paru dniach... .

No i drugie przyjemne zaskoczenie: wzorem stosowanym w zachodniej Europie na ścianie była skrzyneczka z pieczątką do samodzielnego podbicia "Paszportów". Patencik praktyczny, bo przecież trudno oczekiwać, aby ksiądz o każdej porze dnia i wieczoru był do dyspozycji.

A osobiste spotkanie na pewno było! Właśnie przy korzystaniu z pieczątki.






W Chocianowie daliśmy się nabrać tego dnia po raz pierwszy. Wchodzimy do restauracji a tam słabo. Już mieliśmy wychodzić aby gdzieś indziej coś zjeść a tu wychodzi do nas kucharz.

Jak na filmie kłania się w pas i nuże zachwalać kaczkę co to mu ostatnie dwie jej porcje się zostały! Smaczną kaczkę, bo on w dziedzinie kaczek specjalistą jest.

A my głodni jak trzy wilki! No i przytaknęliśmy naiwnie i ochoczo na jego propozycję, (o zgrozo!) nie pytając o cenę... . Kaczka była jak kaczka. Ani za duża ani za mała i ogólnie smaczna.
- Tylko ta cena nieco za słona... .

Wpadkę z kaczką osłodził nam sam Chocianów. Miłe miasteczko z ładnym kościołem pośrodku.

To właśnie tam spotkaliśmy niezwykle sympatycznego, młodego zakonnika (Salezjanin), który nam w czymś pomógł... . Ale w czym to nie pamiętam z powodu wcześniej wymienionego.
- Pamiętam natomiast, że dostaliśmy od niego po butelce chłodnej wody!

Przez cały dzień jazdy mało było trudnych odcinków terenowych. Przed Bolesławcem zaczęły się spore górki, długie podjazdy. Zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki.

MODŁA - kościół pw. Matki Boskiej Różańcowej.

W pewnym momencie niezrozumienie: Piotr pojechał w prawo tam gdzie wskazywał nieprecyzyjnie ustawiony znak a ja pojechałem w lewo. Pojechałem tak, bo upewniłem się, że to dobry kierunek. Mimo wszystko zawróciłem i pojechaliśmy tym sposobem ileś kilometrów więcej, po mało luksusowej polnej drodze.

Dzisiaj z perspektywy zakończonej Drogi mogę śmiało powiedzieć, że to była najtrudniejsza dla nas sytuacja i z której wyszliśmy - mimo wszystko - obronną ręką.

Nauczyliśmy się, że skłonność do kompromisów to jest wartość, którą należy wspólnie pielęgnować szczególnie wtedy gdy zmęczenie czy przeciwności drogowe wcale nas w tym nie wspierają.
- I to było zgodne ustalenie, które domyślnie zapadło kiedy w Bolesławcu objadaliśmy się lodami :-)

Podczas odpoczynku pielgrzym Piotr złapał gołębia. Ptak był jednak zbyt chudy i wspólnie postanowiliśmy, że go nie zjemy.

W Bolesławcu nie było sił żeby jechać gdzieś dalej.

Był więc udział w mszy wieczornej a potem (usłyszeliśmy dwukrotnie!) stanowcze NIE w sprawie przenocowania. Pełni zrozumienia wyruszyliśmy na poszukiwania noclegu.

Ostatecznie znaleźliśmy pensjonat "U Janiny". Noc tam spędzona kosztowała a'60 zł, ale co to dla dwóch takich co tego dnia w Chocianowie zjedli kaczkę :-)

Miejsce pomieszkania przed zakwaterowaniem określono z emfazą jako apartament (a była to mała klitka!) ale my nie mieliśmy sił na negocjacje cenowe czy szukanie innego miejsca.

Mając w pamięci moją nadwrażliwość na intensywne spanie pielgrzyma Piotra około 11:00 w nocy zszedłem na dół i uzgodniłem z właścicielką, że przyniosę się do innego pokoju. W ten sposób dało się całkiem nieźle wyspać i odpocząć.


Podziel się