Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie własne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie własne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 czerwca 2013

Oddział specjalny 2/2 (1260)



A potem nagle wszystko się zmieniło! Zanim zdążyłem sobie uświadomić co się dzieje pieprznęło całymi
seriami po obozie! Huknęło tępo raz i drugi jakby ktoś walił ogniem bezpośrednim z haubicy! I ten
grzechot automatów! I znowu dudnienie  jakby ktoś walił olbrzymim młotem po monstrualnym, miedzianym
kotle... . Echo nie nadążało iść po całej dżungli! I jeszcze na dodatek siało całymi seriami jakby nigdy nie
miało zabraknąć im amunicji... . Szybko oceniłem ich siłę ognia: będzie ze dwadzieścia małych luf i z pięć dużych!

Zareagowałem według procedury alarmowej jak automat: odruchowe zatrzaśnięcie hełmofonu,
zabezpieczenie karabinka, zjazd pod ziemię do schronu, test ludzkiej obecności w promieniu 5 km,
zdalne odpalenie wyrzutni gazowych, uruchomienie detektorów ruchu i całej pozostałej maszynerii
kontrolno-zabezpieczającej... .

Zawsze tak robimy kiedy nie wiadomo skąd idzie atak i nie wiemy w jakiej jest sile. Jeszcze jak ślizgałem
się w dół słyszałem już w słuchawkach kolejne detonacje, tym razem nasze. – To właśnie nowe zabawki
zaczęły pracować. Cieszą mnie one, tylko zachodzi pytanie na jak długo ich wystarczy? 

Odpalenie pięciu wyrzutni gazowych wystarczy, by nasze trujące dymy wolno ścielące się załatwiły
sprawę w ciągu paru minut. Z jednego pocisku powstaje smuga tłustej, burej chmury, która wolno opada
do wysokości 1,8 - 2 metrów i (mimo podmuchów) trwa tam przez najbliższe 50 minut. Z papierowym
szelestem lufy wyrzutni gazowych opuszczały kolejne pociski, po to by w chwilę po nabraniu wysokości
głucho eksplodując spaść w dół rozsnute w zabójczą chmurę... . 

Zwykle po takim ataku gazowym w promieniu 1 kilometra od obozu nie pozostawała żadna żywa istota.
Tylko, że potem przez najbliższe dwa tygodnie fetor od rozkładających się zwierzaków nie dawał nam
spokoju. I muchy, muchy, muchy... .

To, że padlinożercy podchodzili potem pod obóz stadami nikomu z nas nie przeszkadzało. Zakaz
poruszania się po otwartej przestrzeni (nawet obozowej) bez szczelnego kombinezonu bojowego
dotyczył wszystkich i zawsze. Nawet dorosły jeżokoń (gdyby się przedostał jakimś cudem do obozu)
nie miał szansy nikomu nic zrobić tymi swoimi zatrutymi kolcami i przerażająco smrodliwym oddechem... .
- Jutro puści się koparki i spychacze, to będzie lżej oddychać.

Tak więc zanim zdążyła trzasnąć pokrywa włazu zamykającego mój bunkier - do którego zjechałem
po zsypie - już siedziałem przed zapalonymi monitorami oswajając oczy z nową sytuacją. Rzut oka
wystarczył bym zyskał potwierdzenie, że radiopelengatory pracują normalnie. Dwa z pięciu co prawda
zostały uszkodzone, ale cały system działał sprawnie i po przełączeniu go na tryb awaryjny nie miałem już
nic do roboty jak tylko śledzić obraz ze stacjonarnych kamer.

Jeszcze tylko należało wysłać cicholot, żeby popatrzył z góry na całą sytuację... . Otworzyłem górny
hangar znajdujący się na dachu kontenera magazynowego nr 7 i odpaliłem rakietę wynoszącą go poza
zasięg ognia. Jako wolnolot nie miał szansy w spotkaniu z pociskami rozpryskowymi, które gęstym
dywanem kładły się na osłonach pancernych kontenerów magazynowych... . Widziałem to na swoich
monitorach dokładnie. Wszystko rozgrywało się jak na poligonie podczas ćwiczeń.

Tak więc sam wolnolot obserwacyjny nie miał szansy na bezpieczny start, ale MW-07a (moduł
wynoszący)
zapewniał mu osiągniecie pułapu operacyjnego w ciągu paru sekund. Żadne oko nie jest
w stanie uchwycić startu takiego cuda! Tylko smuga kondensacyjna – jak na obrazku dokładnie pionowa
- wskazywała miejsce gdzie jeszcze przed chwilką była smukło-srebrzysta sylwetka modułu wynoszącego
wolnolot.

Potem jeszcze tylko odległy trzask oznaczający równoczesne uwolnienie latacza i detonacyjne odpalenie
otwarcia spadochronu hamującego... . Po całym zamieszaniu zawsze chcemy mieć MW-07a pod ręką.
Nigdy nie wiadomo kiedy trzeba będzie go jeszcze raz użyć.

W chwilkę potem włączył się samoczynnie piąty monitor wskazując, że urządzenia pokładowe cicholota
pracują normalnie, włącznie z kamerą lotniczą, termowizyjną i detektorami istot żywych... . Żyroskop,
GPS i pozostałe mierniki wskazywały miejsce i parametry pracy urządzenia, które zaczęło zataczać
prawie regularne kręgi od miejsca swojego powietrznego startu spiralnie zwiększając obszar
penetrowanego terenu.

Pobawiłem się chwilkę zoomem drugiej kamery zamontowanej na wolnolocie, ale ponieważ nie
zobaczyłem nic ciekawego przestawiłem całość na tryb automatyczny i przestałem sobie zawracać głowę
ustrojstwem. Jak mu się skończy paliwo sam wróci do Centrum lotem szybowym na ziemię.

Brzęczyk w hełmofonie uświadomił mi, ze Dowódca ma coś do mnie.
- Dyżurny co u was słychać?! W porządku!?
- Yes, sir! Wszystko w porządku panie pułkowniku!


Chwilka milczenia i potem zapytał lekko zaniepokojony.
- Czy ktoś jest poza obozem?
- No, sir! Z ludzi nie, ale przed godziną wysłałem trzy maszyny wartownicze i jeszcze nie wróciły
   z objazdu. Są trochę za daleko i jak na razie nie mam z nimi łączności.
- OK. Gdyby co, to łączcie się ze mną poprzez intercom.. . Bez odbioru.


To już było trochę dziwne. Ostatecznie atak za chwilkę się skończy, bo słyszałem przecież jak wyraźnie
słabł z minuty na minutę. Na takie wypadki wystarczała zwykle standardowa formuła: Łączność jak
zwykle, czyli przez gorącą linię. To, że zażyczył sobie być w stałym kontakcie mogło oznaczać tylko
jedno. Najwyższy stan gotowości wisi w powietrzu. I rzeczywiście nie myliłem się. W chwilkę potem
usłyszałem:
- Dyżurny, zamknąć osłony akustyczne i włączyć syreny odstraszania!
- Yes, sir! Zamknąć akustykę, włączyć syreny! ...Wykonane!
- Zrozumiałem. Bez odbioru.


Na monitorach wyraźnie widziałem jak nad kontenerami mieszkalnymi i centrum dowodzenia rozpinają
się ekrany akustyczne. To jest delikatne określenie! Jeden po drugim delikatne, a jednak potężne,
strunowo-betonowe wachlarze osłon akustycznych przykrywały szczelnie każde miejsce w którym
mógł przybywać jakikolwiek człowiek w swych pomieszczeniach.

W sekundę po uszczelnieniu dźwiękowym włączyłem syreny odstraszania. Tak naprawdę to są generatory
akustyczne. To ta nasza nowa broń. Mocna dość. W promieniu paru kilometrów od nas wszystko zaczęło
się trząść. Widziałem to wyraźnie na monitorach. Potęga megawatów energii stopniowo płynnie zamieniana
na falę dźwiękową dawała o sobie znać w nieprzeciętny sposób.

...Tego rzecznego żółwia oglądałem nie po raz pierwszy. Zwykle wylegiwał się na ciepłym i mokrym
piachu tuż obok miejsca gdzie zwykle pobieraliśmy próbki wody... . Kamera nr 17, na którą dałem
zbliżenie z trzeciego monitora pokazała mi wszystko dokładnie. Wszystko drgało i falowało wokół żółwia,
także on sam, także jego skorupa... . I nagle bryzg! On się rozpadł! Rozpadł się tak gwałtownie jakby
przed chwilką połknął granat!

Podobne wybuchy zaczęły być widoczne w innych miejscach.... . Wszystko co żywe wraz z nabieraniem
obrotów przez generatory dźwiękowe rozpadało się jakby siłą implozji, siłą wybuchów rozrywających
od środka na strzępy wszystko co żywe... . Wszystko. Nie zrozum mnie źle. Wszystko co składa się
z białka  m u s i a ł o  wybuchnąć. Fizyki i biologii nie można oszukać!

W  trzy minuty potem w promieniu 5 kilometrów było po wszystkim. Żadnych Dzikich, żadnych
zwierząt, żadnych ptaków, żadnych ryb, żab, robaków, muszek, pajączków... . No i oczywiście Dzikich.

Potem były jeszcze dźwięki najwyższe i powoli maszyny zeszły z obrotów. I nadeszła cisza... . Ekrany
dźwiękochronne z cichym skrzypem rozsunęły się na nowo pokazując niczym nienaruszone bryły naszych
Catepilów.
Jeszcze tylko cichy trzask w hełmofonie:
- Alarm odwołany!
- Yes, sir!
- Jak poszło?
- Standardowo, jest OK. Dobrze poszło i tym razem... .


A niby jak mogłoby pójść? W końcu jesteśmy zawodowcami.
...ale pączki w kantynie niefajne! Przyjadę do domu to sam sobie upiekę.
I poczytam w spokoju bajki o tym jak to u nas naprawdę jest.

piątek, 14 czerwca 2013

Oddział specjalny 1/2 (1259)



Praca jak praca. Nic specjalnego. A to, że jestem komandosem na nikim wrażenia już nie robi. W końcu
robota jak każda inna, tyle, że moja jest bardziej mokra. - Nawet bardzo mokra. I wcale nie chodzi o to,
że na całym prawie Terytorium Dzikich - gdzie zwykle mam służbę - jest las deszczowy. Tak naprawdę 
jednak to ta robota jest nudna, chociaż rzeczywiście czasami niebezpieczna. Ale tylko czasami.

Nudno miało być i podczas ostatniej służby, ale tak się nie stało. Opowiem jak to było naprawdę! To co
napisali dwa tygodnie temu w gazetach to jest jedna wielka lipa. Napisali o nas, że dzięki bohaterskiemu
wysiłkowi załogi Fortu Rzecznego... . Dziennikarz opisał wszystko ze szczegółami. Dokładnie opisał  j a k
bohatersko odparliśmy atak Dzikich. Nawet było o walce wręcz!
– Śmiechu warte! To ja tam byłem, ja to widziałem, no to ja lepiej wiem!

Pamiętam, że dzień był jak co dzień. Po dwóch tygodniach od założenia Fortu w zakolu rzeki nie było
specjalnie nic ciekawego do roboty. Ot służba wartownicza 24 / 24 za solidnym ogrodzeniem.
A ogrodzenie rzeczywiście solidne. Czujniki elektroniczne rozstawione i zamaskowane. Całość
skalibrowana i przetestowana tak, że mucha nie siada. Przy takich zabezpieczeniach żaden mały
zwierzak (i duży też!) już nie będzie stawiał na nogi całej załogi Fortu... .

Komando obsługi na założenie obozu potrzebuje zwykle cztery godziny. Po trzech dniach rozbudowywania
umocnień mamy już z obozu zrobiony fort. Naukowcy zasiedlają poszczególne kontenery przez następne
dwa dni. Po tygodniu od wbicia pierwszego palika w ziemię wszystko jest już na swoim miejscu. Większość
z tego montowana jest automatycznie.

Zaczyna się od rozstawienia kontenerów mieszkalnych. Tak naprawdę to ta robota nic nas nie obchodzi.
Robi się zawsze sama. Z chwilą kiedy helikopter postawi Catepila na ziemi (to taki moduł mieszkalny,
albo magazynowy na gąsienicach)
, maszyna wybiera sobie dogodny punkt, sama wysuwa sobie coś
tam, okopuje się i sama się zabezpiecza... .

My tylko maskujemy i ręcznie hasłujemy wstęp, żeby nie było kłopotów z rozpoznaniem swoich... . Ot,
przyłożyć rękę gdzie trzeba i po wszystkim. Po to właśnie mamy te specjalne rękawiczki z odsłanianymi
opuszkami palców. Zapach osobisty, próbki głosu i obraz z tęczówki oka pobierane są równolegle... .

Ustawienie wieżyczek obserwacyjnych sprawia nam niekiedy trochę kłopotu. Trzeba też czasami nieźle
się namachać, żeby zrobić przejście w bujnej roślinności na ustawienie płotu i zasieków... . Z uwagi na
grząski grunt spychacze nie zawsze sobie dobrze radzą w dżungli, więc było i tak - nie raz i nie dwa
- że
ogrodzenia stawialiśmy ręcznie... . Cholera by wzięła taką robotę!

Jak nie wierzysz to popatrz na zdjęcia południowego ogrodzenia. Drugi pierścień zapór postawiony jest
solidnie, ale już na pierwszy rzut oka widać, że maszyna tak krzywo by ich nie postawiła... . Wieżyczki
i płot mają samoczynne pazury mocujące się wolnoobrotowymi wiertłami do podłoża i są na teleskopach,
ale wiesz jak to jest z tą techniką! W końcu okazuje się, że i tak musisz liczyć na siebie! ...ale wylanie
betonu na podstawę skutkuje! Zwykle na pięć tygodni wystarcza, żeby pod nią nie wyrosła żadna
nowa trawka. Dobre i to!

Kiedyś komando sierżanta Brenta – mimo, że to jest standardowa procedura – nie sprawdziło
dokładnie przed postawieniem wieżyc struktury gruntu. Później okazało się, że pod wierzchnią warstwą
iłu była lita skała! ...No i potem przez cały czas istnienia tego obozu – przy byle wiaterku – bujało jak
na morzu! Wieżyczka ziemi się słabo trzymała i tyle!

No więc teraz uważamy przy instalowaniu tych wieżyczek i wiemy, że czasami nic nam poczciwej łopaty
nie zastąpi. Tak samo jak lornetki i własnych oczu. Technika, techniką, ale człowiek jest niezbędny!
Chociażby po to, żeby szczegółów dopilnować! No właśnie.

Z nudów często kierowałem lornetę na rzekę. Tam zawsze coś się działo. Czasem można było zobaczyć
dzikie stada płynące wpław. To nawet nieźle wygląda jak bok przy boku płyną czarno-pręgowane antylopy
Uru-e (widziałeś je kiedyś przy wodopoju?!) i Pasterzaki!

Na lądzie Uru-e są zwinne i smukłe, a w wodzie im jeszcze przybywa wdzięku! Pływają jak delfiny. Za
sobą pozostawiają zwykle tylko delikatny  ślad rozsuwanej prawie bezszelestnie wody. Kiedyś na patrolu
widziałem jak Uru-e wychodzą z rzeki. Żadnego parskania, tylko miękki szelest opadających kropel
wody i cichy stukot stawianych kroków... . I oszałamiający zapach piżma... .

Pasterzaki pływają z wdziękiem lokomotywy parowej i składają się głównie z paszczy. Zęby mają tak
ostre jak piła łańcuchowa i tak mocne jak stalowe szczęki 4-tonowego, samobieżnego podnośnika
hydraulicznego... . Ważą zresztą prawie tyle samo.

Naprawdę można się też zachwycić widząc zielonkawo połyskujące srebrne ostrogi na grzbietach wołów
nilowych (co za nazwa!) Tych to widać z daleka! Rytmicznie kotłują wodę za sobą, gwałtownie falując
w rytm odrzucanych płetwami potężnych strumieni wody! Prują po rzece jak nasze kanonierki podczas
desantu... .

Tak, tak! Od czasu do czasu mamy ładne widoki, ale nam nie płacą za ich oglądanie! Mamy pilnować
bezpieczeństwa Fortu. Taka jest nasza rola. Dlatego musimy być czujni. Dlatego musimy wykorzystywać
tą całą technikę.

A sprzętu mamy sporo. Dużo jest tych przestarzałych, standardowych różności; te wszystkie noktowizory,
celowniki i naprowadzacze, wizjery na hełmy, kamizele kuloodporne, buty minerskie... . O broni osobistej
nic nie powiem. Dlaczego? - ...bo nie!

Ten cały techniczny chłam to często są bajery, ale często też te zabawki ratują komuś tyłek.  Ostatnio
dodali nam parę gadżetów. Opowiem jednak tylko o dwóch. No i właśnie o tym będzie za chwilę... .
No więc, piąta rano jak byłem już na stanowisku. Warta nie należała do ciekawych. Jakieś mgiełki,
słońce wstawało niechętnie i powoli. Kiedy już się w końcu pokazało, ptaki zaczęły wrzeszczeć na całego
i wyglądało na to, że będzie tak jak zwykle przez cały dzień. Aż do zmroku. Jak to w dżungli. Jak to na
Terytorium Dzikich... . - Parno, gwarno i nudno.

No więc stałem na tej cholernej wieżycy i patrzyłem przez lornety nożycowe na dżunglę. ...ale co tam
można zobaczyć? Nic tylko, las i las. Drzewa ociekające wilgocią z porannych mgiełek. Dobrze, że
chociaż zdjąłem hełm! W końcu to jest organoleptyczna warta, no nie?! Nie tylko mogę zdjąć osłonę
hełmofonu, ale nawet muszę! W końcu przecież moim zadaniem jest wyłapać to wszystko czego nie
zarejestrują maszyny. ...ale one i tak wszystko widzą! No, prawie wszystko.

Tak więc dzień był duszny i parny jak zwykle. Ci co siedzieli w kontenerach mieszkalnych mieli
klimatyzację, ale tutaj? Wiatr był taki jakby motyl bąki puszczał. Od dżungli grzało zgniłą, mokrą wilgocią.
Pot chorobliwie zalewał czoło... . I muszki, muszki, muszki... .

Po obozie nikt się nie snuł. Kto mógł to spał, a kto miał zajęcie to i tak go nie było widać.

Nagle poprzez szum rzeki i zwykły gwar lasu usłyszałem dźwięk. To nie było normalne zawodzenie
wyjców, wrzask papug czy kumkanie błotnych żab razem wzięte... . To był nowy cieniutki, cieniutki
głosik... . Bardzo melodyjny. Lekko wibrujący. Zaśpiewał ten głos cichutko i wysoko... . Przez chwilkę
było tak jakby ktoś na organach o poranku zagrał... . Na coraz większych organach. Słów w tym nie
było, ale melodia, melodia w tym tak słodka i rzewna była, że płakać się zachciało i marzyć... .

c.d.n.

wtorek, 11 czerwca 2013

Agent nr 00044 (1256)
















Bardzo chciałbym mieć taki numer jak już przejdę to szkolenie. Albo jakiś inny, podobny.

Jestem nowy we Firmie. Pewne dlatego na mnie mówią: Nowy. Trochę mnie to denerwuje, ale niech i tak
będzie. Tutaj jest pełno nowych, ale nikt do nich tak nie mówi! Tylko do mnie. W końcu tak naprawdę to
nazywam się przecież zupełnie inaczej. ...ale czy to ma jakieś znaczenie?!

No dobra, już nie będę się awanturował! W porządku, ty też możesz na mnie mówić Nowy.
We Firmie jest porządek. Szef tak mówi, a jak on coś mówi to mówi! Nie jesteśmy od robienia brudnej
roboty! – powiada - My mamy mieć czyste ręce choćby nie wiem co! – powiada. No właśnie choćby nie
wiem co. – A co? A o co chodzi?!

Ja tam dużo rzeczy nie wiem. Dlatego też muszę dużo trenować i ćwiczyć. Chodzę więc od rana do
wieczora na różne szkolenia.  Na jakie?! A co ci do tego? Nie myśl, że jak pijemy razem wódkę to
wszystko ci mogę powiedzieć... . Firma to Firma i swoje tajemnice ma! Szkolą mnie i tyle! Intensywnie,
a nawet bardziej! W końcu mam być agentem, agentem do zadań specjalnych... .

Zresztą każdy z nas ma być agentem do zadań specjalnych, ale ja to coś innego! Dwa metry wzrostu
i 125 kilo żywej wagi robi swoje. No, nie?! Tak więc to ja też mam być specjalnym agentem do specjalnych
zadań. – I to mi odpowiada!

Wtorek minął bez specjalnych sensacji. Nasza sekcja uczyła się psychologii i technik postępowania. Jak
rozpoznać obiekt, jak podejść do niej / niego, jak być ubranym... . To ciekawe, że uczą nas nosić ciemne
ubrania a o ciemnych okularach nic nie wspominają. ...ale widać jest w tym jakiś cel! Acha, i mówili jeszcze,
żeby prowadzić dokumentację. Jutro ma być o tym.

Środa nie była ekscytująca. Oj, nie! Wciskali w nas ten kit i wciskali, aż nuda uszami wyciekała!
Porządek - szef powiada - porządek i porządek przede wszystkim! A co on, nad Szprewą się urodził
czy co?! Nic tylko kwity i kwity! A niektóre z nich są poufne! No, no, no! – A jutro to ma być o łączności
z Centralą, znaczy się z Centralną Agencją... . Ciekawe.

No dobra, jak ma być to będzie! Ten porządek. I żadnej mokrej roboty też nie ma być. He! He! He!
Nawet długopisami mamy pisać, bo dokumenty są kalkowane i żaden mokry atrament nie jest nam
potrzebny. Ot i technika! A w ogóle to powiedzieli nam, że jak coś nie wypali to nikt nas nie będzie krył.
Tak nam powiedzieli i powtarzali to po kilka razy! Dlatego uczę się pilnie, a wszystko zapisuję - jak teraz
- długopisem. Takim specjalnym co dali nam.

Dziś było o akcesoriach pomocniczych i takie tam. Ciekawe nawet, bo swoją drogą nawet bym nie
przypuszczał co agent może zmieścić w zwykłej dyplomatce. No wiesz, taka teczka z zamkami
szyfrowanymi... . . I do czego to wszystko może zostać użyte! Ho! Ho! Ho! A to się dowiedziałem!

Od tej całej nauki bardzo się zmęczyłem. Nie lubię specjalnie myśleć, a tu każą nam liczyć od rana do
wieczora... . Mamy do tego specjalne maszyny... . Znaczy maszynki. Małe dosyć i łatwo przenośne.
Można je schować byle gdzie... . A co cię obchodzi jakie to maszyny?! Maszyna to maszyna. Pomagać
ma agentowi... . I już!

Naszym głównym instruktorem jest pan Władek. To ten mały z dużymi zębami. Całkiem nie mogę się
skupić kiedy na niego patrzę. Dobrze, że nie muszę tego stale robić, bo obsługa maszyny jest
skomplikowana. W końcu ona ma dużo takich małych klawiszy, a każdy jest od czegoś innego... .

A zajęcia z bronią mamy mieć później. W końcu o to zapytałem, bo ciekawią mnie one bardzo. Będą
później – powiedział ten z dużymi zębami – bo to tematy są trudne i tylko dla bardziej wtajemniczonych.
Mamy do tego czasu więcej wiedzieć. – No dobra, poczekam.

Tak więc, odpoczywam dopiero na ciężarowni. Po trzydziestej tonie przewalonej na podeście jestem jak
nowo narodzony. Tylko trochę trudno oddychać w tej naszej kanciapie. Nie dość, że ona w piwnicy to
jeszcze ma okna pozabijane gwoździami na głucho, żeby nam obce chłopaki ciężarów nocą nie ukradły... .
O hantle się nie boję, bo zawsze mam je przy sobie, żeby sobie w każdej wolnej chwili poćwiczyć.

Dzisiaj miałem sporo przyjemności, bo nasz instruktor mnie pochwalił bardzo. Jakoś tak przypadkowo
znalazł się w naszej osiedlowej sali treningowej. Przypadkowo! Hłe! Hłe! Hłe! Smród tu - mówi - u was,
że Ho! Ho! Nieprzeciętny u was ten zaduch – mówi – ...ale ty Nowy, masz parę! Lubię patrzeć jak
ćwiczysz – powiada – będzie z ciebie dobry materiał. Jak będziesz szedł do klienta nawet ciemną nocką,
to nikogo się nie zlękniesz! Widać, że jak przywalisz to koniec i kropka! No właśnie kropka, bo jutro
muszę wcześniej wstać. Jutro mamy mieć techniki specjalne i zbieranie informacji.

I mieliśmy, ale jakieś takie dziwne... . No cóż, nie wszystko musi mi się podobać. Jak mus to mus, do
egzaminu się wszystkiego nauczę. Na pewno się nauczę, bo szef mówi mi że jestem ambitny ogólnie.
A jak on coś mówi to wie co mówi... .

W końcu zapytałem się o te ciemne okulary.... . I o długi czarny płaszcz też zapytałem. Czy mogę nosić... .
W końcu jestem agentem, no nie?! Nie wiem dlaczego, ale patrzą na mnie dziwnie. Dziwniej niż na innych.
Nie podobam im się czy co?!

Wczoraj usłyszałem, że jak mi się Firma nie podoba to mogę odejść. Poważnie! Powiedzieli – Nikt tu cię
nie trzyma! Jak chcesz to sobie odejdź... . Nie wierzyłem własnym uszom i do teraz nie mogę w to uwierzyć!
A wszystko dlatego, że zapytałem się kiedy będą zajęcia z bronią.

W odpowiedzi usłyszałem: Nie z Bronią! Tylko nie z Bronią! Dla ciebie to ona jest pani Bronisława!
A dokładnie to  p a n i  B r o n i s ł a w a  M a z u r e k ! Ta sama, która ostatnio zachorowała i jej zajęć
nie ma komu poprowadzić. W końcu statystyka ubezpieczeniowa to temat trudny, i nie każdy - nawet
starszy agent -
może takie zajęcia poprowadzić... .

*  *  *
Nic nie rozumiem.

środa, 13 czerwca 2012

Słynny literat (928)

- ???
To proszę opowiedzieć mi tę historię!



* * *

Z daleka ich było widać, słychać i czuć!
Spora grupa gapiów stała przed jakąś ogromną klatką i pokazując
sobie coś palcami, pokrzykiwała i niewybrednie coś tam komentowała.

Jeszcze inni ostentacyjnie odwrócili się od klatki pokazując całkowity
brak zainteresowania. - Tych była większość.

Dozorca wcale nie przejmował się zwiedzającymi. Głośno klnąc
sprzątał klatkę lwa z nieczystości. Ze złością silnym strumieniem
wody zmywał z podłogi resztki tego co zwykle pojawia się
z przodu, a potem z tyłu Zwierza.

Co jakiś czas brał wielki szruber na długim trzonku i tarł nim zaciekle
spróchniałą podłogę jakby sam Dyrektor Zolooga podglądał go w pracy.
I w tej codziennej jego krzątaninie nie byłoby nic nadzwyczajnego gdyby
nie to, że klatka z groźnym zwierzakiem była otwarta, a sam lew był
przeganiany wspomnianą szczotą z twardym włosiem z jednego miejsca
na drugie w zależności od potrzeby... .

Wrzaskliwej gawiedzi wcale nie obchodziła ta niezwykła przecież otwartość
zamknięcia. Można by rzec, że one pospólstwo nawet tego nie zauważało.
Z właściwą patentowanym prostakom bezpośredniością lżyli dozorcę, Króla
Zwierząt, samych siebie a nawet klatkę i co tam im jeszcze w ucho, oko,
czy nos wpadło... .

Tłuszcza już tak ma! Mruknął do siebie ze zrozumieniem Zwiedzający.
Chłodno było. Turysta w grubych okularach podszedł jeszcze bliżej do klatki
z lwem i aż oniemiał z wrażenia. Dość nisko, na grubej stali wisiały trzy napisy.

Pierwszy z nich głosił: TU MIESZKA LEW (/Panthera leo/) - duży, mięsożerny
ssak lądowy z rodziny kotowatych, drugi po tygrysie - co do wielkości - wśród
czterech głośno ryczących wielkich kotów".

I faktycznie po klatce przechadzał się dostojnie Król Zwierząt. Chirurgicznie
precyzyjne oko Obserwatora dostrzegło jednak coś więcej niż tylko zwykłego
sporego i groźnego istota.

Futro już miał nieco wyleniałe - musi od ciągłego głaskania mu się wytarło!
- zauważył sarkastycznie Uważny Widz. Grzywa jego niegdyś pysznie
powiewająca w promieniach zachodzącego słońca (wypożyczano go do
filmów!) teraz tu i u ówdzie nadżarta przez mole była.... .

Kiedy zwierzak sztywno poczłapał w róg klatki (reumatyzm?) żeby sobie
dyskretnie poziewać Czujny Widz ze smutkiem zauważył tak znaczne braki
w uzębieniu Króla Zwierząt, że trzeba było postawić pytanie: czym on się
w ogóle żywi?


Spojrzenie przez lornetkę z noktowizorem (ma się ten sprzęt, no nie?!)
wyjaśniło wszystko. W ciemnym mroku sztucznej pieczary mieszkalnej,
na samym jej środku stała potężna miska z owsianką. Zawieszony na ścianie
sporych rozmiarów kaloryfer i ogromny tapczan wraz z kapciami stojącymi
pod nim dopełniały obrazu warunków lokalowych głównego lokatora.

A nie mieszkał przecież sam! Na poduszkach licznie rozłożonych po całym
pomieszczeniu, wszędzie - nawet na klawiaturze i monitorze - wylegiwały się
koty. Nie tam, żeby zaraz jakieś drapieżne!
- Takie zwykłe. Mruczki... .

- No to teraz już wiem nieco! - Mruknął Okularnik i demaskatorsko uważny
wzrok jego spoczął na drugiej tablicy zawieszonej na klatce.

A tam literami wielkimi jak hiszpańskie byki bojowe stało koślawo napisane:
NIE DRAŻNIĆ LWA! Mając wzrok rozgrzany przed chwilą widzianymi obrazami
aż się mało nie zakrztusił własnym jęzorem, którym chciał skomentować
tą drugą tablicę. Jako człowiek kulturalny zmilczał jednak swoją jakże
narzucającą się opinię i swój jasny wzrok skierował na tablicę trzecią.

"Uprasza się osoby odwiedzające o nakarmienie lwa we własnym zakresie".
Poniżej był odręczny dopisek małymi literkami uzupełniający to dramatyczne
oświadczenie.

"Dyrekcja nie zamierza marnować pieniędzy na karmę
dla tego żarłoka!
Można mu dawać słodycze, bo lubi. (On i tak nie ma zębów!).

Poczęstowanie go mielonym znakomicie poprawi mu humor.
- Nie dawać sałaty,
bo będzie po niej rzygał".

I w tym momencie dozorca rąbnął z impetem zakratowanymi drzwiami do klatki.
- Posprzątane.

* * *

niedziela, 18 marca 2012

Dziwo - Ptak (856)

Szczególnie Entuzjastyczny Ornitolog (SEO) pokręcił globusem z mapą Torunia
(oraz okolic) i z zamkniętymi oczami - aczkolwiek z pełnym przekonaniem - po
odczekaniu stosownej chwili stanowczo dźgnął weń paluchem.
- Tu tu! Wrzasnął niespodziewanie jakby dokonał odkrycia na miarę Eureka.
I natychmiast - jak to miastowy - wsiadł na rower i pojechał.



Parę dni wcześniej dowiedział się z poufnych źródeł, że w okolicy przebywa przelotem
bardzo rzadki ptak. Nie bardzo wiedząc gdzie go szukać zdał się na intuicję. Tą samą
która go nigdy, ale to przenigdy nie zawodziła!



Kiedy dojechał na miejsce potężna sylwetka Ptaka - Dziwo zamajaczyła wyraźnie
przy ludzkiej sadybie. Szczególnie Entuzjastyczny Ornitolog zamknął rower na
kłódkę i pobrzękując sporym łańcuchem w jaskrawo żółtym kolorze owinął go
wokół starego dębu.
- Ptak, ptakiem, ale o własną ruchomość dbać cza!



Teraz już tylko przyczepił do sporego aparatu potężny obiektyw i przetarł zamglone
z podniecenia okulary. Tak przygotowany padł na kolana i z trzaskiem gniotąc
zeszłoroczne liście i różne gałązki zbliżał się do ptaka wielkości prawie pterodaktyla
i fotografował, fotografował z zapałem!
- Także wyrabiał obrazki, robił zdjęcia oraz pstrykał fotki.



Minuty i kwadranse mijały, a on robił portrety i zbliżenia, profile i pół, raczej z przodu
i bardziej z tyłu... . Widział, no wiedział, że trafiła mu się okazja życia!

Toż za te zdjęcia wychwalać go pod niebiosa najwięksi ptasiarze będą.
Publikacje sowicie opłacane się posypią, a sława, sława, sława
opromieni skronie me - tak rozentuzjazmowany delikatnie marzył.

Doszło do tego, że gwałtownie zadał sobie kardynalne pytanie:
- Może nawet w Teleexpressie mnie pokażą!?



A rosłe ptaszysko łaziło po polu jakby nigdy nic! Nie tylko, że nie zwracało uwagi
na natręta, ale i pozwalało sobie podchodzić - nawet bardzo blisko - złośliwie sycząc... .
Doszło do tego, że ogniskową trzeba było dramatycznie skracać, bo ptak już
nie mieścił się w kadrze i ostrość trudno było złapać!



Gdy pierwsze emocje opadły i każde nawet najmniejsze piórko zostało szczegółowo
obfotografowane siwowłosa głowa SEO zaczęła jakby więcej widzieć a nawet myśleć.

A to mi się niezwykłe ptaszysko trafiło! W locie by takiego zobaczyć. Kiedy w końcu
dostrzegł potężne podwozie w które pierzasty był wyposażony, aż pokręcił z podziwem
głową. - Ten to musi mieć długi pas startowy! Z takim wolem... .



Żeby na takiego zapolować to pewnie panzerfausta trzeba by, albo co najmniej rakietę
ziemia - powietrze :-) I w tym miejscu - ni w pięć ni w dziewięć - przypomniał sobie
swego drogiego przyjaciela, który kiedyś po sutej a wegetariańskiej biesiadzie,
kwieciście podsumował to kulinarne wydarzenie, że:
No smacznie, smacznie było... .
...ale co gęś to gęś!




(...)

Nagle głośny wrzask nad uchem przerwał mu błogie rozmyślania.

Panie! Panie!
Rolnik był wkurzony nie na żarty:
Panie! Co pan robisz na moim polu?
I czego pan za mojom gęsiom latasz i latasz!?

Zobaczywszy spory aparat w ręku lekko przelęknionego gościa machnął ręką:
- A-a-a! Widzę że, kolejny miastowy, któremu wydaje się, że Dziwo - Ptaka zobaczył.
A to mój gąsior, to tylko mój domowy gąsior jest!

I w tym momencie kurtyna opadła dyskretnie a z cichym szelestem.

Podziel się