poniedziałek, 3 czerwca 2019

PEŁNA KOMUNA - Jak ukradziono nam odpoczynek (2064)

Jak wszyscy pamiętają byłem kiedyś młody i pracowałem w biurze. To urzędowe miejsce nasze przedzielono długą ladą jako, że było to Biuro Obsługi Klienta. Nazwa ta była ogromnie nieprawidłowa ponieważ u nas nigdy nie było pojedynczego klienta, a wręcz przeciwnie: zawsze się kłębiły tłumy. Po jednej więc stronie długiej kiszki - jaką było to nasze Biuro - przepychali się klienci, nie przebierający w słowach na jakość oferowanych im usług. Pewnie dlatego też w tej części znajdowała się (mała, dosyć paskudna i zawsze źle czysta) toaleta dla tych nieszczęśników.

Po drugiej stronie lady znajdowało się sześć biurek, ustawionych po dwie twarzami do siebie i bokiem do klientów, w końcu skrót od Biura Obsługi Klientów do czegoś zobowiązuje! W ogóle to było znamienne, dla firmy monopolisty na rynku usług samochodowych: zawsze być bokiem do klientów. I - jak to za komuny - tego bocznego ustawienia się do klientów firma twardo się trzymała.

Bliżej zakurzonego, wystawowego okna (na którym nigdy i nic nie wystawiano) znajdował się mały kantorek naszego Kierownika. Po przeciwnej stronie części biurowej a tuż przy drzwiach wychodzących na halę napraw (schowany tuż za szafkami technicznymi) był sejf. Ten sejf to była bardzo śmieszna sprawa, bo wszyscy mieli do niego klucze.

Po prostu było tak wygodniej, żeby każdy z pracowników miał do niego własne klucze. Każdy z nas biuralistów co potrzebował schować sobie coś cennego to wkładał tam bezceremonialnie to ważne coś. I nikomu było do tego co tam oprócz sporego pakieciku pieniędzy się tam jeszcze znajdowało. Czasem to był deficytowy akumulator, czasem jakiś gaźnik a czasem jakiś reflektor trudno osiągalny dla naszych krewnych, przyjaciół i znajomych.

Życie więc (w zasadzie) upływało nam w tym Biurze pięknie i bezproblemowo. Aż tu naraz napatoczyła się nam rewolucja społeczna w kraju spowodowana jakimiś ważnymi, ale nam nieznanymi wtedy, a tylko przeczuwanymi przyczynami. Co raz to się krajowemu ludowi czarnoroboczemu różne sprawy nie podobały i tak dalej.

Natomiast u nas rewolucja społeczna w naszej Stacji Obsługi nr 1 zaczęła się od tego, że Dyrekcja ukradła nam Ośrodek Wypoczynkowy.

A było to tak. U nas na Stacji ludzie byli ciężko pracujący. Bez żadnej techniki, bez myjni, w brudzie i trudzie naprawiali te samochody i naprawiali. Dobrze, że chociaż w piwnicy (tuż obok kotłowni) łazienka była. Podła, bo podła ale była. Pamiętam paskudne poobtłukiwane zielonkawe, szklane kafelki, długie betonowe koryta do mycia z jakimiś brutalnymi kranami i częściowo przegnite kratki oddzielające Osobę Myjącą Się od wiecznie zalanej podłogi składającej się z powyżeranego przez czas lastryka.

Narzędzi to zawsze brakowało w tym naszym warstacie! Nic dziwnego więc, że mechanicy klęli jak szewcy i wzajemnie podkradali sobie klucze. Jeśli ktoś z nich został na tym podkradaniu złapany to traktowano go odpowiednio słownie i dostawał tylko trochę nieco w czapę.
- I było po kłopocie, jak to między przyjaciółmi.

Naturalnym było więc, że ludzie lubieli sobie po pracy odpocząć chodząc a osobliwie jeżdżąc na ryby. Ponieważ w okolicy Torunia - jak to za komuny - wszystkie ryby były wyłapane i zjedzone, ktoś tam wymyślił sobie Lipczynek.

Jest to mała wioseczka schowana w lasach parę godzin jazdy od Torunia. A w tym Lipczynku nic nie było! Ani sklepu we wsi, ani kościoła, ani nawet pokątnego miejsca gdzie można by było coś mocniejszego (jak to na rybach) kupić i zakąsić.. ..... . Wszędzie z Lipczynka było daleko i pusto. Ale  na szczęście była tam rzecz najważniejsza: jezioro. Nieduże i niemałe się tam znajdowało ono, takie właśnie nam potrzebne, bo w sam raz. Pełne sporych i tłustych ryb to jezioro wtedy miało.

Na początku ludzie jeździli tam motocyklami. A trzeba wam wiedzieć - Drodzy Przyjaciele -  że w tamtych gomułkowsko-gierkowskich czasach samochody posiadała tylko władza partyjna, Ub-cy, oraz co poniektórzy prywaciarze oraz nieznane nikomu osobiście osoby zagraniczne. No i naród nasz do tegoż Lipczynka na motorach (także z boczną przyczepką aby ładowność zwiększyć) na ryby nuże dojeżdżać.

Tam na miejscu się namiot rozstawiało. Kiełbasa i co tam jeszcze do popicia też było i sobotnio - niedzielne wypady przebiegały w pogodnej pełnej rybiego mięsa atmosferze przez cały letni rok.

Jak się małżonki naszych wędkarzy dowiedziały co się tam nad tym jeziorem wyprawia to też zapragnęły na tym łonie leśno-jeziornej przyrody bywać. Nie było rady: trzeba należało podnieść komfort tego pełnego jagód i grzybów miejsca.

I tak kupiono / ukradziono lub po prostu dostano gdzieś po znajomości - jak to za komuny - stary kiosk "Ruchu". Tym sposobem było już gdzie komfortowo spać. I w związku z tym luksusem zaczęły się kłopoty. Trzeba było sobie na dwa tygodnie (a nawet na miesiąc wcześniej!) zaklepywać miejsce na nocleg w tym kiosku. Specjalnie jednak krzywda nikomu się nie działa nawet jeśli trzeba było noc pod namiotem spędzać.

Z czasem się jednak pogorszyło i polepszyło zarazem. Pewnie jakiś kierownik pozazdrościł ludowi roboczemu, że sobie nad jeziorem wesoło żyje i cały obiekt wzbogacił się o parę fińskich domków. Teraz to już był oficjalny ośrodek wypoczynkowy. Rada Zakładowa z funduszu socjalnego teren wykupiła, obszar ogrodzono i pobudowano nawet sławojki.

A potem już poszłoooooo! Gdzieś około 1989 roku zaczęło tworzyć murowany ośrodek wypoczynkowy z prawdziwego zdarzenia. Z pokojami dwupoziomowymi i kolorowymi telewizorami prosto z CCCP. Legenda zakładowa głosiła, że niedługo powstanie tam kręgielnia co było absurdalnym  w tamtych czasach luksusem i przyjemnością którą tylko niektórzy w telewizji widzieli... .

Wszystko byłoby ładne i pięknie gdyby nie to, że teraz dostać się do Lipczynka na odpoczynek zwykłemu pracownikowi było coraz trudniej a właściwie niemożliwie. Tylko Wyżsi Kierownicy i inni Dyrektorzy (szczególnie z Warszawy) mieli do tego naszego jeziora i tych ryb dostęp.

I to nas oburzyło bardzo i spowodowało rewolucyjne nastroje, które i tak w kraju już były powszechne z innych - pewnie ważniejszych powodów. 

Do udziału w tym masowym ruchu społecznym to wcale się jednak nie paliłem. Owszem, miałem na warsztacie przyjaciół z którymi po kryjomu dzieliłem się swymi prywatnymi i bardzo wyraźnymi opiniami na temat panującego Systemu. Niemnie jednak zdarzyło się pewnego dnia, że przyszło kiedyś do biura 4 rosłych chłopa. W porze śniadania to było. I powiedzieli:

- Idziem!
- Dzie?!
- Na stołówkie.
- ...a niby po co?!
- Wyjaśnisz nam o co z tym naszym Ośrodkiem a także dziennikiem i wiadomościami od Urbana jest nie tak.
- A niby po co tam ja? Weźcie sobie kogo innego. Popatrzcie; ja jestem biuralista i nosze fartuch a wy jesteście w kombinezonach. To całe zamieszanie to sprawa ludzi w kombinezonach a nie biuralistów!
- Powiedzielim, że pójdziesz to pójdziesz! My sami nie damy rady, nie bądź wiec świnia i chodź.

Nie byłem świnia i poszłem.
- Tak było.

wtorek, 21 maja 2019

Wolność (2066)

Jak mi się chciało tam pojechać, jak mi się chciało!
- No to... pojechałem. 

Można mi wierzyć lub nie, ale ta wyprawa planowana była już od zeszłego roku. Jak tylko słonko za gór i chmur wyjrzało to było za zimno. Potem były Bardzo Ważne Długo Trwające Sprawy. Na kolejny sugerowany sobie samemu termin przypadły Ważne Wydarzenia Rodzinne a potem Niecierpiące Zwłoki  Sprawy Towarzyskie... . Na koniec końców za dziesiątym razem, gdy już byłem dozbrojony w niezbędne wyposażenie i odzież (absolutnie niezbędne!) padło hasło: No to jedź.

Dospać nie mogłem i już o trzeciej oko jedno i drugie było starannie otwarte. Tak przetrzymałem do piątej i ani mi się śniło, żeby czekać do umówionej siódmej... . Pobudka więc po cichutku i na paluszkach (tak mi się zdawało, a faktycznie tupiąc jak słoń) nuże gotować się do wyjazdu mimo pochmurnego nieba. Jakieś tam kropelki dyskretnie bębniące o parapet nie były w stanie zmienić mojej decyzji. W końcu to tylko 25% prawdopodobieństwa, że będzie padać... .

I to okazało się cygaństwem przeokropnym, ale nic to: w końcu WYRWAŁEM SIĘ z okowów w kierunku Borów Tucholskich! I jechano we wzmagającym się deszczu, który z  dyskretnej mżawki przerodził się w całkiem mokre wydarzenie.

Ufny - jak się potem częściowo słusznie okazało - w swoją wielowarstwowość obleczoną w kurtkę o poziomie ochrony przeciwdeszczowej 15K, zabezpieczony spodniami przeciwdeszczowymi (he! he!) parłem naprzód.

Wreszcie - mimo ochron przeciwdeszczowych - zrobiło się dramatycznie mokro. Pozdrawiam Pana Taksówkarza - który niewątpliwie nieumyślnie - przy wyjeździe na Bydgoszcz spod swoich mercedesowych kół puścił mi pawia po pas! I wtedy zaświtała mi myśl, że może by jednak skrócić wyprawę, że może jednak na dziś obrać by cel mniej ambitny, ale zakończony gorącą kąpielą we własnym domu... .

Po 30 km jazdy w solidnym deszczu postanowiono: jeśli do Miejsca Gdzie dają Najlepszą na Świecie Karkówkę będzie padało to wracam do domu. Pobliski Fordon da mi szansę na zrobienie eleganckiego kółka i z całej wyprawy wracając wcześniej będę jednak na tarczy.

Przydrożny Bar Karkówkowy okazał się otwarty i gościnny. Solidna laska kiełbasiana (i gratisowa od Firmy gorąca herbata) jak i wysuszone ubrania (dzięki za uruchomienie piecyka gazowego!) poprawiły mi nastrój kapitalnie. A na dodatek - o niesłychany cudzie! - deszcz przestał padać i słońce wzeszło.

W takich warunkach mając prawie 1/3 drogi za sobą decyzja mogła być tylko jedna: DO PRZODU! Starannie zaprojektowana trasa - specjalnie dla cyklistów - wiodła mnie przez jakieś niesłychane wioseczki i sioła ciesząc nawijanymi na koła kilometrami. A przy okazji: jeszcze miejscami to całkiem liche drogi gminne mamy... .

W okolicach Trzeciewca (tak, przy tym niebotycznym maszcie radiowym) zaczęła się druga atrakcja: wiatr. W porywach szarpał rowerem usiłując a to żartobliwie wepchnąć mnie pod nadjeżdżającą ciężarówkę, a to filuternie wrzucić do pełnego wody przydrożnego rowu, czy całkiem brutalnie zepchnąć ze skarpy... .
- Się nie nie dałem!

Trzecią atrakcją okazała się odległość. Wujek Google prognozował ją na 137 km a w ostateczności okazało się tych kilometrów 180! Oczywiście ostatnią część tej trasy przejechałem z baterią wolną od jakiejkolwiek elektryczności z czego wynikł pewien minus dodatni.

Otóż musiałem uświadomić sobie, że biegi mechaniczne to jest coś co warto wykorzystywać. Do tego dochodziły jakieś nędzne resztki prądu które zaczęto zużywać tylko w sytuacjach ekstremalnych czyli przy wciąganiu się na górkę jedną drugą.

I tak dotarłem do Charzykowych czyli do Kolegi Lecha. Godzinka spędzona w Jego towarzystwie pomogła nieco uzupełnić braki w rowerowym prądzie oraz nieobecność herbacianej wilgoci w mym osłabionym organizmie. Pokrzepiony pysznym ciastem mogłem wyruszyć na (ponoć nieodległą według Googla) prywatną kwaterę.

Lech zdjęty litością widząc nędzny stan mej powłoki cielesnej odprowadził mnie ileś kilometrów na kwaterę do wioseczki Sokole tym bardziej, że droga dojazdu tam okazała się być pełną ruchu i niebezpieczeństw.
- Na miejsce spoczynku nocnego dotarłem z ulgą coś koło 21-szej... .

O błogosławiona dobroci gorącej herbaty, o niewysłowione szczęście prysznicowe. Agroturystyka U Garncarza okazała się miejscem przyjaznym nad wyraz. Solidny wypoczynek i takież śniadanie (całość za niewygórowaną cenę!) dały mi podstawy by śmielej patrzeć w przyszłość powrotną.

Wracać (start o godz. 9-tej)  już było prosto: Chojnice - Tuchola - Świecie - Chełmno - Toruń. I tu zaskoczenie pełne. Naraz okazało się że całymi dziesiątkami kilometrów można jechać ścieżkami rowerowymi!

I tu małe uświadomienie. W Chojnicach i ich okolicach to już nie były jakieś tak ścieżynki, ścieżki czy drogi rowerowe: to były prawdziwe AUTOSTRADY ROWEROWE o których w naszem miasteczku na pewno nie słyszano. Szerokie i komfortowe, póki co puste i ciągnące się całymi kilometrami... .
- W naszych okolicach nikt o nich nie wie.

Nieco hardcorowo zrobiło się tylko 30 km przed Świeciem. Póki co i tam się budują ścieżki, ale ponieważ na razie ich tam nie było to.... . Droga bez pobocza o sporym nasileniu ciężkiego transportu. Do rozjazdów około Świecia - z uwagi na padający deszcz - zapoznałem się z burzą wodną jaką ciągną za sobą wielkie auta. Kiedy taki tir cię mija od pleców aż oo czubki butów pokrywasz się drobnym, drobniuteńkim  pyłem wodnym... .

Co ciekawe nie przemokłem! Kurtka i wielowarstwowość chroniły mnie doskonale. Nie w tym był jednak problem, nie w tym! Otóż droga na tym odcinku była wyjeżdżona i jako rowerzysta mogłem jechać głównie prawą koleiną. Oznaczało to jazdę jakby rynną pełną deszczu. Daleko, daleko jeszcze było do domu (Stolno?) gdy w butach po każdym naciśnięciu pedałów rozlegał się chlupot wody... . Tak, teraz już wiem, STUPTUTY na pewno są potrzebne. I to takie wysokie, zakrywające obuwie od samego spodu... .

Do domu zajechano kwadrans przed osiemnastą. Licznik wskazywał tyle ile wskazywał (180 km TAM - 140 km NAZAD). Mimo wszystkich spostrzeżeń, nawet i tych oczywistych plusów ujemnych:
DAŁEM RADĘ I BYŁO SUPER.

PS. I tą wyprawą poznałem swoje możliwości i wreszcie nauczyłem się jeździć na elektryku. Trzeba było roku doświadczeń i tej właśnie trasy abym mógł dziś z pełną odpowiedzialnością to stwierdzić.
- A na czym ta cała mądrość jeżdżenia na elektryku polega?!
- Kiedyś i o tym opowiem.

sobota, 11 maja 2019

Cztery dni z życia "Skołowanych" (2065)

KTO: Program ABSOLWENT UMK
- Akademicki Klub Rowerowy SKOŁOWANI


CO: Wyprawa rowerowa 15 wspaniałych przez Bory Tucholskie i Kociewie do Torunia.
- Kierownik wycieczki: Lidia Gdaniec.

GDZIE:

Dzień Pierwszy: WIELE (Kalwaria wielewska) - BRUSY-JAGLIE (Chata Kaszubska, Muzeum Józefa Chełmowskiego) - SWORNEGACIE (restauracja "Jeziorna") - FUNKA (Ośrodek "Mikomania")

Dzień drugi: KLOSNOWO (Wyłuszczarnia nasion) - Lasy po katastrofie - Piachy po pachy - FOJUTOWO (akwedukt, wieża widokowa) CEKCYN (Ośrodek turystyczny "Jarzębina")

Dzień trzeci: CEKCYN ("Antrejka" - Galeria Produktów Lokalnych) - WIERZCHLAS (Rezerwat Cisów 1, 2) - RYKOWISKO (restauracja i zderzenie aut) - POLEDNO (festyn w Pałacu) - GRUCZNO - (Stary młyn) -  CHEŁMNO (hotel "Hotelik", nocny spacer po mieście)

Dzień czwarty: CHEŁMNO (Rynek, Klasztor, ul. Dominikańska 40, kościół farny,) - STAROGRÓD - TORUŃ

KIEDY: 01.- 04..maja 2019r.

JAK: Wszystko zostało opisane TUTAJ. Od siebie mogę dodać, że mimo obaw - chociaż pogoda nie rozpieszczała - była to po prostu udana wyprawa.

Osobiście cenię sobie bardzo możliwość bliższego poznania ekipy "Skołowanych"  w innych warunkach niż tylko podczas jednodniowych wycieczek.

Za wspaniały bonus uznaję możliwość doszkolenia się w zakresie rowerowych przejazdów wielodniowych.

We wdzięcznej pamięci zachowuję pyszne spostrzeżenie, które pojawiło się po przyjedzie na miejsce zbiórki pod Halą Bema na widok pewnego gościa z czterema sakwami i piątej na kierownicy.

"A ty jak widzę szafę gdańską wraz ze srebrami rodowymi i całą zawartością zabrałeś... ."
- Faktycznie, na następną taką wyprawę zapakuję się nieco bardziej fast & light :-)


Za drugi wspaniały bonus uznaję możliwość poznania Grudziądzan (Iwono i Piotrze pozdrawiamy Was!), którzy chętnie dzielili się swoją wiedzą podróżniczą pozyskaną na europejskich trasach.
- Dziękujemy!































Podziel się