poniedziałek, 14 października 2019

HISZPANIA: Perpignan i Carcassonne 4/8 (2105)

Dziś był wyjazd do pobliskiej Francji. Pierwszy cel to malutkie PERPIGNAN. Miasteczko nieco większe od naszego Grudziądza, tak około 140 tys. mieszkańców. Wyposażone zostało historycznie w twierdzę i zespół miejski wraz z pysznymi kościołami.

Jest tam sporo miejsc do zwiedzenia i obejrzenia. Dla mnie wyróżniło się ono tym, że w jednym z kościołów odnalazłem piękny mechanizm do podnoszenia i opuszczania kościelnego kandelabru! Dawniej jakoś te liczne świece trzeba było zapalać i gasić… .

Pamiętam podniosły ceremoniał z kaplicy klasztornej w Chełmnie gdy Pan Kościelny (mały wtedy byłem!) posługując się długą tyczką z zapalonym knotem na końcu i kapturkiem do ewentualnego gaszenia świec rozświetlanie / zaciemnianie uskuteczniał.

Z Perpignan zapamiętałem także przepych i dostatek bijące z architektury sakralnej.









W Carcassonne okazało się, że oni nasze wróble też mają! A nawet pewien zamek, no zamczysko takie wielkie. Ponoć największe w Europie.

W dziewiętnastowieczu im się ono rozpadało kompletnie i (zanim je całkiem zużyto na budowę miasta) zrekonstruowano ono. Czy w kontekście sposobu rekonstrukcji tej fortecy (zakończenia wież i baszt) tylko mi przychodzi do głowy niestosowne słowo gargamel?!


Obecnie określa się ten zespół jako średniowieczny kompleks urbanistyczny (3 mln turystów rocznie!) odpowiednikiem którego w Polsce jest Chełmno, stolica naszego regionu czyli Ziemi Chełmińskiej.

Nadal nie rozumiem, dlaczego Chełmno - wzorem Torunia i Carcassonne - nie zostało jeszcze wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO… .

Wszak w pełni na to zasługuje. Kto jeszcze w Chełmnie nie był niech się do tego nie przyznaje i czym prędzej nadrobi ten katastrofalny brak w wykształceniu.
















Opuszczając miasto i twierdzę rozczuliłem się nad wyraz na widok najprawdziwszej karuzeli francuskiej!


Można ją zobaczyć także w dodatkowej porcji zdjęć, która znajduje się TU.

niedziela, 13 października 2019

HISZPANIA: Besalu i Girona 3/8 (2104)

BESALU - malutkie, kamienne miasteczko o średniowiecznej zabudowie. Niepowtarzalne nie tylko pod względem zabudowy.
Separatyzm kataloński żółtymi wstążeczkami wyziera tu z każdego kąta. I do tego te flagi czteropasmowe z białą gwiazdą na każdym kroku… .

Znaczy się chcą Katalonię pokojowo oddzielić od Hiszpanii. Wersji z czerwoną gwiazdą nie widziałem. To są ci separatyści co drogą krwawego przewrotu chcą bogatej Katalonii zapewnić oddzielenie się od biedniejszych części Hiszpanii.

Pomimo widocznych sporów politycznych miasteczko jest senne. Tu się po prostu przyjeżdża odpoczywać od gwarnej Barcelony. Średniowiecze wyziera tu z każdej uliczki, wiekami średnimi zionie tu każdy kamień i w ten sposób mają Katalonianie swój własny gotyk na dotyk.

Trafiliśmy akurat na mocno turystyczny dzień. Most do miasteczka był zapchany do niemożliwości rosyjskimi ekskursjami.

Cechą charakterystyczną ich była hałaśliwa obecność. Sprzyjał temu brak audio urządzeń do komunikowania się przewodnika z wycieczką (tour guide) w które my akurat dumnie byliśmy wyposażeni.

Oj przydałby się (w cywilizowanym świecie obowiązujący) nakaz korzystania z tychże tour guid’ów i w Toruniu! Przewodnik ryczący swoim głośnikiem zawieszonym mu na szyi podczas oprowadzania po kościele jest niestosowny oraz irytujący.

Osobliwie zachwyciło mnie Muzeum Mikrominiatur! To, że tam karawana wielbłądów ciągle przechodzi przez ucho igielne zniosłem nadzwyczaj spokojnie. Podobały mi się także pozostałe mikro-wyroby tak małe, że wykonuje się je pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim.

Natomiast prawdziwie podniosły mi ciśnienie i tęgo zachwyciły skrzyneczki ze scenami rodzajowymi (jaka może być ich hiszpańska nazwa?!), które od razu skojarzyłem sobie jako rozwinięcie tego co niedawno zawitało do nas. Belleniści toruńscy mieliby się tutaj od kogo uczyć!

Artyzm i precyzja wykonania figurek zachwyca, kompozycja i stylizacja scen powoduje zdumienie, perfekcyjność operowania światłem w tych skrzynkowych scenkach wprawia nawet średnio wrażliwego widza w ciągłą ekstazę!




BESALU: miasto godne odwiedzenia. Jeden z blogerów zobaczył je tak TAK:


A potem była już nieco większa Girona.

Miasto (tak jak Paryż i Kołobrzeg) zasłynęło tym, że publicznie znielubiło swoich turystów, którym zakazano autokarami wstępu do niego.

Szło się więc po Gironie (ochoczo, bo przy ładnej pogodzie) z obrzeży do centrum przez całkiem spory platanowy park. Te drzewa o chorobliwie obłażącej korze są do obejrzenia w toruńskim Ogrodzie Zoobotanicznym także.

Gdyby ktoś w nadmierną ekscytację z powodu tychże drzew wpaść miał, to uprzejmie informuję, że one na hiszpańskiej ziemi za odpowiedniki naszych cienistych i mocne kontrasty rzucających lip i kasztanów robią.

Przepuszczają jednak o wiele więcej światła, przez co łatwiej w takiej Francji czy Hiszpanii było o ichni impresjonizm. Bez nich przecież tych śniadań, obiadów, podwieczorków i kolacji na trawie by nie było... .

Gdyby chodziło o trudne szczegóły to w mieście Girona samolubni separatyści panoszą się także! Na niemal każdym prawie rogu, na każdym budynku (nawet urzędowym!) pysznią się ich flagi, wstążeczki i napisy wskazujące na odrębność regionu wymagającą natychmiastowego odłączenia się od Hiszpanii.

Sprawiedliwie im trzeba przyznać, że chcą powrotu katalońskich więźniów politycznych także.
- Ach, ta hiszpańska dyktatura! 

A odwiedzone świątynie w Gironie (kto by tam spamiętał pod jakim są wezwaniem) istnieją wprost jako oszałamiające!







...chociaż masonów (jako i nam) to w mieście Girona katalończykom i katalończykowianeczkom nie brakuje!



Spacerując po mieście szło się w pewnej chwili przez Czerwony Most zbudowany według projektu pana Eiffla Gustawa, tego od wieży w mieście Paryż. Z kratownic mostu tego widocznymi były olśniewającej urody weneckie prawie perspektywy.

W wodach znajdującej się pod mostem rzeczki bez trudu dostrzegano - nie nękane przez wędkarzy - leniwie snujące się ogromne ryby. Za odpowiedniki gondoli robiły więc one spokojnie sobie pływając w postaci amurów.

Godnym zauważenia jest fakt, że tak jak i w innych miejscach i w Gironie sporo napisów po rosyjsku było. Zwykle na pierwszym miejscu. Wschodni oligarchowie ponoć ulubieli sobie to miasto… .

Taka kilkugodzinna wizyta w Gironie nie dawała szansy na zapoznanie się chociażby z najważniejszymi zabytkami tego słynnego w całej Europie miasta.

Niemniej jednak w Dzielnicy Żydowskiej też się było co widoczne na zdjęciach niewątpliwe do zauważenia jest.

Zupełnie nie pokumałem o co chodziło z tym pręgierzem! Przewinęło mi się, że jeśli uda się wspiąć po tym śliskim słupie i pocałować w zadek to coś po nim łażące to rękę księżniczki się zdobędzie albo jedzenie i picie (+ wikt i opierunek!) za darmo się otrzyma, co zresztą na jedno wychodzi… .

Byliśmy także w pewnej legendarnej (jakoby) lodziarni oszołomieni obietnicami cudów na patyku jakie można tam otrzymać po stosownym uiszczeniu.

Wymyślne lody okazały się przesadnie drogie i smakowały jak zwykłe lody, ale za to wystrój mikroskopijnego pomieszczenia był interesujący!

Najbardziej spodobał się nam rower - ławeczka gdzie znękani upałem mogliśmy wspomniane wyroby cukiernicze - choć w tłoku ściśnięci - to spokojnie zjeść.

Hitem spinającym wrażenia z Girony jest ostatnie zdjęcie, które praktycznie pokazuje jak należy traktować pospolitych turystów najeżdżających ich piękne ełropejskie miasto… .
- Łomatko!

PS. Więcej zdjęć z Besalu i Girony znajduje się TUTAJ:

Podziel się