Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fontanna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fontanna. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 października 2018

SKOŁOWANI: Jesienny relaks w Ciechocinku (2029)

KTO: Program ABSOLWENT UMK, "Skołowane Niedziele"
- Klub Rowerowy SKOŁOWANI

CO: Wycieczka rowerowa Klubu SKOŁOWANI:
„Jesienny relaks w Ciechocinku”

GDZIE / DOKĄD: Ciechocinek

KIEDY: 14 sierpnia 2018 r. (g.09:00 - 17:30)

JAK: Jeżeli miałbym wskazać najpiękniejszą wycieczkę rowerową to właśnie byłaby TA!

Wszystko nam sprzyjało: piękna pogoda, dobre nastroje i (co najważniejsze!) wspaniała przewodniczka (Dziękujemy ci Olencjo!)

Z właściwym sobie pełnym profesjonalizmu zaangażowaniem poprowadziła nas przez droża i bezdroża prowadzące do Ciechocinka, wskazała nam zabytki i miejsca piękne a ciekawe, i w końcu doprowadziła nas do jedzenia :-)

Nawet (zwykle zamknięta) prawosławna cerkiew wojskowa okazała się dla nas dostępna!

Pełnię szczęścia w tym zakresie dopełnił ks. prot mjr Mirosław Kuczyński prowadząc wykład na temat historii i dnia codziennego parafii w Ciechocinku.

Odwiedzenie ogródków działkowych zostało przyjęte z wielką przyjemnością (Co za piękne miejsce!)  i ulgą (...i jakie pożyteczne!) 



A potem była muszla koncertowa, pawiarnia (Jest takie słowo!) i tężnie.

Co prawda nie udało się odwiedzić wszystkich planowanych punktów ale przy tak bogatym programie, była to rzecz niezauważalna.







To tam właśnie odpytano nas ze szczegółowo serwowanej podczas wycieczki wiedzy!

I jakimś dziwnym a tajemniczym sposobem wszyscy byliśmy wygrani i gadżetami obdarowani... .
- Olencjo: i w tym zakresie pokazałaś swoje mistrzostwo!

A potem już tylko posiłek, objazd tężni, gimnastyka (sic!) i powrót do Torunia.






W ogródku przydrożnej chaty okazało się, że - Jaś i Małgosia, jeden z symboli Ciechocinka - niejedno ma wcielenie... .

A potem już pojedynczymi grupami powrócono do domów... .

Cytując klasyka: "Pięknie było! ...i cudownie".

PS. Pełna fotorelacja znajduje się tutaj.



poniedziałek, 29 maja 2017

Legenda o złotych łabędziach (1815)

Wszyscy w Tucholi i okolicach znają tą legendę, ale tylko nieliczni zapoznali się z jej pełną wersją. A całość brzmi tak.

Św. Małgorzata z Antiochii w średniowieczu należała do znanych i popularnych świętych. Przedstawia się ją z deptanym smokiem na łańcuchu. Zwykle w jednej ręce trzyma krzyż a w drugiej ma gołębia.

Jej wizerunek figuruje w herbach wielu polskich miast, jak Tomaszów Mazowiecki czy Golub-Dobrzyń. W Tucholi tego herbu używano od XIV do XIX w. Współcześnie do tej tradycji powrócono od 1992 r. Zachowując wszelkie reguły prawa kanonicznego dopiero wtedy św. Małgorzata została oficjalną patronką miasta - czego ku zdumieniu mieszkańców - wcześniej nie było.

Chociaż nigdy nie była królową zwykle ma koronę na głowie. Często też przedstawia się ją z gołębiem. Ze względów estetyczno-technicznych to jest gołąb, bo tak naprawdę to powinien być łabędź.
- I to złoty łabędź!

A wszystko to na wspomnienie cudu jaki się zdarzył za jej sprawą. Legenda głosi, że ówże miał się zdarzyć podczas oblężenia miasta. To ponoć za radą Św. Małgorzaty obrońcy dobrze ufortyfikowanej miejscowości (którą można było tylko wziąć głodem) zaczęli wroga wrzącą kaszą polewać a miotać w niego bochny twardego chleba.

W owym czasie był zwyczaj, aby tuż po zbiorach mnóstwo chleba na zapas wypiekać. A one chleby czarne i twarde były! Po paru tygodniach siekierą je rąbać przychodziło a w gorącym mleku przed spożyciem zanurzać... .

I tymi właśnie twardemi chleby wraże wojska porażono szczodrze! Nieprzyjaciele widząc, że miasto stać na obronę w taki żywnościowy sposób od ataków odstąpili.

Do tego miejsca większość osób zna tą legendę. ...ale co było dalej?! Co się stało z owym pieczywem?

Cytuję za miejskim pisarzem tamtego średniowiecznego czasu, niejakim Mateuszem z Tucholi: "Wróg zaskoczony chlebowym atakiem zgłupiał na to doszczętnie! I rzekli byli sobie następująco: ...bo jakże to tak? My w nich z kartaczy, bombard i innych kulomiotów a oni w nas pieczywem wszelkim?!

Powstało wtedy wielkie zamieszanie i - ku radości obrońców miasta - odwrót ogłoszono. Po tym też czasie ciury obozowe przeciwnika widząc sterty chleba na zamkowym przedpolu zaczęli je zbierać, aby po wysuszeniu koniom podawać. Znaczy się suchy chleb dla koni zbierali. ...ale i to nie było wrogowi dane!

W pewnej chwili pojawiły się chmary złotych łabędzi, które to pieczywo zostało przez nich co do okruszka wyzbierane, aby się nic wrogowi nie przydało. I dopiero teraz nieprzyjaciel ostatecznie zobaczył, że miasto nie tylko jest dobrze zaopatrzone, ale i wsparcie sił nadprzyrodzonych ma za sobą... .

Drogi turysto! Jeśli kiedykolwiek trafisz do Tucholi teraz już będziesz wiedział skąd się wziął pomnik złotych łabędzi na rynku. Podobno pogłaskanie po głowie (koniecznie!) każdego z nich od kłopotów, - szczególnie tych o charakterze finansowym - skutecznie uwalnia, ale tego to już bym nie potwierdził.
- Chociaż spróbować nie zawadzi... .

PS. Dzisiaj już łabędzi chlebem nie karmimy! W ten sposób może zostać zakwaszony ich organizm co skutkować będzie deformację skrzydeł. Jeśli ktoś nie wierzy niech sprawdzi w Wikipedii termin "anielskie skrzydła".

poniedziałek, 4 lipca 2016

P I L N E : Podaj dalej! (1639)






















Pamiętacie Państwo ten wpis Podaj dalej?
- No to - z ostatniej chwili - mamy jej ciąg dalszy.
















Wczorajsza niedziela mijała bez większego pomysłu. Internetowy
przegląd - na szybko - wydarzeń plenerowych nie informował o czymś
tam wstrząsająco interesującym coby miało się dziś w Toruniu dziać.






















Ustalono tylko, że coś tam coś tam w Mieście się dzieje + kryterium
uliczne. Znaczy się dziewczyny na rowerach po zabytkowo krzywych
toruńskich brukach ścigać się będą na dwukołowcach.
















Jako iż nie jestem amatorem tego rodzaju sportu oraz kwaśnych jabłek
za milczącą zgodą LPMŻ (Lepszej Połowy Mojego Życia) zaproponowałem
jako alternatywę do tegoż wydarzenia zwykłą włóczęgę po mieście. No i tym
sposobem leniwym spacerem, klucząc tu i ówdzie, przeszliśmy trasę od
Uniwersyteckiej (Torunianom wiadomo, że o ulicę chodzi) do Muzeum
Uniwersyteckiego
. Tak, właśnie tego Muzeum.
















To ostatnie miejsce jest na Placu Rapackiego - o czym zresztą nawet nie
wszyscy Toruńczycy wiedzą. A szkoda, bo na ten przykład wczoraj był
tam wernisaż ciekawej wystawy o której kiedyś na pewno wspomnę.
















A naprzeciwko - jak nawet o tym w Nowym Jorku wiadomo - na
śladzie dawnej fosy miejskiej jest fontanna i... ROSARIUM. Kudy
temu toruńskiemu spłachetkowi ziemi porośniętego różami do
Ogrodu Zapachowego w Inowrocławiu!
- Niemniej jednak i u nas piękne róże rosną se!
















No to poszło się do tych krzaczków paść się z bliska ich szlachetnym
widokiem a intensywnie napawać królewskimi zapachami.

Z tymi zapachami to się okazało nie za bardzo albowiem nie wszystkie
pąki wonniejącemi były. Nie wyrzekając specjalnie (coś tam jednak
pachniało przecież!)
poszliśmy dalej, aż tu nagle...  t e l e f o n !
















I nieznajomy głos informuje, że właśnie znaleziono telefon LPMŻ!!!
Ejże, jakże - jakiż tam telefon przecież on jest w torebce... ! Znaczy
się jeszcze przed chwilą był w torebce! No powinien tu być w niej!
- ...znaczy na pewno NIE MA go tu i teraz w osobistej torebce!

Na to dictum znajomy głos uprzejmie objaśnia, że telefon został
znaleziony opodal fontanny pod róż krzaczkiem i do odebrania jest
najlepiej natychmiast.

Chwilka zamieszania wynikająca z tego, że w Toruniu mamy tych fontann
i mamy (chyba z pięć ich będzie!) i nagle TAK, to chodzi o tą z Placu
Rapackiego, tam gdzie obok róże są! Wszak byliśmy niedawno tam.






















W kilkanaście minut potem telefon odebrany - podziękowania (A co się
należy za zwrot zguby? ...No wie pan?! - i... szeroki uśmiech.) Pełni
wrażeń - już w swoim tylko towarzystwie - cali wdzięczni komplementujemy
spotkanie z Dużą Rodziną podkreślając sympatyczne spotkanie z Nimi.


































































Tak pogadując dotarliśmy do rynku na Starym Mieście. Jakoś tak
zachciało mi się przemyśleć to niecodzienne dla nas wydarzenie
i zaproponowałem, że wpadniemy na chwilkę do Kościoła Mariackiego
uspokoić myśli.






















Ochocza zgoda i kierujemy tam kroki, aż tu przed samym kościołem,
w sąsiedniej kamienicy - na progu - leży telefon. czarny, skromny, aleć
przecież telefon. Bezpański co widać było na pierwszy oka rzut.






















Człowiek idący przed nami krzywo spojrzał na przedmiot i spiesznie
się oddalił. No a my, no cóż - telefon bezpańsko leży, wokół nikogo -
no to trzeba by go oddać i to najlepiej właścicielowi.
- A tegoż wokół dolegliwie brak! A chłodno się robiło.






















Nie opisując nazbyt szczegółowo perypetii z odnalezieniem właściciela
(którym okazał się pewien Nastolatek) udało się nam telefon przekazać
Właściwej Osobie, którą po starannym sprawdzeniu okazał się być jego
Tato. Pan  ten z życzliwością przyjął naszą pomoc w odnalezieniu zguby.
















Spotkanie trwało tak krótko, że aż nie zdążyłem dłużej porozmawiać
z Nim i przekazać mu anegdotki opisanej w hiperłączu zacytowanym
na samym początku dzisiejszej notki.

*     *     *

Pikanterii temu drugiemu spotkaniu dodał fakt, że przekazanie czarnego
aparatu odbyło się w miejscu które lokalsi oraz niektórzy przewodnicy
określają jako "Trójkąt Dobrego Wychowania". To szczególne miejsce
tworzą trzy obiekty, każdy z których zajmuje się wychowaniem we
właściwy dla siebie sposób.

Są to:  
  • Kościół (Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny) , 
  • Więzienie (Areszt Miejski)
  • Uniwersytet (Mikołaja Kopernika).
Tak więc telefony wróciły do swoich właścicieli (jeszcze raz podziękowania
dla Dużej Rodziny!)
a my syci wrażeń szybko trafiliśmy pod rodzinną strzechę.
- Wszak notkę z dzisiejszego zdarzenia sporządzić trza!

PS. Zdjęcia wykonano i zamieszcza się je po uprzednim uzyskaniu zgody
przedstawionych na nich osób.

Podziel się