środa, 1 kwietnia 2026

BUSKO - ZDRÓJ - Katalog sukcesów 1/3 (2387)

NIDA - ZDRÓJ: To uzdrowisko (po kilku pobytach w różnych tego typu instytucjach, także w Busku - Zdroju) uznaję za najlepsze w swojej klasie!

Pobliskie sanatorium "Krystyna"  zachowuję we wdzięcznej pamięci, ale... NIDA - ZDRÓJ górą!

Nawet to również wcześniej odwiedzone sanatorium MARCONI - uznawane architektonicznie przez niektórych za najbardziej prestiżowe - do Nidy - Zdrój zdrowotnie się nie równa!

Jakość zabiegów (prozdrowotne nurzanie się w błocku czy kąpielach siarczkowych, a nawet naświetlania przeróżne) jest niedościgła dla innych sanatoryjnych placówek.

W Nida - Zdrój standardy (niezłe standardy!) tam rządzą. Opinia ta dotyczy jakości zabiegów, wyżywienia oraz kwaterunku. 

Zauważając nieco lokalną architekturę zaszło się w chwili wytchnienia od procedur wodnych do...

...Bristol Medical SPA w celach konsumpcyjnych. No zażyć wielkiego świata nam się zachciało.  

Podano tam ciastko widoczne na obrazku, a reszta? Reszta niech będzie milczeniem. Dość powiedzieć, że mdłej, oziembłej kawie towarzyszyła szklanica (po co taka duża?!) wody prosto z kranu! NIEWIARYGODNE? ...ale prawdziwe!

Do tego serwowano ciepławe "proseco" bez pęchcerzyków. Jeden z deserów (crème brûlée) był tylko troszkę przypalony (a przez to nieco  gorzkawy) ale na szczęście umiejętnie zamaskowano to posypką.

Jeżeli jakość zabiegów jest tam jak to co kawiarnia serwuje to radzę - nie bacząc na pompatyczną nazwę całego kompleksu - omijać to miejsce szerokim łukiem.

Niemniej jednak: gdyby kogoś dopadła żądza wypicia najlepszej kawy w Busku to należy się jej spodziewać tuż obok tężni.

A gdy ktoś ma auto i nieco więcej czasu to najlepiej jest - na smakołyki z kawiarni - kopnąć się do pobliskiego Solca Zdroju czyli do "Cafe Artystycznej". I atmosferycznie jest i całość frykasów podaje się jak należy. Z kawą i lodami włącznie.

Przy okazji pobytu w sanatorium (sami starzy ludzie ciągle gadający o chorobach!) chodziło się do sanatorium "Włókniarz" na basen sportowy. Nie chwaląc się (sic!) stwierdzam: było się tam 12 razy pod rząd za każdym razem starannie odrabiając normę (50 długości basenu a' 25 metrów / godzinę)

Po tym wyczynie chwilowo znielubiłem pływanie :-) i przezrzucono się na inną dyscyplinę sportową, o której - do niedawna - nie miałem jeszcze bladego pojęcia.

Otóż przy okazji mieszkania na 3 pietrze oraz ekstremalnego wytrenowania rozzuchwaliłem się i (pod koniec pobytu) pobito kolejny rekord życiowy: 111 pięter.

Aby nie było żadnych wątpliwości - nie chodzi o 111 stopni schodkowych - ale o 111 pięter (słownie: stojedenaściepięter!) gdzie liczy się za jedno piętro przebycie schodów góra /  dół. Nie w lektyce, nie windą a na osobistych nogach. Żeby nie było... . Rekord ten zrobiono w kilku podejściach w ciągu całego dnia. Rozkład godzinowy widoczny jest na zdjęciu poniżej.
- No nudziło mi się setnie w sanatorium tym!

Coby nie było watpliwości powyższy chwalebny fakt potwierdzam danymi z drugiego urządzenia.

A po co tak namolnie wspominam o tych swoich niebotycznych sukcesach (prawie) sportowych?! Otóż, trzeba epatować realnymi oznakami zdrowia gdy ma sie 73 lata oraz nadal poszukiwany jest współpielgrzym do przebycia rowerami francuskiej części Camino de Santiago czyli francuskiej części Drogi św. Jakuba.

Każdy (w miarę zdrowy) pielgrzym mając miesiąc wolnego czasu (+ rower i ekwipunek biwakowy) da na tej trasie radę. Jazda ma być zgodnie z zaleceniami ludzi naprawdę doświadczonych: nie więcej niż 50 km dziennie albo 6 godzin jazdy. 

Jeśli do wspólnego przemierzania Drogi Jakubowej zgłosi się osoba żeńska to też zapraszam, ale w towarzystwie swojego opiekuna - najlepiej męża lub brata.

Ponieważ miałem 8 kilogramów sprzętu fotograficznego odbyła się próba fotografowania ptaków.

Podejście to było nieudane. One ptaszydła nie były przyleciane, a jak jakieś się pojawiało to dużo za daleko jak na mozliwości posiadanego ekwipunku czy ilość czasu jaki był do dyspozycji. A poza tym było ogólnie jak na zdjęciu.

Grało się jeszcze w sanatoryjny bilard, odnosząc przy tym umiarkowane sukcesy. Teodorze - któryś mnie gromił - szacun! Kiedy przyjadę do Włocławka to może się odegram?

Z propozycji zapalenia świec - w przeddzień wyjazdu - nie skorzystano. Jakoś tak niestosowne zdało mi się interesować się innym tematem niż wojna na Bliskim Wschodzie, której inicjatorami i aktywnymi uczestnikami (agresorami?) był WIADOMO KTO I WIADOMO DLACZEGO.
- Cicho! Wiem, że chodziło i nadal chodzi o obronę własną.
(Hłe! Hłe! Hłe!)

Mimo oczywistej niedogodności (same stare ludzie jak to w sanatorium tam byli!) pobyt akurat w tym miejscu (przypominam: NIDA - ZDRÓJ) uznaje się za wyjątkowo udany. 

Ino szkoda (wielka szkoda!), że dopiero przy naszym wyjeździe przyroda zaczęła się wiosennie budzić.

...ale i tak było nieżle! Ogółem. Jak śpiewał niezapomniany Tadeusz Chyła: "Czyż mogą gniewać rzeczy te - kiedy ogólnie nie jest źle?".

PS. Nazwa dzisiejszej notki jest z okazji 1 kwietnia, ale reszta jest prawdziwa nad wyraz.

Brak komentarzy:

Podziel się