poniedziałek, 3 czerwca 2019

PEŁNA KOMUNA - Jak ukradziono nam odpoczynek (2067)

Jak wszyscy pamiętają byłem kiedyś młody i pracowałem w biurze. To urzędowe miejsce nasze przedzielono długą ladą jako, że było to Biuro Obsługi Klienta. Nazwa ta była ogromnie nieprawidłowa ponieważ u nas nigdy nie było pojedynczego klienta, a wręcz przeciwnie: zawsze się kłębiły tłumy. Po jednej więc stronie długiej kiszki - jaką było to nasze Biuro - przepychali się klienci, nie przebierający w słowach na jakość oferowanych im usług. Pewnie dlatego też w tej części znajdowała się (mała, dosyć paskudna i zawsze źle czysta) toaleta dla tych nieszczęśników.

Po drugiej stronie lady znajdowało się sześć biurek, ustawionych po dwie twarzami do siebie i bokiem do klientów, w końcu skrót od Biura Obsługi Klientów do czegoś zobowiązuje! W ogóle to było znamienne, dla firmy monopolisty na rynku usług samochodowych: zawsze być bokiem do klientów. I - jak to za komuny - tego bocznego ustawienia się do klientów firma twardo się trzymała.

Bliżej zakurzonego, wystawowego okna (na którym nigdy i nic nie wystawiano) znajdował się mały kantorek naszego Kierownika. Po przeciwnej stronie części biurowej a tuż przy drzwiach wychodzących na halę napraw (schowany tuż za szafkami technicznymi) był sejf. Ten sejf to była bardzo śmieszna sprawa, bo wszyscy mieli do niego klucze.

Po prostu było tak wygodniej, żeby każdy z pracowników miał do niego własne klucze. Każdy z nas biuralistów co potrzebował schować sobie coś cennego to wkładał tam bezceremonialnie to ważne coś. I nikomu było do tego co tam oprócz sporego pakieciku pieniędzy się tam jeszcze znajdowało. Czasem to był deficytowy akumulator, czasem jakiś gaźnik a czasem jakiś reflektor trudno osiągalny dla naszych krewnych, przyjaciół i znajomych.

Życie więc (w zasadzie) upływało nam w tym Biurze pięknie i bezproblemowo. Aż tu naraz napatoczyła się nam rewolucja społeczna w kraju spowodowana jakimiś ważnymi, ale nam nieznanymi wtedy, a tylko przeczuwanymi przyczynami. Co raz to się krajowemu ludowi czarnoroboczemu różne sprawy nie podobały i tak dalej.

Natomiast u nas rewolucja społeczna w naszej Stacji Obsługi nr 1 zaczęła się od tego, że Dyrekcja ukradła nam Ośrodek Wypoczynkowy.

A było to tak. U nas na Stacji ludzie byli ciężko pracujący. Bez żadnej techniki, bez myjni, w brudzie i trudzie naprawiali te samochody i naprawiali. Dobrze, że chociaż w piwnicy (tuż obok kotłowni) łazienka była. Podła, bo podła ale była. Pamiętam paskudne poobtłukiwane zielonkawe, szklane kafelki, długie betonowe koryta do mycia z jakimiś brutalnymi kranami i częściowo przegnite kratki oddzielające Osobę Myjącą Się od wiecznie zalanej podłogi składającej się z powyżeranego przez czas lastryka.

Narzędzi to zawsze brakowało w tym naszym warstacie! Nic dziwnego więc, że mechanicy klęli jak szewcy i wzajemnie podkradali sobie klucze. Jeśli ktoś z nich został na tym podkradaniu złapany to traktowano go odpowiednio słownie i dostawał tylko trochę nieco w czapę.
- I było po kłopocie, jak to między przyjaciółmi.

Naturalnym było więc, że ludzie lubieli sobie po pracy odpocząć chodząc a osobliwie jeżdżąc na ryby. Ponieważ w okolicy Torunia - jak to za komuny - wszystkie ryby były wyłapane i zjedzone, ktoś tam wymyślił sobie Lipczynek.

Jest to mała wioseczka schowana w lasach parę godzin jazdy od Torunia. A w tym Lipczynku nic nie było! Ani sklepu we wsi, ani kościoła, ani nawet pokątnego miejsca gdzie można by było coś mocniejszego (jak to na rybach) kupić i zakąsić.. ..... . Wszędzie z Lipczynka było daleko i pusto. Ale  na szczęście była tam rzecz najważniejsza: jezioro. Nieduże i niemałe się tam znajdowało ono, takie właśnie nam potrzebne, bo w sam raz. Pełne sporych i tłustych ryb to jezioro wtedy miało.

Na początku ludzie jeździli tam motocyklami. A trzeba wam wiedzieć - Drodzy Przyjaciele -  że w tamtych gomułkowsko-gierkowskich czasach samochody posiadała tylko władza partyjna, Ub-cy, oraz co poniektórzy prywaciarze oraz nieznane nikomu osobiście osoby zagraniczne. No i naród nasz do tegoż Lipczynka na motorach (także z boczną przyczepką aby ładowność zwiększyć) na ryby nuże dojeżdżać.

Tam na miejscu się namiot rozstawiało. Kiełbasa i co tam jeszcze do popicia też było i sobotnio - niedzielne wypady przebiegały w pogodnej pełnej rybiego mięsa atmosferze przez cały letni rok.

Jak się małżonki naszych wędkarzy dowiedziały co się tam nad tym jeziorem wyprawia to też zapragnęły na tym łonie leśno-jeziornej przyrody bywać. Nie było rady: trzeba należało podnieść komfort tego pełnego jagód i grzybów miejsca.

I tak kupiono / ukradziono lub po prostu dostano gdzieś po znajomości - jak to za komuny - stary kiosk "Ruchu". Tym sposobem było już gdzie komfortowo spać. I w związku z tym luksusem zaczęły się kłopoty. Trzeba było sobie na dwa tygodnie (a nawet na miesiąc wcześniej!) zaklepywać miejsce na nocleg w tym kiosku. Specjalnie jednak krzywda nikomu się nie działa nawet jeśli trzeba było noc pod namiotem spędzać.

Z czasem się jednak pogorszyło i polepszyło zarazem. Pewnie jakiś kierownik pozazdrościł ludowi roboczemu, że sobie nad jeziorem wesoło żyje i cały obiekt wzbogacił się o parę fińskich domków. Teraz to już był oficjalny ośrodek wypoczynkowy. Rada Zakładowa z funduszu socjalnego teren wykupiła, obszar ogrodzono i pobudowano nawet sławojki.

A potem już poszłoooooo! Gdzieś około 1989 roku zaczęło tworzyć murowany ośrodek wypoczynkowy z prawdziwego zdarzenia. Z pokojami dwupoziomowymi i kolorowymi telewizorami prosto z CCCP. Legenda zakładowa głosiła, że niedługo powstanie tam kręgielnia co było absurdalnym  w tamtych czasach luksusem i przyjemnością którą tylko niektórzy w telewizji widzieli... .

Wszystko byłoby ładne i pięknie gdyby nie to, że teraz dostać się do Lipczynka na odpoczynek zwykłemu pracownikowi było coraz trudniej a właściwie niemożliwie. Tylko Wyżsi Kierownicy i inni Dyrektorzy (szczególnie z Warszawy) mieli do tego naszego jeziora i tych ryb dostęp.

I to nas oburzyło bardzo i spowodowało rewolucyjne nastroje, które i tak w kraju już były powszechne z innych - pewnie ważniejszych powodów. 

Do udziału w tym masowym ruchu społecznym to wcale się jednak nie paliłem. Owszem, miałem na warsztacie przyjaciół z którymi po kryjomu dzieliłem się swymi prywatnymi i bardzo wyraźnymi opiniami na temat panującego Systemu. Niemnie jednak zdarzyło się pewnego dnia, że przyszło kiedyś do biura 4 rosłych chłopa. W porze śniadania to było. I powiedzieli:

- Idziem!
- Dzie?!
- Na stołówkie.
- ...a niby po co?!
- Wyjaśnisz nam o co z tym naszym Ośrodkiem a także dziennikiem i wiadomościami od Urbana jest nie tak.
- A niby po co tam ja? Weźcie sobie kogo innego. Popatrzcie; ja jestem biuralista i nosze fartuch a wy jesteście w kombinezonach. To całe zamieszanie to sprawa ludzi w kombinezonach a nie biuralistów!
- Powiedzielim, że pójdziesz to pójdziesz! My sami nie damy rady, nie bądź wiec świnia i chodź.

Nie byłem świnia i poszłem.
- Tak było.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

w sensie poszłem bo było blisko :D :D :D

Obserwator Toruński pisze...

Cóśkolwiek koło tego.
- TEGO.

Podziel się