poniedziałek, 5 grudnia 2016

O północy w Toruniu 1/2 (1718)






















Droga Anshy!

Minęło tyle dni i ciągle nie mogę się uwolnić od uroku spotkania
z Wami w "Domu szczęśliwych kotów"... . O tym, że dobrze się
tam u Was czułem świadczą moje głębokie, takie oto przemyślenia
i wynikająca z nich sugestia. 

















Gdybyście - może przecież tak się zdarzyć - dostali propozycję
natychmiastowej wyprowadzki do Stanów lub innych Niemiec
(tak jak wasza Dobra Znajoma) to wtedy mógłbym - TAK, mógłbym
- przyjąć od Was w prezencie to wasze mieszkanie. Możecie przecież
 być zakłopotani tym nagłym szczęściem które was dopadło. Rzadko
kiedy nieprzyzwoicie bogaty wujek mieszkający far away zostawia
komuś swoją rezydencję pod warunkiem natychmiastowego
w niej zamieszkania... . Niemniej jednak taka sytuacja może
się zdarzyć!

I wtedy proszę pomyśleć o mnie jako o waszym wybawcy.

















Od tego momentu już nie myślcie o tych wszystkich siostro-braciach,
pociotkach czy o innych ubogich krewnych chętnych do
natychmiastowego spadku po Was! To ja - śpiąc na wycieraczce
-
wiernie stoję już od dziś na progu kamienicy i czekam na klucze.
- Na strych trafię sam.

(Od dzisiaj wchodząc do domu rozglądajcie się uważnie: jestem w pobliżu.)

W końcu będę - co tam będę: jestem - u siebie! Świadczy o tym
każdy - doskonale mi znany - przedmiot tam licznie zgromadzony,
każdy mebel wynaleziony, dostany - kupiony.

Buty na półce? ...ależ oczywiście! Sam bym tam je postawił: to
jest ICH właściwe miejsce. Całkowicie trafne i właściwie
wyeksponowane. Kufer jeden z drugim i stare maszyny: do szycia,
pisania czy liczenia. I jeszcze zapamiętałem Przybyszewskiego
(A może to był Wyspiański? Sam już nie wiem z kim wtedy wypiłem
bruderszaft.)
i zegar wybijający godziny! Ten dźwięk w godzinie
pąsowej róży - w tym krótkim czasie gdy u was mieszkałem - też
pamiętam w miejscu pełnym odnalezionych książek.






















No dobra wiem; cuda się nie zdarzają, nie mam co liczyć
na prezent od życia, lunchu za darmo nie dają... . A jednak
szkoda. Myśl, że resztę mojego życia miałbym tam spędzić
nie daje mi jednak spokoju. Więc skoro już nie ma tego wujka
to chociaż może zdjęcia. Na fotografiach mógłbym zachować
- a nie tylko pod powieką - obrazy tak serdecznie miłych miejsc.
I fotel wygodny i hamak... .

Stąd też moja propozycja: a może byśmy tak najmilsi się wzięli
i zrobili te zdjęcia? Już chociażby tylko dlatego, aby temu
nieprzyzwoicie zamożnemu wujkowi - co to się naprasza - wskazać
mu gdzie jego miejsce z tą jegoż rezydencją z 12 sypialniami,
basenem, zespołem garaży na kolekcję "jaguarów": włącznie... .

Jak was znam to pewnie koty zabierzecie ze sobą, ale jakby nie,
to - i owszem, owszem! - nimi też się zaopiekuję.






















Może drugi raz uda mi się je lepiej sfotografować?! ...albowiem
koty wymagają czasu. I cierpliwości. Im się należy przyglądać,
one muszą uznać mnie za swego, aby dały się przyłapać
w sytuacjach absolutnie prywatnych: gdy śpią, się bawią i gdy
smacznie śpią... .

No i koniecznie je trzeba sfotografować gdy śpią!






















A wasz Dom - no cóż - lubię antykwariaty i sklepy
bukinistyczne w których nic nie jest na sprzedaż! Czy muszę
dodawać, że przepadam za miejscami w których mieszka czas,
gdzie mała historia zostawiła swoje starannie wybrane ślady?!

I dlatego szczegółowo obiecuję odkurzać też stary zegar. A do
kufra cechowego - tak jak i do panastachurowej walizeczki - nie
zajrzę za żadne skarby! Są tajemnice których lepiej nie odkrywać!
Nie po to na siedem stalowych kluczy one zamknięte są, nie po to!






















A jeśli już o Stedzie mowa, to można by się do Jego domu
kiedyś wybrać, w końcu to niedaleko... . I tam też jest sporo
książek, takich normalnych, papierowych. Więc jak już by
miało do fotografowania Domu dojść to jeszcze trzeba
abyśmy wszyscy mieli sporo wolnego czasu! ... i jeszcze
tonę światła musiałbym mieć na podorędziu - no i koncepcja
jakaś dojrzała by się przydała.

...bo jak ogarnąć to całe bogactwo?! Jak pokazać urodę
i atmosferę miejsca które od pierwszego wejrzenia "skradło 
serce me"... . Na razie nie umiem, nie wiem, jestem porażony
bezwstydem swojego pomysłu. Na razie oszołomiony jestem
niestosownością własnej propozycji. ("Jak można było?!)






















Nie, oczywiście, że nie pokazałbym Światu waszego sanktuarium
nikomu poza Osobami Upoważnionymi! I w tym miejscu proszę
zwolnić mnie z obowiązku dowodzenia tegoż iż nie upublicznię!

Niczym w klasycznej fotografii wywołać i utrwalić na wieki wieków
tylko to miejsce chcę. Wspomnienia są takie ulotne i to co pod powieką
mam - odnoszę wrażenie - zniknie zaraz i przepadnie bezpowrotnie.

A przecież - nie tylko prawem jest, ale i naszym obowiązkiem
by - Dobro tego świata - utrwalać. I oczywiście przekazywać Ono
wzdłuż osi czasu, żeby nie było na nas, że zaniedbano, że przepadło
niezauważone... . No trzeba coś za sobą wartościowego zostawić!






















*     *     *

Nie Wysoki Sądzie: nic wtedy nie brałem. Później też nie.
Ogólnie przecież wiadomo, żem człek niebiorący, niepijący
i tak dalej. A czemu tak mi się napisało? No cóż... .
- Niektórzy na jesień tak mają.

Brak komentarzy:

Podziel się