Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłumaczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłumaczenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2021

Dzień Kota (2197)

Świat z grubsza dzieli się na dwie części, na tych co: lubią koty i na tych co lubią psy. Dzisiaj (wspomnieniowo) będzie tylko o kotach. Kociego tematu z uwagi na poziom skomplikowania nie da się wyczerpać niemniej jednak próbę zarysowania choćby tematu zaczynamy od: Obowiązków kota. 

Czym są w naszym życiu koty? Jaką naprawdę odgrywają rolę? Wyjaśnia to opowiadanie które mi się kiedyś napisało. Właściwie to był sen, który tylko nieznacznie ozdobiłem paroma dodatkowymi słowami. 

Zarówno część pierwsza jak i druga zaprasza do przyglądania się naszym zwierzakom... . Do odkrywania prawdziwej ich natury i roli jaką spełniają lub mają do spełnienia w naszym życiu.

Siła wzroku (nie tylko kociego) została ujawniona tutaj.

Proszę zwrócić uwagę, że mamy dopiero (a może już?) połowę lutego i "Sezon na koty" właśnie się rozpoczął! W towarzystwie Andrzeja Waligórskiego to jest wydarzenie!

Ostatnia notka przypomina, że dawno nie było się w ulubionej Bydgoszczy. Brakuje mi tego wojewódzkiego miasta, największego w regionie, dyszącego wielkomiejską atmosferą, atrakcjami i klimatem... .  

Drodzy bydgoszczanie! Proszę się nie smucić z tego powodu: zajadę i do Was najszybciej jak tylko można.
- Niech no tylko zakwitną jabłonie!

wtorek, 10 listopada 2020

Tatiana Tołstoj: Kochana Szura (2190)

Rozmawialiśmy niespiesznie a w długich przerwach każdy zanurzał się w swoje myśli i nie trzeba było nic objaśniać, nic nie trzeba było dodawać... . I wtedy przypomniałem sobie TO opowiadanie dawno przetłumaczone, które ni w V ni w IX dzisiaj akurat przywołuję. 

...i proszę się nie obruszać, że można by lepiej, inaczej ten przekład zrobić! Trafił się taki właśnie a nie inny ciąg słów, takiej a nie innej autorki ijest! 
- Po prostu dzielę się tym co dobrego mam na ten czas, na dysku, na myśli.

*     *     * 

Pierwszy raz Aleksandra Ernestowna przeszła obok mnie wczesnym rankiem, cała zalana różowym moskiewskim słońcem. Pończochy opuszczone, nogi jak na beczce prostowane, ubiór zatłuszczony i poprzecierany. Za to kapelusz jak cztery pory roku! Jarzębinki, konwalie, czereśnia, berberys splecione na jasnym, słomianym talerzu przyszpilonym do resztek ta-a-a-aką szpilą. Czeresienki trochę się obluzowały i drewniano postukują. 

Ma 90 lat, pomyślałam, ale pomyliłam się o sześć. Słoneczne powietrze wznosi się po promieniu w kierunku dachu wielkiego, chłodnego domu. I biegnie w górę i w górę – tam gdzie tak rzadko spoglądasz, tam gdzie żeliwny, bezludny balkon, stromy dach, jakaś ażurowa krateczka zadarta prosto w poranne niebo, rozpływające się coś jak sygnaturka, jakaś iglica, gołębie, anioły, nie, coś źle widzę. 

Z rozjaśnionymi od szczęścia oczami idzie Aleksandra Ernestowna po słonecznej stronie, szerokimi cyrklami przestawiając swoje przedrewolucyjne nogi. A śliwki, bułeczka i marchew w siatce ocierają się o czarną ciężką spódnicę. A ten wiatr co na piechotę przyszedł z południa, zawiewa morzem i różami, obiecuje drogę po szerokich schodach wiodących do rajskich krain niebieskich. Aleksandra Ernestowna uśmiecha się do poranka, uśmiecha się do mnie. Czarny ubiór, jasny kapelusz, pobrzękiwanie martwymi owocami znikają za rogiem. 

Potem ona zdarzyła mi się na rozpalonym bulwarze, taka rozmiękła, głaskająca spocone, samotne, zagubione w spieczonym słońcem mieście dziecko – swoich dzieci nigdy nie miała. Jakiś straszny fragment bielizny zwisa spod czarnej zabrudzonej spódnicy. Cudze dziecko ufnie wywala swoje piaskowe skarby na kolana Aleksandry Ernestowny. Nie brudź ciotce sukni! A niech tam! Nic to.

Spotykałam ją w czerstwym powietrzu kinoteatru (Babciu, zdejmij ten kapelusz, bo niczego nie widać!). Niezgodnie z ekranowymi przeżyciami Aleksandra Ernestowna głośno dyszała, trzeszczała zgniatanym pazłotkiem od czekolady, sklejając sobie lepką, słodką gliną swoje kruche sztuczne szczęki. 

W końcu zakręciła się w potoku dyszących ogniem pojazdów przy Nikitskiej Bramie, zagubiła się całkiem tracąc kierunek, wczepiła się w moją rękę aż dopóki nie wypłynęła na zbawienny drugi brzeg. Do końca życia straciła szacunek dla czarnoskórego dyplomaty, który ze swoimi kędzierzawymi dzieciaczkami wrył się w asfalt schowany za zielonym szkłem swego niskiego, błyszczącego od niklu auta. Czas stanął w miejscu, murzyn krzyknął, wypuścił z rury siny dym i pognał w kierunku konserwatorium, a Aleksandra Ernestowna cała drżąca, przestraszona, nastroszona, zawisła na mnie. 

I tak - zostawiając za sobą smugę walidolu - zaciągnęła mnie do swojego komunalnego azylu-cacka, pełnego owalnych ramek i suchych kwiatów. Dwa malutkie pokoiki, wysoki sufit cały w stiukach, na odłażących tapetach uśmiecha się, zadumana, kaprysząca, upojna ślicznotka – kochana Szura, Aleksandra Ernestowna. 

Tak, tak, to ja! I w kapeluszu i bez niego, i z rozpuszczonymi włosami. I jeszcze jaka! A oto jej drugi mąż, a to ten trzeci, ale niezbyt udany wybór. Teraz nie ma o czym mówić, ale wteeedy! ...gdyby wtedy zdecydowała się uciec do Iwana Nikołajewicza: A kto to ten Iwan Nikołajewicz? Jego to już nie ma, bo cały ściśnięty w albumie, rozpłaszczony w czterech kartonowych nacięciach, zasłonięty damą w tiurniurze, nadduszony jakimiś tam białymi szczeniaczkami, które zdechły jeszcze przed wojną rosyjsko-japońską. 

A proszę usiąść, usiąść, a czym by tu ugościć...? Proszę przyjść - na Boga! - proszę przyjść! Aleksandra Ernestowna sama na świecie, a tak chciałoby się pogawędzić... . Jesień. Deszcze. Aleksandro Ernestowna czy pani mnie poznaje? To przecież ja! Pamięta pani: a nieważne, ja do pani w gości. Ach w gości!? Ach, jakie to szczęście! Tędy proszę tędy, zaraz tu posprzątam! Ot i tak mieszkam sama. 

Wszystkich przeżyłam. A wie pani, że trzech mężów przeżyłam? A Iwan Nikołajewicz, on chciał... może trzeba było się wtedy zdecydować? Jakie to życie jest długie. A to proszę – ja. A to także - ja. A to ja i mój mąż. Miałam trzech mężów, wie pani? Prawda, że ten trzeci nie był ten tego... . 

Pierwszy był adwokatem. Znanym. Bardzo dobrze żyliśmy. Wiosną do Finlandii, latem na Krym. Białe keksy, czarna kawa. Kapelusze z woalkami. Ostrygi - bardzo drogie, a wieczorem do teatru. A iluż wielbicieli! On zginął w dziewiętnastym roku, zarżnęli go w bramie. Ależ oczywiście, że przez całe życie miała swoje ro-man-se, jakże mogło być inaczej? Kobiece serce już tak ma. 

A jak to było trzy lata temu? Pewien skrzypek wynajmował u niej kącik. Dwadzieścia sześć lat, laureat, a jakie oczy! Oczywiście on swoje uczucia taił głęboko w duszy, na zewnątrz nic nie było widać! Bywało tak, że wieczorkiem Aleksandra Ernestowna pyta go: „A może by tak... herbaty!?” A on nic tylko tak popatrzy, popatrzy i ni-cze-go nie mówi. Taki on był podstępny! Tak i milczał póki żył u Aleksandry Ernestowny. Ale widać było, że coś mu tam się w środku tłucze. Wieczorami razem w dwóch ciasnych pokoikach było coś takiego w powietrzu, że oboje wiedzieli. I on nie dawał rady i wychodził. Na ulicę. Gdzieś tam szwendał się do późna. 

Aleksandra Ernestowna nadziei mu nie dawała. A potem on z żalu ożenił się z jedną taką, nic szczególnego. Przeniósł się gdzie indziej. A tuż po ślubie spotkał na ulicy Aleksandrę Ernestowną i rzucił na nią takie spojrzenie, że aż spopielił! Jednak i tym razem niczego nie powiedział. Wszystko pochował w swojej duszy. Tak, serce Aleksandry Ernestowny nigdy nie próżnowało. 

Między nami mówiąc, miała trzech mężów. Z drugim do wojny żyli w ogromnym mieszkaniu. Znany lekarz. Goście z wyższych sfer. Kwiaty. Zawsze wesoło. I on wesoło umarł. Jak już wiadomym było, że umrze, Aleksandra Ernestowna postanowiła zaprosić Cyganów. No bo cóż, kiedy patrzysz jak jest pięknie, hałaśliwie i wesoło, to przecież i umierać łatwiej, prawda? Ale chociaż prawdziwych Cyganów nie udało się zdobyć, to Aleksandra Ernestowna potrafi kombinować – nie straciła głowy! 

Wynajeła młodzieńców takich tam czarniawych, dziewoje hoże znalazła. I przebrała ich w te szeleszczące, błyszczące, rozwiewające się! I drzwi szeroko do sypialni umierającego z hukiem otwarła. I zadźwięczało, zaśpiewało, kołem poszło z przytupem i pohukiwaniem, różowe i złote, złote i różowe! Mąż się nie spodziewał, tylko zwrócił głowę do wejścia, gdzie od progu w szalonym tańcu z szalami na głowami powiewali... Zdążył tylko ręce podnieść i zachrypieć: Wynoście się! A oni jeszcze weselej, a oni z jeszcze większym przytupem i poświstywaniem. No i tak umarł – Panie świeć nad jego duszą. 

...a ten trzeci mąż to nie. On się zupełnie nie udał! Za to Iwan Nikołajewicz; ach! Iwan Nikołajewicz! Wszystko tam było: Krym, trzynasty rok, promienie słońca przedzierają się poprzez żaluzje cieniutkim promyczkami i piłują swym blaskiem rozświetloną podłogę. Sześcdziesiąt lat minęło – a wszystko dlatego – Iwan Mikołąjewicz po prostu oszalał. Natychmiast rzucaj męża i przyjeżdżaj do niego na Krym. Na zawsze. Naobiecywałam. 

Potem w Moskwie przemyślałam sobie: a za co będę żyła? I gdzie? A on zasypywał listami: Kochana Szura, przyjeżdżaj, przyjeżdżaj! Mąż ma swoje sprawy, w domu rzadko siedzi, a tam na Krymie, na łagodnym piaseczku, pod błękitnym niebem Iwan Mikołąjewicz biega jak tygrys. Na zawsze kochana Szuro! A jemu samemu - biednieńki on – nawet na bilet do Moskwy nie starcza! Listy, listy, każdego dnia listy! Przez cały rok listy – Aleksandra Ernestowna może pokazać. 

Ach jak on kochał! Jechać czy nie jechać? Na cztery pory roku rozciąga się ludzkie życie. Wiosna!!! Lato? Jesień. Zima? No i zima przyszła do Aleksandry Ernestowny i gdzie ona teraz? Na co zwrócone są teraz jej łzawiące, już teraz bez blasku oczy? Odrzuciwszy głowę, podciągając powiekę Aleksandra Ernestowna zakrapia do oka żółte, oleiste krople. W pajęczej poświacie na różowo prześwituje jej głowa. Czy to ten sam mysi ogonek był dawniej czarnym jak smoła i pysznym jak pawi ogon warkoczem? To właśnie w tych oczach utonął - raz i na zawsze – natarczywy, no niebogaty Iwan Nikołajewicz? 

Aleksandra Ernestowna stękając nadziewa kapcie na sękate nogi Teraz będziemy herbatę pić. Bez herbaty nie wypuszczę. Nie! Nie! Nie! Nawet o tym proszę nie myśleć. Ale ja i tak nigdzie nie idę! Po to właśnie przyszłam: pić herbatę. I ciastka przyniosłam. Proszę się nie martwić - sama nastawię czajnik. A ona niech znajdzie album w aksamicie i stare listy. A do kuchni trzeba iść daleko, do innego miasta, po nieprzytomnie błyszczącej podłodze, wypastowanej tak, że jeszcze po dwóch dniach na podeszwach zostają ślady czerwonego asfaltu. Na samym końcu tunelu korytarza – niczym ogieniek w pełnym rozbójników lesie – świeci się plamka kuchennego okna. Dwudziestu trzech sąsiadów milczy za czystymi, lakierowanymi na biało, wysokimi drzwiami. 

W połowie drogi telefon na ścianie. Przy nim jaśnieje karteczka przyczepiona kiedyś tam przez Aleksandrę Ernestowną: Pożar – 01 Pogotowie: 03 Na wypadek mojej śmierci dzwonić do Elżbiety Osipowny. Samej Elżbiety Osipowny już dawno nie ma na świecie. Nic to, Aleksandra Ernestowna zapomniała. A w kuchni czystość chorobliwa i całkiem bez życia. Na jednej z płyt sam ze sobą rozmawia należący do kogoś kapuśniak. W kącie jeszcze stoi spirala zapachu świeżo co wypalonego przez sąsiada "Biełomora". Kura w siatce na zakupy wisi za oknem i jak potępieniec miota się na czarnym wietrze. Bezlistne, mokre drzewo aż całe ponure od żalu. Pijanica - rozpinając palto - twarzą opiera się o płot. Smutne okoliczności miejsca, czasu i obrazu życia. 

A jeśli Aleksandra Ernestowna zgodziłaby się wtedy wszystko rzucić i pobiec na południe do Iwana Nikołajewicza? Gdzie by teraz była? Przecież posłała już mu telegram (jadę – stop – oczekuj – stop), zapakowała już wszystkie rzeczy, bilet schowała głębiej, w tajny zakamarek portmonetki. Z upiętymi wysoko włosami usiadła we fotelu przy oknie – czeka. 

A tam daleko na południu Iwan Nikołajewicz cały spłoszony, nie wierzący własnemu szczęściu rzucił się na stację kolejową – biegać, niecierpliwić się, przeżywać, rozporządzać, najmować, dogadywać się, odchodzić od zmysłów, wpatrywać się w obramowany żarem horyzont. 

A potem? Przeczekała w krześle do wieczora, aż do czystych gwiazd. A potem? Wyjęła z włosów szpilki i potrząsnęła głową. A potem? A co potem, potem! Potem to życie całe przeleciało, ot co było potem. Czajnik zagotował się. Zaparzę mocniejszą. Prosta melodyjka na herbacianym ksylofonie: pokrywaeczka, pokruyweczka, yżeczka, łyżeczka, ściereczka, ściereczka, łyżeczka, rączka, rączka. 

Długa droga powrotna po ciemnym korytarzu z dwoma czajniczkami w rękach. Dwudziestu trzech sąsiadów za białymi, wysokimi drzwiami przysłuchuje się: kapnie czy nie barbarzyńskim czajem na naszą czystą podłogę? Nie rozlałam, proszę się nie przejmować. Nogą otwieram skrzydło gotyckich drzwi. Nie było mnie całą wieczność, ale Aleksandra Ernestowna jeszcze mnie pamięta. 

Wydobyła malinowe, lekko popękane filiżanki, ozdobiła stół jakimiś tam okrągłymi serwetkami, kopie w ciemnym grobie bufetu, falami napływa chlebowo-sucharkowy zapach wypływający ze jego drewnianych szczęk. Idź ty zapach! Złapać go i przykleszczyć kanciastymi drzwiczkami, o tak! A siedź ty sobie w zamknięciu! 

Aleksandra Ernestowna wyciąga cudowne konfitury, podarowali jej, proszę tylko spróbować, nie, nie, proszę spróbować, prawda, że niezwykłe? Prawda, prawda, tyle lat na świecie żyję, a jeszcze nigdy takiej! Jak ja się cieszę, wiedziałam, że będzie smakować, proszę jeszcze wziąć, proszę wziąć jeszcze, błagam panią! (O, do licha! Znowu będą mnie bolały zęby!) 

Pani mi się podoba Aleksandro Ernestowna, pani mi się bardzo podoba, szczególnie na tej oto fotografii, o tu gdzie ma pani taki owal twarzy. I na tej też gdzie śmieje się pani tymi oszałamiającymi zębami, i na tej gdzie wygląda pani na kapryśną, a ręka odrzucona gdzieś tam na tył głowy, tak aby celowo girlanda spłynęła po łokciu... . 

Naprawdę ciekawi mnie dawno przebrzmiałe, nikogo nieobchodzące życie, pani dawno miniona młodość, jej zmurszeni kochankowie, mężowie, prześladowani uroczystą konfiturą, każdy, każdy, kto zawołał panią i kogo ona sama nazwała, każdy kto przyszedł i skrył się za wysoką górą. I będę przychodzić do pani i śliwki przynosić. I marchew tak dobrą dla oczu przyniosę. A panią proszę, aby odsłonić przede mną dawno nie wietrzone atłasowe albumy całe w brązach. Niech odetchną śliczne gimnazjalistki, niech wyprostują się wąsaci panowie, niech uśmiechnie się odważny Iwan Nikołajewicz. 

Nic to, proszę się nie przejmować Aleksandro Ernestowna! Wtedy trzeba było się zdecydować. Trzeba było. A ona wtedy postanowiła. A oto i on – na wyciągnięcie ręki! Proszę weź go w ręce trzymaj. Oto on, płaski, chłodny, wyglancowany, ze złotą krawędzią, nieco pożółkły ten Iwan Nikołajewicz! 

Ej tam! Czy dobrze słychać? Ona postanowiła, tak, ona jedzie. Proszę wyjść na spotkanie. I wszystko. Już więcej się nie waha, spotkajmy się, gdzie ty, aj! Tysiące lat, tysiące dni, tysiące nieprzezroczystych zasłon upadło z niebios, zgęstniały, zamknęły się w szczelne ściany, poprzegradzały drogi, nie puszczają Aleksandry Ernestowny do jej zagubionego w czasie kochanka. 

I został tam, po tamtej stronie lat, sam, na południowej zapylonej stacji, chodzi po zaplutym od pestek słonecznika peronie, patrzy na zegarek, końcem buta odsuwa obgryzione kolby kukurydzy, patrzy na zegarek, niecierpliwie obrywa niebieskie szyszeczki cyprysu, patrzy na zegarek, czeka, czeka i czeka parowozu z rozżarzonej porannej dali. Ona nie przyjechała. Ona nie przyjedzie. Ona oszukała. Nie, nie! 

Przecież ona chciała! Ona gotowa i sakwojaże gotowe! Białe półprzezroczyste sukienki dociśnięte kolanami w ciasnym mroku walizki, neseser skrzypi skórą, pobłyskuje srebrnymi okuciami. I te bezwstydne kostiumy kąpielowe ledwie przykrywające kolana, z rękoma gołymi aż do samych pleców! Wszystko czeka swojej godziny, zasznurowane w oczekiwaniu. W pudełku na kapelusze niewiarygodna, upojna, jak piórko leciutka, z podniesionym łapkami śpi szkatułka – szpilki, grzebyczki, jedwabne sznureczki, brylantowy piaseczek naklejony na kartonowe szpatułki (dla delikatnych paznokci), małe drobiazgi. Jaśminowy dżin zapieczętowany w kryształowym flakonie, ach jak on rozbłyśnie w nadmorskim, oślepiającym świecie! 

Ona jest gotowa, ale co jej przeszkodziło? Co nam ciągle przeszkadza? No szybciej, szybciej – czas ucieka! Czas przechodzi niewidzialnie w długie lata i rdzewieją szyny i zarastają drogi. A chwasty po wąwozach coraz większe! Czas ucieka i kołysze na fali łódkę kochanej Szury, i pluska zmarszczkami w jej niepowtarzalną twarz... . - Jeszcze herbaty? 

A po wojnie wróciła – już z trzecim mężem – właśnie tutaj, do tych pokoików. A ten trzeci mąż to ciągle skamlał i skamlał. Korytarz długi, przygaszone światło, okno na dwór. Wszystko minęło. Umarli dostojni goście. Poschły kwiaty. Deszcz bębni po szybach. Skamlał, skamlał i umarł, ale od czego to już Aleksandra Ernestowna nie powiedziała. I wyjmowała Iwana Nikołajewicza z albumu i długo patrzyła. 

Jak on ją nazywał! Ona już bilet kupiła – proszę oto ten bilet. Na grubym kartoniku – czarne cyfry, a chcesz to przewróć do góry nogami i zobaczysz znaki tajemniczego alfabetu, zaszyfrowane przejście tutaj, na ten brzeg. A może gdyby tak znać pewne zaczarowane słowo, domyśleć się go, jeśli by tak usiąść i dobrze pomyśleć, albo jak by tak dobrze poszukać, powinny przecież być gdzieś te drzwi, szczelina, niezauważalne przejście tutaj, do tamtego dnia... Wszystko zamknęli! A chociaż by szparkę jaką zostawili, gdzieś tam w jakimś tam starym domu. Na jakimś strychu gdyby tak odsunąć deski, w jakimś ślepym przejściu, w zabitej na krzyż deskami ścianie, coś tam odgiąć, pod starannie zamalowaną ścianą otwór wykuć. 

...ale może to nie tutaj, może to w innym mieście? Może gdzieś tam w plątaninie szyn, gdzieś z dala, na bocznicy stoi wagon, stary, zardzewiały, ze zarwaną podłogą, wagon do którego nie wsiadła wtedy kochana Szura? Oto i mój przedział: Proszę pozwolić – przejdę. Proszę, oto mój bilet: wszystko tu jest napisane. A tam w tym końcu zardzewiałe zęby resorów, w suficie błękit nieba, rdza, przerdzewiałe żebra ścian, trawa pod nogami. Ona ma prawo na to miejsce, nikt tego miejsca nie zajął, nie miał prawa! - Jeszcze herbaty? Zamieć. - A może herbaty dolać? 

Jabłonie w kwiatach. Mlecze. Oszałamiający zapach bzu. Ach, jak gorąco! Sio z Moskwy – nad morze. Do zobaczenia Aleksandro Ernestowna! Opowiem pani co tam, na tamtym końcu ziemi. Czy morze podniosło się wysoko, czy nie odpłynął jak suchy listek ten cały Krym, czy nie wyblakło to całe błękitne niebo? Czy nie opuścił swego dobrowolnego posterunku Pani zmęczony, roznamiętniony kochanek? 

W kamiennym moskiewskim piekle Aleksandra Ernestowna czeka na mnie. Nie, nie! Wszystko jest dobrze, wszystko prawidłowo! Tam, na Krymie, niewidoczny, w białej szacie do przodu - do tyłu, po zapylonym peronie chodzi Iwan Nikołajewicz, co raz to wyciąga zegarek z kieszonki, pociera świeżo ogoloną szyję, na początek - na koniec, wzdłuż ażurowego miniaturowego parkanu pokrytego pyłem. 

Poruszony, nierozumiejący, a przez niego przechodzą nawet o tym nie wiedząc pyskate dziewczyny w spodniach, chłopaczki hip-hopowe w koszulach z podwiniętymi rękawami koszul, cali w agresywnym tranzystorowym terkocie, babcie w białych chusteczkach na głowie z wiaderkami śliwek, południowe damy z klipsami w kształcie plastikowych liści akantu, staruszkowie w niemnących syntetycznych kapeluszach, na wskroś, na przełaj przez Iwana Nikołajewicza. 

On jednak niczego nie wie, niczego nie zauważa, on czeka. Czas zeszedł ze swojej koleiny, czas utknął gdzieś w pół drogi, gdzieś pod Kurskiem, potknął się gdzieś nad jakąś słowiczą rzeczką, zabłądził, ślepy, na podsłonecznych równinach. Hej tam, Iwanie Nikołajewiczu! Powiem jej, przekażę, proszę nie odchodzić, ona przyjedzie, daję na to słowo honoru, przecież postanowiła, zgodziła się, proszę tam zaczekać, no nic się nie stało, ona za chwilkę będzie. 

Tak, tak, wszystko już zapakowane – nic tylko wziąć i pojechać, tak wiem, daję słowo, widziałam, wszystko widziałam, w atłasowym albumie, jest schowany za zdjęciem, nieco zamazany, ale jeszcze całkiem dobry, myślę, że wpuszczą do wagonu. Tak, tam oczywiście jest przeszkoda, już nie wiem jaka, coś tam jej przeszkadza, ale ona na pewno coś wymyśli, bilet przecież ma, prawda? To przecież ważne jest, aby mieć bilet, ale najważniejsze jest to, że ona postanowiła, tak, tak: postanowiła. Dokładnie tak! Właśnie to mówię. 

Do Aleksandry Ernestowny – dzwonić pięć razy, trzeci przycisk od góry. Otwiera się okienko - wiaterek, schodowy witraż ozdobiony lekkomyślnymi lotosami – kwiatami zapomnienia. - Do kogo? Umarła. To jest... jak to? Minutkę, dlaczego.... . Ja przecież dopiero co, tylko na minutkę wejdę, tylko tam i z powrotem... . - A pani to kto? Białe gorące powietrze rzuca się na wychodzących z piwnicy, próbując trafić w oczy. 

Poczekaj, ach śmieci jeszcze nie wywozili? Za rogiem, na asfaltowym deptaku, w kubłach śmieciowych kończą się spirale ludzkiej egzystencji. A co pani myślała, że gdzie? Za obłokami gdzieś? No i proszę, są te spirale – sterczą sprężynami z przegniłej kanapy. Tutaj wszystko jest wyrzucone. Owalny portret kochanej Szury, szkło rozbite, oczy wykłute. Staruszkowe barachło – jakieś butki na wysokim obcasie, kapelusz z czterema porami roku. Nie trzeba poobtłukiwanych czereśni? Nie? A dlaczego? A kubek z utłuczoną rączką? 

To oczywiste, że ukradli atłasowy album. Ten atłas jest dobry do czyszczenia butów. Wy wszyscy głupcy, ja nie płaczę, a niby miałabym dlaczego? Śmieci rozparzyły się na słońcu, pociekły czarnym bananowym szlamem. Paczka listów wdeptana w pośniegowe błoto... ."Kochana Szura! To kiedy więc... .", Kochana Szura! Tylko powiedz... .". A jeden list nadeschnięty, niczym żółty motylek trzepocze się pod zakurzoną topolą, nie wiedząc gdzie przysiąść. 

I co ja mam z tym wszystkim zrobić? Odwrócić się i odejść. Gorąco. Wiatr przegania pył. I Aleksandra Ernestowna – kochana Szura – realna jak fatamorgana, ozdobiona drewnianymi owocami i kartonowymi kwiatami, płynie uśmiechając się, w drżące powietrze zaułka, za róg, na południe, na niewyobrażalnie dalekie świetliste południe, na zapomniany peron płynie, rozpływa się i rozpuszcza w gorączce dnia.

piątek, 15 stycznia 2016

Pułapka na mrówki (1578)

© Autor — Leonid Kaganow, 2010 - http://lleo.me
















Tymek wyszedł na balkon. Tu już było całkiem świeżo, zupełnie jasno
i coś tam niewidocznego ćwierkało w powietrzu, bez opamiętania
ciesząc się pierwszym w tym roku, ciepłym dniem. Nie zdążysz się
obejrzeć a zaczną się końcowe egzaminy, a w chwilę potem wstępne... .

Teraz jednak w przerwie między szkołą a ćwiczeniami z chemii można
sobie pozwolić na myślenie o niczym, wiedząc, że życie nakierowane
we właściwą stronę samo wie dokąd biegnąć. I tym sposobem co ma
się stać to się stanie niezależnie od samego zainteresowanego, który
po prostu stoi sobie na balkonie ze szklanką herbaty w dłoni.

Stoi tak patrząc z piętnastego piętra w dół, na skrzyżowanie i
przypatrując się jak daleko daleko w dole poruszają się w różnych
kierunkach malutkie ludziki, migają ich czapki i torby na kółkach,
jak szara figurka policjanta z drogówki rozmawia o czymś tam
z kierowcą samochodu, jak obydwaj śmiesznie machają rękami... .

- Tymon, a ty gdzie? Dzisiaj jak będziesz jechał przez centrum
  wysiądź na Tretiakowskiej i kup pułapki, dowiedziałam się gdzie
  je sprzedają. - rozległ się głos z pokoju.
- Mamo, jakie tam znowu pułapki? - Tymek niechętnie odrywa się
  od balustrady i idzie do pokoju.
- Jak to jakie? Na mrówki! Przecież ci o tym opowiadałem, jak
   koleżanka z pracy się ich pozbyła w ciągu tygodnia.

A mrówki były biedą całego ich bloku.

Sufit i ściany kuchni przecinały dziesiątki owadzich tras, po których
dniem i nocą poruszał się ożywiony ruch towarowy. Wystarczyło
zostawić cokolwiek jadalnego na stole i od razu pojawiało się pełno
mrówek.

Szczególnie źle było z pieczywem. Nie chroniły go żadne opakowania.
Posługując się nie wiadomo jakimi instynktami mrówki bezbłędnie
znajdowały drogę i pokonywały wszystkie możliwe utrudnienia.

Czasami Tymek zamyślał się nad tym jak wygląda życie mrówki. Jak
szalenie skomplikowana i zwariowanie złożona musi być dla niej
powierzchnia pozwijanej, zwykłej plastikowej torby w której schowany
jest chleb. Na pewno jest bardziej skomplikowana niż ta cała jego
chemia i geometria razem wzięte... . Niekiedy Tymek zaczynał wątpić,
czy będąc na miejscu mrówki mógłby tak łatwo znajdować drogę
w tym niezmierzonym, ogromnym świecie składającym się z niezliczonych
kalejdoskopowo gigantycznych ścianek.

Na początku ojciec wymyślił, aby podwieszać chleb na samym środku
kuchni, na cienkim szpagacie. Jednakże jakiś mrówczy geniusz domyślił
się, że jeśli po ścianie dojść do pewnego gwoździka i od niego długo-długo
pobiec po sznurku to można dobiec do węzełka, po którym już tylko
wystarczy spuścić się w dół by dotrzeć do upragnionego zawiniątka
ze smacznym chlebem. I tak utworzyła się kolejna mrówcza trasa. Od
tego czasu zaczęto trzymać chleb w lodówce, skąd wychodził mokry,
zmrożony i jakiś taki bez życia.

Żadne środki na mrówki nie działały, nawet gościu ze sanepidu specjalnie
nie pomógł, gdy melancholijnie zraszał ściany jakimś paskudztwem o zapachu
igliwia. I tak w ostatnim czasie mama ciągle mówiła i mówiła o najnowszych
pułapkach, które innym ponoć pomagały pozbyć się mrówek.

- Tymek, czy ty mnie w ogóle słuchasz czy nie? - znowu rozległ się jej głos.
- Ja? A... tak! A co to takiego ta pułapka?
- To jest zużyta pułapka żebyś miał na wzór, a to jest instrukcja do
  niej, wzięłam to od koleżanki z pracy.

- Pojedziesz do kiosku z artykułami przemysłowymi na Tretiakowskiej
   i nakupisz takich pułapek ile będzie można. Masz tu pieniądze.
   Zapoznaj się z instrukcją i wieczorem rozmieścisz te pułapki. W końcu
   to u nas kto jest biologiem, no kto?! Działaj.

- Biolog... . - Tymek chrząknął i wyprostował się.

Ostrożnie wziął maleńkie przezroczyste pudełko i poszedł do swojego
pokoju zgłębiać powierzone mu zadanie.

Opierając się na opowiadaniach mamy Tymek wyobrażał sobie pułapkę
jako maleńkie pomieszczenie z zatrzaskującymi się drzwiami, coś na
kształt łapki na myszy. Nie bardzo rozumiał ile takich pułapek potrzeba
aby wyłapać wszystkie mrówki.

Pułapka okazała się niewielkim pudełkiem, płaskim raczej, mniejszym od
zapałczanego. Wykonana z przezroczystego materiału błyszczała na
zgięciach. W czterech jej bokach znajdowały się prowadzące do wnętrza
cztery owalne otwory-włazy. Wewnątrz pustej przestrzeni znajdowała
się płaska czarka, wymazana resztkami burej emulsji.

I nic więcej wewnątrz nie było. Żadnych tam dźwiczek, zatrzasków,
opuszczających się podłóg, zębatych potrzasków czy innych atrybutów
pułapki. Tylko w jednym kącie leżało zapomniane przez kogoś
w pośpiechu drobne coś.

Tymek starannie odłożył pułapkę na stronę i zaczął czytać instrukcję
zaczynającą się od wielkiego napisu: ONSTUKCJA. Całość tekstu
stanowiła prawdziwe wyzwanie dla ludzkiego rozumu zakończone
dziwnym podpisem i tekstem: "Wykonano w USA, na licencji Stanów
Zjednoczonych, Tajwan".


Przedzierając się przez cudacznie złożone akapity Tymek stopniowo
ogarniał sposób działania. Okazało się, że ustrojstwo tak prawdę mówiąc
nie było żadną pułapką, a co najwyżej było karmidełkiem. Sądząc z rysunku
czarka wewnątrz na samym początku była napełniona czymś tam - czymś
tam. Owady wchodziły do środka zajadały się a na koniec jeszcze łakomiły
się zabierając ze sobą cząstki smacznego zapewne jedzenia. Nikt ich nie
powstrzymywał jak rozpełzały się po swoich gniazdach, po to by po
tygodniu jak głosiła instrukcja "wszystkie były wymarłe".

Na kolorowym obrazku do pułapki wchodziły rzędy mrówek
po to by po jej przejściu na ścianie i na tapecie być już do góry łapkami
co według chińskiego artysty schematycznie oznaczało, że "były wymarłe".

Tymek wyrzucił z plecaka książki, włożył do niego tylko zeszyt ćwiczeń
z chemii, narzucił na siebie kurtkę i wyszedł z domu. Tak w ogóle to
powinien w drodze na zajęcia poczytać co nieco z zeszytu, ale info o pułapce
takie zrobiło na nim wrażenie, że zagłębił się w zgoła inne rozmyślania.

Co każe mrówkom wchodzić do pułapki? Z instrukcji wynikało,
że skład pożywienia ma jakieś walory "przyciągające". Co twórcy
tego środka mieli na myśli? Na pewno samo jedzenie ich nie przyciąga.
Mają przecież tego po uszy na podłodze. Zapach samiczki? Mrówka
robotnica nie reaguje na samiczki. To w takim razie co je przyciąga?

Tak rozmyślając Tymek pokazał kontrolerce w metro bilet i wszedł
na ruchome schody. No ładnie, powiedzmy, że jest coś co przyciąga
mrówkę, która rzuca wszystko w kąt i lezie do pudełka. No i co,
wchodzi do środka a tam ze wszystkiego jest tylko jakieś podejrzane
jadło. Po co jej to jedzonko, kiedy i tak gdzie indziej ma go pod
dostatkiem? I czy na pewno nie jest dla niego podejrzany ten przezroczysty
domek, który tak się nagle pojawił i ta specjalna czarka w nim.

Nie, nie! Mrówka nawet o tym nie myśli skoro już tu jest. A więc jeśli
już jestto jedzenie to onaż mrówka się najada, a potem obładowana
pożywieniem zanosi je do siebie do domu i jeszcze ugaszcza wszystkich!

Czy stworzenie które zdolne jest znaleźć drogę w skomplikowanych
zakamarkach plastikowych ścianek może aż tak głupio kalkulować?
Ściśle rzecz biorąc stworzenia te niespecjalnie mają mózg, tylko jakiś
tam zwitek nerwów.

Tymek na moment zmartwiał, że może taką głupotę palnąć na egzaminie... .
Tak przecież to jest u robaków a mrówki oczywiście mają mózg. Maluśki
on jest i daleko mu do dwukilogramowego mózgu człowieka, ale jest.
Co by o niej nie powiedzieć mrówka to nierozumne stworzenie, we władzy
instynktów, sterowane bezlitosną ewolucją. Przeżywa mądrzejszy.

Tymek wyszedł na stacji Tretiakowska i rozejrzał się. Wokół całymi
rzędami stały handlowe ławy, a nad nimi na potężnych słupach był rozciągnięty
szklany dach pawilonu. Na samym szczycie ozdobiony herbem miasta pysznił
się dumny napis: "Pasaż Tretiakowski". Aż cicho gwizdnął ze zdumienia
pod nosem - ledwie miesiąc go tu nie było a jak wszystko uległo zmianie!

Kioski były i wcześniej, wyrastały jak grzyby i zmieniały się kolejno:
nagrywanie kaset przekształcało się w piwiarnię, potem w salon gier i aptekę,
po to by znowu stać się piwiarnią... . A tego szklanego dachu przedtem na
pewno nie było! I jeszcze ta nazwa: "Pasaż Tretiakowski". Pasaż oczywiście
był tutaj od zawsze, tyle że wcześniej za tamtymi kioskami, w przejściu koło
płotu.

Tymek odruchowo wciągnął powietrze. Wcale nie pachniało pasażem.
Pachniało wiosną, mimozą, piwem i dochodzącym nie wiadomo skąd ostrym
zapachem indyjskich chipsów.Tymek minął stragany ze szkłem, wypatrując
stoiska z gospodarstwem domowym. Znalazł je nie od razu - okazało się,
że takiego klasycznego z gospodarstwem domowym to tu nie ma.

Był za to kiosk zoologiczny, gdzie obok obroży i konserw dla kotów w witrynie
rzeczywiście leżał stosik pułapek na mrówki. Dokładnie takich jak te o których
mówiła mama, tyle że czarki w nich były napełnione po brzegi. Od razu kupił
pakiet złożony z dziesięciu pudełek, upchał je do plecaka i skierował się
do metra leniwie oglądając szeregi piw różnego rodzaju, hałdy kaset
i stosy książek.

Było głośno i Tymek nie od razu z tego szumu wyłowił akurat motyw, a kiedy
wyłowił go, to aż zamarł. Komu jak komu ale jemu nie trzeba było objaśniać
co to za melodia. Był to drugi utwór z ostatniego albumu grupy "Dagger Grew".
Tymek miał ten utwór już od pewnego czasu, ale o wiele przyjemniej było
usłyszeć tą ulubioną melodię właśnie tutaj, w takim nieoczekiwanym miejscu.

Kiosk z którego wydobywała się ta melodia nie był taki zwykły, szklane
okienko w nim nie było zastawione butelkami czy kwiatami. To nawet nie
był kiosk, tylko maleńki sklepik z ladą w środku. Za nią stały dwie
sympatyczne dziewczyny w wieku Tymka - no może o rok starsze -
w firmowych czerwonych bluzkach, szczebioczące coś między sobą.
Pachniało indyjskimi czipsami i wiosną.

Tymek pchnął szklane drzwi, chwilę przystanął na progu i wszedł do środka.
Szklane drzwi się zamknęły a wyżej, gdzieś nad uchem rozległ się dźwięk
dzwoneczka. Od razu zniknęły wszystkie szumy ulicy i gdzieś tam umilkła
muzyka, tak jakby albo utwór się skończył albo dochodziła ona z innego
kiosku.

Dziewczyny przerwawszy rozmowę zwróciły się do Tymka i jak na komendę
uśmiechnęły się do niego:

- Dzień dobry! W czym możemy pomóc?

Tymek przybrał poważną minę i nie spiesząc się rozejrzał wokół. Kiosk
okazał się dla niego najmniej interesującym ze wszystkich: perfumeria.
Nad ladą wisiały stelaże pełne wacików, szczoteczek do zębów, patyczków
do uszu czy zmywaczy. Wszystkie te szampony, wody kolońskie, szczotki
i mydła zwykle kupowała mama i Tymek nigdy nawet nie pomyślał skąd się
one biorą. Sprzedawczynie oczekująco patrzyły na niego i jakoś tak nieswojo
było mu odwrócić się jakby nigdy nic i odejść.

- Czy jest pasta do zębów? - głupio się zapytał. 
- Oczywiście, proszę podejść i zapoznać się z ofertą. - Dziewczyny jak
   na komendę wskazały rękoma na ladę.

Tymek podszedł. Rzeczywiście w oszklonej gablocie była cała kolekcja
firmowych past do zębów, ale niczego znajomego w rodzaju  ulubionej
"Perły" nie znalazł. Za to spojrzawszy na ceny, aż w myślach zagwizdał.

- A czemu tutaj nie widzę proszku do zębów? - zapytał pouczającym tonem.
- My tego artykułu nie prowadzimy. - odpowiedziała jedna z dziewczyn.
- A czemu aż tak źle? - powiedział z wyrzutem Tymek i przesadnie pokiwał
głową patrząc srogo na dziewczyny.

A te z przepraszającymi uśmiechami rozłożyły ręce. Tymek już miał się
dumnie oddalić, gdy zadał jeszcze na odchodnym pytanie:

- A to, co TO jest?

Na ladzie, tuż przed sprzedawczyniami stała wielka przezroczysta
skrzynka, pełna małych niebieskich rurek. Jak to się stało, że Tymek
jej wcześniej nie zauważył?

- To są próbki fito-szamponu "Celin". Proszę sobie wziąć. Dobry
jest na porost włosów, przeciwdziała ich wypadaniu, odżywia
komórki włosowe, nie zawiera sztucznych dodatków, przyrządzany
jest według starych recept z naturalnych ekstraktów traw wyrosłych
na zboczach Alp.
- Alp. - Tymek powtórzył mechanicznie, smakując eksplozywne słowo.
- A ile to cudo kosztuje?- zapytał.
- Proszę sobie wziąć. To są bezpłatne próbki.

Do szklanych okien kiosku zajrzało nieśmiało wiosenne słońce, promienie
zabłyszczały na pudełeczkach i flakonikach, a dziewczyny zamieniły się
w solidne sprzedawczynie. Nie ulega wątpliwości, że wszystko to był zwykły,
najzwyklejszy przypadek.

- Bezpłatne? - zapytał Tymek i jego głos drgnął.

Zamiast odpowiedzi sprzedawczyni wzięła dwie rurki i podała je Tymkowi.
Ten pięknie podziękował i schował je do kieszeni.

- A można dostać jeszcze ze dwie? - zapytał nieśmiało.
- A tak, ile pan zechce! - odpowiedziały mu coraz bardziej znajome
  sprzedawczynie.

Tymek ze spuszczonym wzrokiem zanurzył rękę w pudle i wyciągnął
pełną garść, starając się nie podnosić wzroku na ekspedientki. Wydawało
mu się, że się ciut zachmurzyły i instynktownie rozluźnił kurczowy zacisk
aż parę próbek upadło z powrotem. Starając się odwracać dłoń tak aby
nie było widać ile wziął Tymek doniósł rękę do kieszeni i kiedy ją rozluźnił
dopiero spojrzał na sprzedawczynie. Nie, w ich twarzach nie było niczego
nagannego. Obydwie zachęcająco uśmiechały się do Tymka, aż ten
pożałował rozluźnionej dłoni i upuszczonych próbek.

- Dziękuję paniom! Bardzo dziękuję!
- Nie ma za co! Proszę do nas zaglądać częściej!
- Dziękuję! A można będzie? Przyjdę! Dzięki!
- Wszystkiego dobrego! - powiedziały ekspedientki i... spojrzały po sobie.

Tymek otworzył drzwi i wyszedł na ulicę. Cicho zadźwięczał dzwoneczek
nad uchem i ze wszystkich stron otoczył go szum. Ktoś na kogoś krzyczał
ochrypłym głosem, gdzieś tam nawoływali by kupić gazetę i dowiedzieć się
całej prawdy o prezydencie, z kiosku po prawej rozlegały się elektroniczne
uderzenia bitów, a wrzaskliwy babski głos nadawał na jednej nucie, że
"un to tera z inno babo chodzi...".

Tymek odszedł nieco na stronę i zaczął przekładać niebieskie rureczki
z kieszeni do plecaka. Okazało się, za ma ich całe osiemnaście sztuk.
Kiedy spojrzał na zegarek zrozumiał, że na chemię to jest już spóźniony
o całe pół godziny. Zanim puścił się galopem po schodach do metra
jeszcze raz spojrzał na kiosk, przebiegle uśmiechnął się i i pomyślał,
że jutro, - jutro zaraz po szkole - koniecznie musi tutaj przyprowadzić
swoich.

sobota, 26 grudnia 2015

Korespondencja w sprawie "Sprzedawcy liczb losowych" (1575)























Szanowny panie Leonidzie, 

Dwa dni temu ukończyłem przekład jednego z najbardziej lubianych 
przez mnie Pańskich opowiadań. Tym utworem jest "Sprzedawca 
liczb losowych" . W tym utworze znalazłem wszystko to co tak podoba 
mi się w Pańskiej twórczości. Teraz chciałbym je pokazać moim przyjaciołom. 
Zależy mi na tym aby towarzyszyła temu bardziej szczególna oprawa.
- Ten utwór zasługuje na to!

Krótko mówić: proszę aby Pan napisał chociaż parę słów tytułem wstępu. 
Mamy sobotę wieczór, więc proszę się nie dziwić, że jestem 
w marzycielskim nastroju.

Z wyrazami szacunku

Obserwator Toruński

* * *

Szanowni Państwo,

Chociaż nie znam języka polskiego, przy pomocy Googla zrealizowałem 
swoje zamierzenie; mogę zwrócić się do Was w języku Mickiewicza 
i Słowackiego.

Tak, bardzo mi zależało na tym aby do moich polskich czytelników zwrócić
się właśnie w tym języku. Ostatecznie jest to język na który moje prace są
najczęściej tłumaczone, także i przez Obserwatora Toruńskiego. Cieszę się,
że wybrał do udostępnienia właśnie to opowiadanie! To jest jedna z tych krótkich 
historii w których chciałem zmieścić jak najwięcej z mojego widzenia świata. 
O tym jak wielką wagę przykładałem do tego opowiadania jest fakt, że 
pracowałem nad nim trzy lata.
...a teraz cieszę się, że po przetłumaczeniu na polski trafia do Was!

Pozdrawiam polskich Czytelników

Leonid Kaganow

* * *

Marzenia się spełniają! Dziękuję Panu za życzliwe słowa. Myślę, że w niedługim 
czasie Pańskie opowiadanie wraz ze słowem wstępnym pokaże się na ekranie 
"Obserwatora Toruńskiego". Traktuję je jako mój bożonarodzeniowy prezent 
dla moich internetowych przyjaciół.

Pozdrawiam serdecznie

Obserwator Toruński

PS. Mam nadzieję, że przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia i u Pana 
postępują sprawnie. U nas wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Jest wszystko 
co powinno być: prawdziwa choinka, kutia, bigos, makowiec, karp w galarecie 
i keks. O świeczki na choinkę (o które nawet i u nas trudno!) nie musimy się
martwić,bo zostały nam jeszcze z zeszłego roku.

Proszę przyjąć serdeczne życzenia i od nas:
Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia!

O.T.

wtorek, 27 stycznia 2015

Coza G_rzyby!? 2/2 (1492)

  • No... — Maruśka zmieszała się a mi się wydało, że ona na poważnie się przestraszyła.
  • Wczoraj on w Internecie pisał, zdjęcia zamieszczał, a potem do mamy dzwonił... .
  • Z niewoli? — nie poddawał się prowadzący.
  • Zdaje się, że z milicji... .
  • A co ma milicja do tego? A gdzie pozostali uczestnicy kontaktu?
  • Nie wiem... . - Maruśka już całkiem się zmieszała.
  • No to pięknie! - ogłosił prowadzący. - Nie mamy uczestników kontaktu, dziękuję ci Andźela. - I tak nasz następny bojow... . 
Prowadzący wyciągnął rękę i na ekranie pojawił się ten którego on znowu uważał za Romana.
Teraz i ja go zobaczyłem. Bojownik był młody i tłusty, ze śladami początkującego alkoholizmu na zaniedbanej, nieogolonej twarzy. Ubrany był w podły garnitur, ale nosił się dumnie. Twarz jego pokrywały kropelki potu – widać, że w studio panowało gorąco, ale marynarki nie zdejmował dla zasady, a może też krępował się wyblakłej koszuli, której fragment niechlujnie wystawał mu spod marynarki.
  • Nie jestem Roman. - powiedział z urazą. - I precyzuję, nie jestem też Sergiejem Łukianienko. Akurat go nie lubię. I żadnej z jego książek też nie. Ile bym go nie czytał to mi się nie podoba. I jego film też mi się nie podoba, choćbym nie wiem jak długo to oglądał. A już te jego poglądy które on wykłada w Internecie... .
  • Proszę przedstawić się naszym widzom. - uprzejmie acz zdecydowanie przerwał mu prezenter.
  • Nazywam się Mirosław Apożyn i jestem pisarzem science – fiction publikującym w Live Journal. Ostatnio wydałem dwie książki w wydawnictwie i zaraz tu je pokażę. - Grubas opuścił się na kolana i zaczął czegoś szukać pod ławką.
  • Oklaski dla pisarza proszę! - poprosił prezenter wykorzystując chwilową przerwę, po czym zręcznie przeskoczył okop stając przy jego drugiej, prawej stronie. - A teraz nasz główny gość, niezależny ekspert, znany na całym świecie profesor futurologii i socjologi, pierwszy człowiek który na serio zaczął zajmować się problemami wczorajszego Kontaktu, doktor Ernest Picol!
  • Nazywam się Michał i jestem jego webmasterem. - odezwał się muskularny młodzieniec w okularach. Doktor Picol jest w Paryżu ale ja jestem na bieżąco z jego pracami i sporo o nich mogę opowiedzieć. Obecnie wspólnie przygotowujemy witrynę internetową poświęconą temu kontaktowi: www.priletielo.ru.
Dało się słyszeć oklaski i kamera pokazała publiczność: w sali siedzieli studenci, młodzi chłopcy i dziewczyny, wszyscy w jednym wieku.
  • Dziękuję, - skwitował prezenter. - I tak, oglądamy talk-show pełen kontrowersyjnych opinii "Ogniowe granice"! Prowadzi Wadim Leonow! - I znowu zajrzał w papierek. 
  • Uczestnicy kontaktu i autorytatywni eksperci twierdzą, że przybysze są o wiele mądrzejsi od nas. Czy to jest możliwe? Jak państwo uważają?
  • Kretyństwo! - z przekonaniem powiedziała Swietłana Spasskaja i na ekranie pojawiła się jej twarz w dużym zbliżeniu.
  • Argumentować proszę! - zaczepnie zaproponował Wadim.
  • Nas stworzył Bóg – zaczęła objaśniać Swietłana Spasskaja - na obraz i podobieństwo swoje. To co on, jest głupszy od przybyszów? Tak więc przybysze nie są mądrzejsi od nas a głupsi. To  jest to samo co twierdzenie, że kobiety są głupsze od mężczyzn. A w czym jesteśmy głupsze? No  w czym? Kobiety też mają swój rozum! I wcale nie jesteśmy gorsze. Jestem piosenkarką, ale do  szaleństwa wprost, nierozumnie nawet lubię logarytmy! Jeszcze z czasów szkolnych, z lekcji  informatyki. - Zamilkła i dumnie zadarła głowę w hełmie.
  • Oklaski proszę dla pani Swietłany Spasskiej, która kocha logarytmy! - uroczyście zaproponował prezenter i sala zaklaskała.
  • A jakie logarytmy pani lubi? Naturalne?
  • Co? - piosenkarka najeżyła i się i fuknęła. - Oczywiście, że naturalne, bo można powiedzieć, że... .
  • Tak, - powiedział prezenter i odwrócił się do Michała. - A co powie nasz ekspert e-e-e-
    webmaster?
  • Doktor Picol - odezwał się Michał – uważa, że Przybysz jest mądrzejszy od człowieka o wiele 
    razy, do tego stopnia, że my dla niego jesteśmy tylko stadem zwierząt. Dlatego trudno nam pojąć motywy jego działania. 
  • Co to za głupota? - sprzeciwiła się Swietłana Spasska i rozkazująco podniosła do góry palec, którego paznokieć pomalowany był w jadowitą czerwień. - My nawet nie znamy logarytmu jego działań. On ma jakiś tam logarytm zachowania się, czyż nie tak? My na razie nie możemy się w nim rozeznać.
Prowadzący zgadzając się pokiwał głową.
  • A tak w ogóle – ciągnęła Swietłana, - to proszę mnie usprawiedliwić, ale ja tego cosia zdejmę.
I ściągnęła hełm z głowy.
  • Nasza nieustraszona dama, - skrzywił się prowadzący, - gotowa jest pójść do boju bez ochrony! Oklaski!
Wymachując zadkiem znowu przeskoczył zaimprowizowany okop.
  • Dziękuję, a teraz głos mają przeciwnicy po drugiej stronie naszej barykady! - ciągnął dalej. - I 
    tak, ognia! E-e-e-e! A pani jak uważa? 
  • To już mogę mówić? - bojaźliwie zapytała się Maruśka, prezenter kiwnął potakująco głową i ona szybko-szybko zaczęła: 
  • Dokładnie to nie pamiętam, ale było coś takiego, że mój brat pisał wczoraj w swoim internetowym dzienniku, że przybysze rozmawiali bardzo szybko. Znaczy się terkotali. Ja też mogę terkotać i każdy może, więc o co tutaj chodzi? 
  • Dziękujemy za pani zdanie! - prowadzący kiwnął – A co o tym myśli nasza fantastyka? 
  • Fantastyka myśli, że przybyszów trzeba pozabijać, - bez cienia humoru powiedział Mirosław Apożyn. Trzymał w rękach dwie pstrokate książki i co raz to usiłował pokazać je kamerze, ale wyglądało na to jakby chciał się nimi zasłonić od niewidzialnego wroga. 
  • Nasi przodkowie 
    zlikwidowali neandertalczyków. Konkwistadorzy podbili Hindusów. To jest jedyny wybór. Dwie 
    rozumne rasy nie mogą jednocześnie egzystować, silny zawsze zniszczy słabego. A ja nie chcę, aby moja rasa okazała się słabszą. Przypomnijmy sobie "Wojny światów" Wellsa,  kiedy to przybyszów nie zabito  od razu i ono wyleźli i zniszczyli ziemian. Albo choćby i u Strugackich był przecież "Żuk w mrowisku", kiedy to specnaz w końcu zabił pozaziemskiego  zwiadowcę zwyczajnie, tak na wszelki wypadek aby nie ryzykować ludzkością. I autorzy uważają ten postępek za uzasadniony i naturalny. A pamiętacie ile napisano książek na temat inwazji obcych najeźdźców, zguby ludzkości i kosmicznych wojen? A film "Drapieżnik"? A "Dzień Niepodległości"? "Coś", "Mars atakuje", "Ludzie w czerni"? Jaki tu może być kontakt, żartujecie sobie? A może jeszcze zaproponujecie elfom i orkom aby wymieniały się technologiami? Akurat wczoraj wieczorem na forum o tym szła rozmowa. Nie-e-e! Przybysza trzeba od razu walnąć w łeb póki się jeszcze nie zadomowił i nie rozpostarł skrzydeł. I to tak, aby oni na długo jeszcze nie odważyli się tu do nas wtykać swoje nosy!
Publika posłusznie zaklaskała.
  • A to nieoczekiwany punkt widzenia, - ciągnął prezenter. - Powiedziałbym ogniowy! Znaczy się, że w książkach które sam pan pisze to raczej nie ma przyjaźni między przybyszami z obcych planet a ziemianami?
  • Ja piszę fantastykę – w natchnieniu odpowiedział Mirosław Apożyn i znowu zamachał książkami.
I w tym momencie drzwi do mojego pokoju się otworzyły i na progu pokazała się kobieta w fartuchu. 
  • Panie Romanie, mam nadzieję że pan odetchnął i może pan przejść badania lekarskie. Proszę 
    pójść za mną. - Badania ciągnęły się długo, najpierw przeciągnęli mnie przez rożne gabinety, 
    wypytywali, puls mierzyli, brali krew z żyły, nie wiadomo po co zrobili mi rentgen... . Wszystko to zrobiło na mnie wrażenie, że oni nie tyle martwili się o moje zdrowie, ile o to czy Przybysz nie zostawił mi czegoś tam w organizmie; jakichś znaczników albo czujników.
*     *     *
Objąłem Marusię i zwichrzyłem jej rudą grzywkę.
  • A mama nie przyjechała?
  • Chciała, - kiwnęła Marusia – ale podskoczyło jej ciśnienie. 
  • A ty kiedy do domu wrócisz?
Pytająco spojrzałem na damę w białym fartuchu, która siedziała w rogu pokoju, przydzielonego na spotkanie z krewnymi. Jak zdążyłem się zorientować dama miała na imię Tamara i była profesorem psychologii. Tamara rozłożyła ręce.
  • Maruśka, my pracujemy, - odpowiedziałem. - Z Jurijem, Pawełkiem i Lidką. Wszyscy są tutaj. 
    Widziałem ich dzisiaj. Musisz to zrozumieć, taka to sprawa, jedyny jak dotąd Kontakt. Oprócz 
    nas nikt nie opowie, to i przeprowadzają z nami rozmowy, każą nam przypominać sobie... .
  • A ja w telewizji na zdjęciach byłam! - pochwaliła się Maruśka. 
  • Ja to widziałem. - uśmiechnąłem się.
  • To jak to? Masz telewizor? 
  • Oczywiście, że mam! A co ja w więzieniu siedzę? 
  • No a ja? - zapytała się Marusia. 
  • Doskonale - odpowiedziałem. - A jak tutaj trafiłaś? 
  • Do ciebie dzwonią przez całą dobę od tego czasu jak w wiadomościach pokazali twoje notki ze zdjęciami. Niemożliwie prosto! Przychodzi mi i mamie odpowiadać. I tak poprosili mnie do telewizji. I co, jak wyglądałam? Tam na głowy nam takie kretyńskie hełmy pozakładali... .
  • Dobrze wyglądałaś – skinąłem. - Ale ci pozostali... to jakieś potwory zebrano! No był jeszcze jeden możliwy do przyjęcia, no ten webmaster. 
  • Miszka? Tak, on mi się bardzo spodobał. - Nieśmiało potwierdziła Marusia. - Oni z doktorem 
    Picolem witrynę robią. www priletielo kropka ru. 
  • Posłuchaj, a kto to taki ten Picol? 
  • A czego nie wiesz? - Zdziwiła się Marusia. - Przecież jego cały Internet cytuje, to jest bardzo 
    mądry gość, profesor z Francji, doktor socjologii na poziomie laureata nagrody Nobla. Zajmuje się problemami kosmitów.
  • A o czym jeszcze w Internetach gadają? - Kątem oka spojrzałem na Tamarę: oni do tej pory nie wiedzieli, że mam palmtopa. I wypowiedziałem bezgłośnie samymi ustami: 
  • Ładowarkę przyniosłaś? 
  • Aha! - Marusia potwierdziła konspiracyjnym tonem. Sięgnęła do torby i wyjęła woreczek z pomarańczami. Pośród pomarańczowych kul mignął czarny kabelek.
  • A ty nie masz Internetu, - wyraźnie i głośno powiedziała Maruśka i mrugnęła do mnie.
  • No nie mam, bo przecież skąd bym miał go mieć? - głośno potwierdziłem.
  • No to sobie popatrz sobie, co za zabawną sztukę żelazkiem tobie przykleiłam.
I wyjęła białego T-shirta uroczyście rozkładając go przede mną. Pośrodku koszulki pysznił się wydrukowany, wyblakły kwadrat z obrazkiem, z lekka zażółcony wskutek niewprawnego posłużenia się żelazkiem.
  • Widziałeś? Cały Internet rży! - zachichotała Maruśka.
Pakiet z pomarańczami wsunąłem głębiej pod pachę i wziąłem koszulkę dwoma rękami za ramiączka. Na obrazku, niczym niewprawną dziecięcą ręką narysowany był czarny spodek statku – dosyć podobny do oryginału, ale nie wiadomo dlaczego na kurzych łapkach. Z statku wyglądał obcy, skrzynka z oczami i uszami. Obok na tylnych łapach siedział ciężki kot w wielkich wojskowych buciorach i w obydwu łapach trzymał koszyk z bombami, które wyglądały jak kule bilardowe z knotami. Nad kosmitą był niestaranny napis: "Coza G_rzyby?!" a nad kotem wisiał napis: "28 jądrowych".
  • A do czego to? - zapytałem zdumiony.
  • Do obśmiania. - zachichotała Maruśka.
  • ...ale o co chodzi? 
  • No, przychodzi taki kot, a u niego zamiast grzybów bomby. Pytają się go: a co to za grzyby? A 
    on zapodaje, że dwadzieścia osiem jądrowych! Maruśka szeroko zamachała rękoma, pokazując 
    kształt ni to grzyba jądrowego, ni to koszyka. Popatrzyłem na nią. Na jej twarzy panowała niepodzielnie sama radość. 
  • Zrozumiałem, - powiedziałem dobitnie. - ...ale jaki w tym jest sens? 
  • Romek, a co ty taki tępy? - Rozzłościła się Maruśka. - A jaki tu jest potrzebny sens? Sens to jest 
    w Encyclopædia Britannica. A tutaj jest po prostu żart. Przychodzi kot, jasne? Taki z bombami. 
  • To śmieszne, że kot jest w butach. Po lesie sobie szedł. No coś jak ty. A tu latający spodek. Obcy 
    do niego: Co masz za grzyby? - Maruśka znowu się zaśmiała i powtórzyła rozkoszując się: Co za 
    grzyby! Dwadzieścia osiem jądrowych, oto co za grzyby! Krótko mówiąc masz: cały koszyk dla 
    ciebie! Ho! Ho! Tylko nie pękaj kiedy zobaczysz co to za grzyby!
Uprzejmie zamilczałem nie wiedząc co powiedzieć, a potem precyzyjnie zapytałem:
  • Kot je w lesie nazbierał?
  • Kogo? - zmieszała się Maruśka.
  • No, te bomby... .
Maruśka z oburzeniem nabrała powietrza i zrobiła kółko palcem na czole. Tamara w kącie uprzejmie kaszlnęła.
  • No dobrze, - skinąłem szybko i zwinąłem t-shirta wciskając go do kieszeni. - Na mnie już czas. 
    Mamy teraz zaplanowaną sesję i wszyscy tam musimy być, nasze zdanie wydaje się być ważne.
  • Dzięki za pomarańcze! 
  • OK, trzym sie! - Maruśka pomachała mi dłonią, odrzuciła rudą grzywkę i wyfrunęła z pokoju.
* * *
A na sesji nikt się o nasze zdanie nie dopytywał. A i my z własnej woli nie zakłócaliśmy spotkania – siedzieliśmy w tylnym rzędzie. Z wystąpienia wynikało, że rejon lądowania należy odizolować kordonem, bo zaczęły w tamtą stronę zmierzać "jakieś niesłychane tłumy ludzi", jak się wyraził jeden z pułkowników. Kosmita nie nawiązywał kontaktu, - wprost przeciwnie, w kierunku zbliżającej się grupy zazionął ogniem. Jeśli dobrze zrozumiałem – to nie to, że on ogniem strzelał! Nie, nikt nie był poszkodowany. Po prostu dwa razy wypuścił kłęby ognia, kiedy tylko próbowali podejść.

Ostentacyjnie wymieniliśmy się spojrzeniami z Jurikiem i Pawełkiem – wygląda na to, że i nasze spotkanie mogło się tak skończyć. Podczas wystąpienia wspomniano i doktora Picola i jeszcze jakichś tam analityków, no i jeszcze że trzeba dołożyć wszelkich starań. Mówili o niepokojach w mieście – przeszedł jakiś tam spontaniczny marsz protestu. W tym miejscu pokazali parę zdjęć z projektora. Oczywiście, że śmieszne. Młodzież pozakładała na głowy skrzynki, a wielu z nich niosło w rękach kartki z napisem "Coza G_rzyby?! –  Dwadzieścia osiem jądrowych!". A starzy jak zwykle; "Precz z państwem policyjnym". Krótko mówiąc naród się weseli.
  • "Co to za grzyby? - cały czas w zamyśleniu mruczał sobie pod nosem jeden z pułkowników siedzących wśród nas i to już było szczególnie śmieszne.
Kiedy spotkanie się zakończyło i wszyscy wstali ten tak wściekle popatrzył na mojego T-shirta, że chcąc nie chcąc poczerwieniałem.
Pod nadzorem Tamary nakarmili nas na kolację w miejscowej stołówce, jeszcze trochę posiedzieliśmy i rozeszliśmy się, bo wszystkim nam chciało się dziko spać. Pomyśl sobie, już drugą dobę ciągnęła się ta historia i naprawdę nie było kiedy pospać.
Telewizor w moim pokoju ciągle jeszcze chodził, bo zostawiłem go włączonego, ale szło w nim jakieś byle co. Poskakałem po kanałach: na ekranie pojawił się jakiś umundurowany typ z wielkimi
szczękami. Stał na tle lasu i gwałtownie przemawiał do mikrofonu, który wyciągała do niego dziennikarka.
  • Sytuacja na obecny moment. Pod kontrolą. Tak można powiedzieć. Dzięki sprawnym działaniom odpowiednich służb. Siłami 19 batalionu milicji. I sto pięćdziesiąt pierwszego. Rejon oddzielono od gapiów. I różnych takich niepotrzebnych elementów. Na miejscu przyziemienia pracują stosowni uczeni. I odpowiedni wojskowi. 
  • Znaczy się obiekt kosmiczny rzeczywiście wylądował? I to nie jest żaden wymysł? 
  • Nie mogę dać takiej informacji. 
  • Mówią, że rozum Obcego zdecydowanie przewyższa nasze możliwości. Czyż nie tak? 
  • Nie jestem gotowy aby to skomentować. Na razie jesteśmy w trakcie pracy, działają uczeni działają wojskowi. Przewyższa czy nie przewyższa – proszę wybaczyć, ale z tym do wróżki. A my działamy, ot co.
Wyciągnąłem kabel zasilania telewizora z gniazdka i podłączyłem ładowanie palmtopa. Zdjąłem spodnie, koszulkę i zwaliłem się na łóżko. Kot wyciągający koszyk obiema łapkami czegoś przypominał mi Maruśkę, która właśnie podawała mi torebkę z pomarańczami.
  • Coza G_rzyby!? - powiedziałem na głos i mruknąłem. - Ot i kurczę, ludzie nie mają co robić.
  • Coza G_rzyby!? Hi! Hi! Wymyślić taką głupotę... .
Obudziła mnie burza za oknem w środku głębokiej nocy. Nie czułem się wyspany, ale i tak nie mogłem zasnąć. Pomyślałem żeby się trochę przespacerować po budynku, może i dojść do stołówki, która może jest czynna całą dobę? Herbatki by się napić, ale... drzwi okazały się zamknięte od zewnątrz.
Wziąłem prysznic i włączyłem palma. Maile od znajomych ładowały się tak długo, że w końcu zdecydowałem się wyłączyć z nich wyświetlanie się obrazków. Odniosłem takie wrażenie, jakby każdy w Internecie uważał za swoją powinność wstawić tą kretyńską frazę "Coza G_rzyby!?" do swojego bloga. Bardzo chciało mi się napisać w moim dzienniku o tym, że z nami wszystko w porządku, współpracujemy z komisją jako główni świadkowie w sprawie kontaktu z kosmitami. Jednakże takie info oznaczałoby, że sprawa się wyda i odbiorą mi palmtopa. Ograniczyłem się tylko do tego, że wysłałem parę prywatnych maili a potem po prostu połaziłem po Internecie, aż w końcu trafiłem na www.priletielo.ru.
I tutaj rządkiem wisiały te same grafiki – przyszło odłączyć obrazki w ogóle i dopiero wtedy można było zobaczyć co to tam nowego w Necie. Okazało się, że nie są to już te przenudne rzeczy których się obawiałem, ale i też nic nowego. To były moje własne zdjęcia statku kosmicznego które pokazałem na blogu tuż po kontakcie. Poryłem jeszcze w portalu, ale znalazłem tylko drugi artykuł dr  Pikola, ten sam który przeczytałem rano. Gdy pod spodem zauważyłem jego adres poczty elektronicznej, który już czytałem rano postanowiłem napisać do niego maila. 

"Szanowny Panie Doktorze, - napisałem. - Zdaję sobie sprawę z tego, że do Pana przychodzi tysiące 
listów, a tutaj piszę do pana ja, człowiek który nie może się nawet przedstawić. Nie wolno mi  tego 

zrobić, ponieważ jestem jednym z uczestników Kontaktu. Z przyjemnością czytam Pańskie artykuły, są 
wyważone. I coraz bardziej przekonuję się w tym, że to o czym Pan pisze szybko staje się 
rzeczywistością. Niemniej jednak mam parę uwag. Po pierwsze wcale nie zginąłem – jak Pan łaskawie raczył był napisać – i nikt też mnie nie ukrywa: dobrowolnie współpracuję z naukowcami. 
A teraz dalej. Zgadzam się z Pańską tezą, że Przybysze są daleko bardziej rozumni od nas – mówią o 
tym fakty z którymi nie można się spierać. Także się zgadzam z tym, że nie jesteśmy w stanie pojąć 
motywów Obcego. Niemniej jednak – osobiście w stosunku do nas, znaczy się do mnie i przyjaciół – 
odnosił się przyjaźnie. Po prostu zainteresowany był jakimiś tam rzeczami i o nie właśnie pytał. Tak by postąpił każdy Obcy na jego miejscu. A po czym Pan poznał, że Obcy zechce przechwycić władzę na ziemi? A po co to jemu? Skąd te strachy i skąd się one wzięły? No, nie chciał nawiązywać z innymi 
kontaktu to i pognał ogniem parlamentarzystów. A szkody przecież nikomu nie wyrządził! Jak by chciał komuś zaszkodzić to by go na popiół! Prawda? Po prostu On jest i uczy się nas. 

A to co się dzieje z ludźmi to mi się nie podoba. Dzisiaj oglądałem program telewizyjny i tam jeden 
kretyn krzyczał, że Obcego należy zabić póki jeszcze nie jest za późno, powołując się na debilne  filmy i książki. Nie wiem jak tam u was w Paryżu, ale w Moskwie przeszła demonstracja idiotów z plakatami "Coza G_rzyby!? – 28 jądrowych". Jeśli nie jest pan na bieżąco proszę poszukać  w Internecie ten kretyński obrazek, na którym kot w butach przynosi Przybyszowi bomby. Jako zdanie wybitnego socjologa interesuje mnie Pański komentarz. Dlaczego ludzie tak reagują na Przybysza?

- Z poważaniem pozdrawiam czekając na odpowiedź.

Chwilę potem wysmażyłem krótkiego maila do Marusi z pytaniem: Jak tam mama? Bo ze mną 
wszystko w porządku, tylko pracy sporo i niech raczej będzie dumna z powodu swojego syna niż 
nerwowa. Wysyłając go zauważyłem już odpowiedź od doktora Pikola:

Dobry wieczór panie Romanie, - napisał Ernest Pikol. - Dziękuję za pański list! Postaram się 
odpowiedzieć na postawione pytania. Pyta pan dlaczego taka reakcja na Obcego? Nasze  społeczeństwo na każde znaczące wydarzenie nieuchronnie projektuje swoje strachy i kompleksy. Kiedy z pańskich słów świat dowiedział się o intelektualnej wyższości Przybysza, to nieuchronnie wywołało efekt nieprzyjęcia.

Niestety nie jesteśmy gotowi aby uznać ten fakt. Ludzkość nigdy do tego się nie przyzna i będzie 
upierać się do dostatniego przy swoim. Jak sprawiedliwie zauważył jeden z uczestników audycji do 
której Pan się odwołuje – większa część produkcji artystycznej – kino, seriale, książki – od dawna 
wychowuje nas w idei wojny z Przybyszami. Koncepcja bitwy z Obcym ma jeszcze bardziej głębokie 
korzenie niż nam się wydaje, ona wywodzi się z samych początków ludzkości. To pierwotny odruch 
warunkowy który otrzymaliśmy od zwierząt. Faktycznie wszyscy jesteśmy potomkami tych plemion które z podejrzliwością odnosiły się każdego obcego i w dowolnej chwili gotowi byli dać im stanowczą odprawę. 

Plemiona które nie bały się obcych, ze zrozumiałych względów nie dożyły naszych czasów. Nie ma się 
więc czemu dziwić że w kręgach nastawionych radykalnie, a szczególnie już pośród młodzieży, 
pojawiają się agresywne wezwania, obrazki i slogany. Mamy tutaj do czynienia ze zbiorową 
niepoczytalnością. Na szczęście to jest pogląd nie całego społeczeństwa a tylko nikczemnego procenta marginałów, którego to stanowiska nie podzielają bardziej rozumne kręgi społeczne.
We współczesnym Internecie agresywna reakcja pojawia się z dowolnego powodu i wydarzenia. Na 
szczęście ta indywidualna agresja nie ma nic wspólnego z polityką państwową, która kontroluje 
wydarzenia. Niemniej jednak (jak niedawno pisałem w jednym z artykułów) decyzje państwowe mają 
charakter infantylny i kompromisowy. Taka radykalna decyzja jak atak może na szczeblu państwowym pojawić się tylko wtedy gdy sytuacja okaże się bez wyjścia, będzie patowa lub na jedną kartę będzie postawione wszystko i zwlekać nie będzie można. 

Gdzie tu jest widoczna taka sytuacja? Osobiście takiej sytuacji nie widzę, dlatego, że obcy nie atakuje. A nawet jeśli on przygotowuje atak, my nic o tym konkretnego nie wiemy i brak nam powodów do uderzenia wyprzedzającego. Śmiało mogę przekonywać, że nasze społeczeństwo nie jest zdolne dzisiaj oficjalnie odpowiedzieć Przybyszowi agresją, a już na pewno nieumotywowaną. A na dodatek wypada skonstatować, że nie mamy efektywnej broni przeciwko Obcemu. Nasz arsenał wojenny nie jest odpowiednio nowoczesny, bo właściwie jaką bronią dysponujemy? Faktycznie, wszystko co mamy to te przesławne rakiety jądrowe. 

Jeśli założymy, że statek Obcych może zostać zniszczony naszą rakietą jądrową (albo też ich dużą ilością wysłaną z różnych kierunków – to mamy podstawę, aby założyć, że zniszczyć się go nie uda. Proszę 
samemu rozważyć: czyż pozaziemski statek mógłby odbyć tak długą kosmiczną podróż nie posiadając 
na pokładzie współczesnego systemu obrony przed meteorytami i innymi obiektami balistycznymi? 
Zakładanie, że ta ochrona nie zadziała w wypadku ataku rakietowego, myśleć o tym, że nie będą umieli wykryć naszych rakiet i je zniszczyć to stanowisko po prostu jest skrajnie bezrozumne. A co będzie dalej? 

Odpowiedź Przybysza na podobną akcję może okazać się śmiertelnym ciosem dla ludzkości. Jeśli

intelektualna przepaść między Obcymi a Ludźmi jest taka jak między ludźmi a zwierzętami to Obcy
będzie się zachowywał tak jak ludzie postępują w stosunku do agresywnego stada drapieżników, wytępi całe pogłowie. 

Mam nadzieję, że Pan to doskonale rozumie i beze mnie. I dlatego jestem gotowy z Panem założyć się 
o dowolną sumę, że prawdopodobieństwo tego, iż władze zdecydują się na atak jądrowy jest równe zero. Jednak jeśli mówić o agresji to obawiałbym się czegoś innego. A dokładnie – pretensji do Rosji, ze strony pozostałych państw atomowych, które będą obawiać się niedopilnowania ich własnych interesów.

Nieobecność oficjalnej informacji o przebiegu kontaktu (co do faktu którego nie ma żadnych

wątpliwości) może zostać uznane przez te państwa za próbę ukrycia czegoś ważnego. Co najmniej taka sytuacja widoczna jest na dzisiaj w prasie francuskiej i amerykańskiej. Jestem przekonany, że 
w najbliższym czasie spotkamy się z problemami poważnych napięć międzynarodowych.
Zamyśliłem się i zabierałem się już do napisania odpowiedzi, ale znowu zachciało mi się spać i klejące się powieki przypominały o wczorajszej bezsennej nocy w milicyjnej małpiarni. Śniło mi się, że idę po lesie w butach i w ręku niosę koszyczek z pomarańczami. I śpiewam jakąś to – tak mi się wtedy wydawało – dziko śmieszną piosenkę z refrenem "Coza G_rzyby!?". 
Obudził mnie własny chichot, ale ni piosenki ni refrenu nie mogłem sobie przypomnieć. Przewróciłem się na drugi bok, gdy wtem usłyszałem stukanie do drzwi. Spojrzałem na zegarek – była ósma rano. W biegu naciągnąłem spodnie i poskakałem do drzwi. Za nimi stała Tamara w tym samym fajnym białym fartuchu.

  • Panie Romanie, sytuacja się zmieniła. – powiedziała – Proszę aby pan zabrał ze sobą wszystkie

    swoje rzeczy. Helikopter już czeka.
  • Helikopter? Znowu? A co się stało? - najeżyłem się. - Przybysz zaczął działać?
  • Z przybyszem nic nowego. To dotyczy pana osobiście: ludzie z rządu chcą z panem rozmawiać.
  • Oho! - tylko tyle zdążyłem powiedzieć.
  • Proszę zabrać wszystko, - przypomniała Tamara.
* * *
W helikopterze leciałem z urzędnikami jakiejś wysokiej rangi. Jurija, Pawełka i Lidki nie było, bo albo lecieli w drugim helikopterze, albo zagadkowe kierownictwo wzywało tylko mnie jednego. Po drodze, mimo huku maszyny zdołałem się zorientować, że Przybysz jednak zaczął działać.
  • Poprosił u Amerykanów o azyl polityczny i wyemigruje do Nevady – pożartował jeden z nich. - Wygląda na to, że informacja dotarła do Amerykanów, bo nasza partia opozycyjna wezwała
    całą ludność, aby przyjechała na Rzekę Niedźwiedzią na mityng. - Moi towarzysze podróży
    jeszcze mówili coś o ewakuacji regionu i o jakiejś tam cysteaminie. Jeden z nich ciągle ubolewał nad tym – i klął jak szewc – że do strefy przywieźli zbyt mało cysteaminy i jeśli naród dostanie dawkę to prezydent zdejmie go ze stanowiska. 
Wyglądał na to, że helikopter przechwycili porywacze tak surowe mieli twarze. Po wylądowaniu od
razu oddzielili mnie od pozostałych, posadzili do auta z przyciemnianymi szybami i pomknęliśmy na
sygnale, w błysku migoczących lamp. Pół godziny później znalazłem się za polerowanym stołem w
wielkim krześle obitym skórą. Trójka siedziała przede mną. Nie widziałem ich nigdy w telewizji, ale
na pewno to były bardzo ważne persony.
Przedstawił się mi tylko jeden z nich, niemłody człowiek o przenikliwym wzroku.
  • Iwan Piotrowicz – powiedział i wyciągnął na przywitanie rękę. 
  • Roman – odpowiedziałem i nie wiadomo dlaczego dodałem. - Także Piotrowicz. Roman Piotrowicz. 
  • Tak, panie Romanie. - zaczął. - Po pierwsze, w imieniu rządu chciałbym panu podziękować za nieocenioną pomoc jaką nam pan okazuje i współpracę. A teraz poproszę o pańskiego palmtopa... .
Poczerwieniałem. 
  • Panie Romanie, - z naciskiem powtórzył. - Proszę nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Tylko proszę wyciągnąć swojego palmtopa i położyć go na stole. Nie, nie mi. Tylko na stole. O, tak. Dziękuję.
  • Proszę wybaczyć – wymamrotałem. - proszę nie myśleć, że ja... . 
  • Nie trzeba się usprawiedliwiać, - podniósł rękę. - Pana, panie Romanie nikt o nic nie obwinia. 
  • Jeśli dotąd nie zabrano panu tego urządzenia to znaczy, że tak właśnie trzeba było. Jeszcze raz powtarzam: jesteśmy wdzięczni za współpracę i to, że i w przyszłości nasze prośby będą wypełnione. 
  • Uspokoiłem się i kiwnąłem w rozumieniu głową. Ta sytuacja działała mi na nerwy, tak samo jak ten gabinet i te kamienne twarze.
  • Teraz proszę otworzyć pismo od dr. Pikola. - ciągnął Iwan Piotrowicz. 
  • Co takiego? - ocknąłem się. 
  • Powtarzam, proszę otworzyć list od dr. Pikola. Proszę zrobić to co mówię, nie denerwować się i nie dopytywać. 
  • Panie Romanie, proszę to zrobić, to ważne. - nieoczekiwanie wydał z siebie głos jeden z tych co siedzieli dalej. Znalazłem maila i i otworzyłem go w grobowej ciszy. 
  • Teraz proszę napisać odpowiedź. - powiedział Iwan Piotrowicz, i w jego rękach pojawił się notes. 
  • Komu nam odpowiedzieć? Doktorowi Pikolowi? - zdziwiłem się.
  • Tak, właśnie jemu, doktorowi Pikolowi. Proszę pisać: dyktuję. "Dzień dobry, doktorze Erneście  – znak zapytania. - Zmarszczyłem się. 
  • A co nie można tak po prostu: "Doktorze Pikol"? - Kiwnął głową. 
  • Dobrze, proszę pisać tak jak pan sam by napisał.
  • Napisałem, co dalej? Spojrzał w mojego iPoda, sprawdził i ciągnął dalej. 
  • Dziękuję panu za szybką odpowiedź.Mam kilka poważnych zastrzeżeń i parę myśli, które chciałbym z Panem omówić. O tym jednak napiszę później. Obecnie my z grupą uczonych... . 
  • Wolniej proszę, - usprawiedliwiłem się. - Nie nadążam. ...z grupą uczonych... . Tak, co dalej?
    ...z grupą uczonych przyjeżdżamy do statku. Robimy to aby przynieść Przybyszom do stopni
    ich statku starannie wybrane... . 
  • ...starannie wybrane...
  • ...starannie wybrane przykłady naszej kultury i sztuki... 
  • Wszystko. Proszę wysyłać!
Podniosłem na niego zdziwiony wzrok.

  • Panie Romanie, proszę wysyłać! - z uporem powtórzył.

Wzruszyłem ramionami i nacisnąłem przycisk "Wysyłka".
  • Co dalej? - zapytałem się.
  • Teraz poczekamy. 
  • A co w rzeczywistości... .
Zakończyć mi nie dali, bo do sali wszedł młody porucznik.
  • Wysłano! - wypalił od progu.
Urzędnicy polityczni podnieśli się i wyszli z porucznikiem. W gabinecie został ze mną tylko Iwan
Piotrowicz. Obszedł stół i usiadł w krześle naprzeciw. Splótł swoje żylaste palce i spojrzał na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem, - nawet nie na mnie - a przeze mnie.
  • Tak to jest, panie Romanie – krzywo się uśmiechnął. - Posiedzę sobie tutaj z panem jeszcze
    jakiś czas. Chyba nie ma pan nic przeciwko temu? Na wszelki jak to się mówi wypadek. Może
    znowu będzie potrzebna pańska pomoc. A palmtopa proszę uruchomić i położyć przed sobą. Jeśli tylko przyjdzie odpowiedź proszę mnie o tym poinformować.
Kiwnąłem głową i nastąpiła cisza.
  • "Coza G_rzyby!?" tak młodzież mówi? Tak? - uśmiechnął się niewesoło.
Dopiero teraz do mnie zaczął docierać sens tego co się wokół mnie dzieje.
  • A wy co... . - powiedziałem poruszony. - Wy... go, wy podjęliście decyzję żeby go wysadzić?
W zmęczeniu pokiwał potakująco głową.
  • Mam nadzieję, że pan, panie Romanie Piotrowiczu sam doszedł do tego kim jest doktor Pikol? 
  • To on jest... ? - byłem oszołomiony i teraz już sporo rzeczy mi się wyjaśniło. 
  • Francuz, który w rejonie Rzeki Niedźwiedziej wchodzi do Internetu poprzez sieci 
    społecznościowe. A co pan panie Romanie pomyślał sobie, że ludzie to idioci, tępe stado?  
  • No..., a niechby i tak było, Ale dlaczego zaraz zniszczyć go? Przecież on nie zrobił nam nic 
    złego?
  • Tego nie zrobił ani panu ani pańskim kolegom, - westchnął Iwan Piotrowicz. - Za to doktor 
    Pikol zdążył w ciągu 48 godzin podnieść za uszy cały Internet, posprzeczać wszystkie partie 
    polityczne, wytrząsnąć cały ten brud, rozdać cudzymi rękami stosy łapówek stojąc na czele 
    lobbingu dążącego do międzynarodowego konfliktu. Próbował wodzić nas za nos i jeszcze się 
    tym głośno chwalił. - Gorzko uśmiechnął się. - Proszę pomyśleć panie Romanie, czy wyższy 
    rozum będzie się chwalił przed stadem zwierząt? Tak więc trzy tuziny ładunków atomowych 
    będą za to właściwym rewanżem. Nie należy się chwalić, nie doceniać przeciwnika i być nazbyt 
    pewnym siebie.
  • Czyście powariowali? - spytałem rozumując, że już niczego nie można zrobić. - Przecież on 
    odpowie! 
  • On odpowie! Człowiek na którego napadły tępe drapieżniki wytępi całe pogłowie! 
  • Tak, zrobiliśmy to podczas waszej korespondencji. - I w tym jest cała sztuka! Panu zamącili w 
    głowie panie Romanie! Człowiek nie zabija całego pogłowia drapieżników. Wilki, tygrysy, 
    niedźwiedzie, lwy – człowiek dba o każdą istotę drapieżną, chroni ją, tworzy rezerwaty. W celu 
    ochrony człowiek może zabić przewodnika stada. I tutaj my jako ci co podejmują decyzje 
    ryzykujemy swoimi głowami, ale nie losem ludzkości. Nie mamy po prostu takiego prawa. Nie 
    mamy. 
  • Ja w tym nie chcę uczestniczyć! - krzyknąłem. 
  • A pan, panie Romanie w tym nie uczestniczy, - spokojnie odpowiedział. - Pan nigdzie nie jedzie. Pan sobie siedzi tutaj, razem ze mną i czeka na rozwój wydarzeń. Tak samo jak i ja.
Dalej siedzieliśmy milcząc - nie było o czym rozmawiać. Jeżeli już wcześniej mi się wydawało, że te
dwa dni ciągną się niemiłosiernie to akurat te dwie godziny zdawały się trwać całą wieczność. A potem wściekłym dzwonkiem rozwrzeszczał się jeden z telefonów stojących przed Iwanem Piotrowiczem.
  • Słucham, - powiedział. Starannie wziął słuchawkę i wtedy zrozumiałem jak przejmował się przez ten cały czas, kiedy tak siedział z kamienną twarzą przez te dwie godziny.
W ciszy gabinetu doskonale słyszałem co mu powiedzieli do słuchawki.
  • Znikł, całkowicie. Bez wybuchu! Pusta polana, ale i naszych skrzynek nie ma. 
  • Nevada? - szybko spytał się Iwan Piotrowicz.
  • Nie. Znikł. Całkiem znikł. Wypatrujemy go ze sputników, ale go nie ma!
* * *
Minęły trzy dni, kiedy w domofonie usłyszałem kuriera że ma dla mnie przesyłkę ze sklepu
internetowego. Z początku sądziłem, że to jakiś dziennikarz, ale od tego czasu gdy Przybysz znikł
wszyscy ci dziennikarze stracili dla mnie zainteresowanie. W końcu podpisałem lojalkę, że będę milczał więc i tak niczego żurnalistom bym nie mógł powiedzieć.
Jednakże okazał się to być prawdziwy kurier – niemłody gość, nudny i zmęczony. Niechlujnie
usprawiedliwił się za opieszałość, "Nu wi pan, paczków dzisiaj pełno!" i podał mi sporą pakę.
  • Coza G_rzyby!? - zażartowałem ważąc przesyłkę w obu rękach. Kurier wzruszył ramionami i
    odpowiedział, że pojęcia nie ma. Podpisałem mu i on wyszedł.
Przyznam się, że serce mi z lekka stukało kiedy zdzierałem pakowy papier z paczki. A jak pieprznie?
Ale w pudełku był starannie opakowany, niewielki ale za to niezłej mocy notebook, dokładnie taki sam o którym już od roku marzyłem. Nawet kolor był z tych który sobie dla niego wymarzyłem. Na kwitku zamiast imienia nadawcy był jakiś internetowy adres. Szybko wstukałem go do przeglądarki, ale okazało się, że to jest witryna z pocztówkami. No wiecie, takie tam gify latające po ekranie i inne trzy de. Nacisnąłem raz jeszcze i pokazał mi się ten kretyński obrazek "Coza G_rzyby!?". Poniżej była krótka informacja:

Drogi panie Romanie! 


Proszę przyjąć prezent jako wyraz naszej wdzięczności za pomoc: proszę się nie denerwować – nie
ukradłem go. Ot, zapracowałem sporo grosza projektami i przekładami. Pańskie poczucie humoru 
okazało się być najbardziej skomplikowanym ze wszystkich pańskich uczuć, i pełne przeciwieństw, ale 
jak pan widzi udało mi się je zrozumieć z właściwym pożytkiem. 

Dziękuję za paliwo. 

Ernest Pikol.



Podziel się