środa, 30 lipca 2025

Bajka dla dużego i małego (2376)

Wnuczek sobie zażyczył bajki. No to zgodnie ze zwyczajem poprosiłem o szczegóły. Kim ma być główna postać, co ma ją spotkać i tak dalej. Dzień później bajka została napisana, korekta zrobiona i... . 

...i wtedy pojawił się Duży Człowiek. Poszła z nim dyskusja o roli indywidualności i zespołu w realizacji zadań szczególnych. On nie akceptując hierarchii i autorytetów (jak to młody zdolny!) obstawał przy swojej fascynacji rolą i pierwszeństwem jednostki nie ograniczonej żadnymi decyzjami oprócz swoich.


Skończyło się na tym, że dostał zadanie domowe. Banalne z punktu widzenia problemów przed którymi stoi. NIEMNIEJ JEDNAK. 
- Stąd tytuł dzisiejszej notki.

Bajka o tym jak wspólnie ocalono Wielki Las

W sercu wielkiego obszaru Zielonych Wzgórz – na skraju pewnej wioski – tam gdzie słońce malowało złotem szczyty drzew Wielkiego Lasu, mieszkała łuczniczka o imieniu Weronika czyli Ta która Przynosi Zwycięstwo. Jej sprawność w posługiwaniu się łukiem była legendarna – potrafiła trafić kroplę rosy z odległości stu kroków. Jednakże posiadając sokoli wzrok i tak niezwykłą umiejętność Weronika żyła odludnie. Wolała spędzać samotnie czas w leśnej gęstwinie, ćwicząc celność, niż w wiosce, gdzie inni mieszkańcy żyjąc wspólnie dzielili się swymi radościami i troskami. Ona wybierała samotność wierząc, że prawdziwa siła tkwi w niezależności od innych.

Pewnego dnia, zauważyła, że z każdym dniem Wielki Las zaczyna usychać! Widziała to każdego dnia ćwicząc na Mrocznej Polanie, tej która znajduje się w odległej części Wielkiego Lasu.  To właśnie w tamtych okolicach Weronika natknęła się na zagadkowe, świecące jagody. Były tak piękne, że stanęła jak wryta na ich widok! ...ale rosnące wokół nich rośliny zdawały się chorować. 

Wtedy to usłyszała cichy płacz. Przedzierając się przez gąszcze znalazła małego chłopca uwięzionego pod zwalonym konarem. Weronika, mimo swej niechęci do bliskości z innymi ludźmi, poczuła współczucie dla niego. Ostrożnie uwolniła Silvan z pułapki (bo tak miał ten chłopiec na imię) i opatrzyła jego zranioną nogę. Poważnie i serdecznie jej podziękował, ale... . zamiast odejść swoją drogą, chwycił ją za rękę i wrócił z nią do miejsca, tam gdzie rosły dziwne jagody. To on pierwszy próbując dociec dlaczego Wielki Las marnieje, odnalazł dziwne jagody. Właśnie przedzierając się do nich przez gąszcze spotkała go ta niemiła przygoda.

Jak się później okazało były to Trujące Jagody, które powoli zabierały życiodajną siłę z Wielkiego Lasu. Weronika wiedziała, że musi coś z tym zrobić, ale problem był większy, niż przypuszczała. Każdego dnia gdy przychodziła na Mroczną Polanę prawie na jej oczach – z dnia na dzień – Wielki Las stawał się coraz słabszy, a Trujące Jagody coraz jaśniejsze. Sama nie była w stanie znaleźć rozwiązania bo teraz to nawet zwierzęta gdzieś znikły a ptaki zamilkły... .

Wróciła do wioski, z sercem pełnym niepokoju. Po raz pierwszy w życiu postanowiła poprosić innych o pomoc. Opowiedziała starszyźnie o umierającym Lesie. Ku jej zaskoczeniu natychmiast jej uwierzyli i kolejno zaoferowali wsparcie. Na początek stary Sylwanus Zielarz - znany z ogromnej wiedzy o roślinach - zgodził się zbadać jagody. I to on ustalił, że faktycznie to są Trujące Jagody i że należy je zniszczyć. Za jego więc radą Amarilla Szwaczka sporządziła specjalne worki do zbierania Trujących Jagód. Trzecią osobą która zgłosiła się do pomocy był znany w okolicy siłacz z zawodu kowal, imieniem Ferro. Ten mocarz potrafił wykonać narzędzia do bezpiecznego usuwania korzeni Trujących Jagód.

Kiedy przygotowania zostały zakończone cała czwórka (z towarzyszeniem licznych gapiów!) udała się do Wielkiego Lasu. I tak Weronika która zawsze działała w pojedynkę została częścią zespołu. Mędrzec zadecydował, że jagody trzeba zerwać i zakopać głęboko pod ziemią, z dala od innych roślin, aby ich magia wygasła. On to razem z innymi w specjalnych rękawicach ochronnych zrywał jagody. Amarilla Szwaczka zręcznie pakowała je do worków, a Ferro w wielkim trudzie, starannie usuwał  korzenie. Weronika wypatrywała nawet najmniejsze krzaczki jagód wskazując miejsca gdzie one się znajdują. Wszyscy zgodnie pracowali od świtu do zmierzchu. Nawet gapie – którzy przyszli tylko się popatrzeć - wzięli się do roboty! Chłopiec o imieniu Silvan, którego uratowała Weronika biegał wokół nich, co raz to komuś pomagając.

I wtedy to Weronika poczuła coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła – radość z pracy w zespole oraz siłę wspólnego celu. Po raz pierwszy w życiu na własne oczy zobaczyła jak połączone wysiłki wielu osób są znacznie skuteczniejsze niż tylko jej własne. 

Kiedy ostatnia Trująca Jagoda została zakopana (a przepastny dół wyłożony kamieniami teraz zasypany przywalono ogromnym głazem) Wielki Las odetchnął z ulgą. Zieleń do niego zaczęła powracać, zwierzęta się pokazały a ptaki znowu zaśpiewały. Weronika przyjrzała się wtedy swoim przyjaciołom i uśmiechnęła do nich. Właśnie wtedy zrozumiała, że choć szczególne umiejętności są ważne to prawdziwa moc tkwi w przyjaźni i współpracy.

- Tak to kiedyś samotna łuczniczka Weronika teraz wspólnie z przyjaciółmi ocaliła Wielki Las.

PS. Czy muszę dodawać, że obrazki zrobiono przy pomocy AI?!
- Nie muszę, bo to widać. 

poniedziałek, 21 lipca 2025

Tajemnica Lasu Piwnickiego (2375)

To miał być zwyczajny, niedzielny spacer po Lesie Piwnickim! Zajeżdżamy na parking (ten naprzeciwko skrętu na Olek). Na miejscu czekał na nas przedstawiciel lokalnej fauny czyli dyżurny motyl.

Chwilę pomedytowano dziwując się wielce na nutkę "a cóż tu robi ten kamień leśny?" W chwilę potem przeszły nam całkiem pytania nieważne, bo spojrzenie w lewo pokazało nam TO.

Krzyżyk pod czarnym znakiem na białym prostokącie zafrapował.

Zaciekawił na tyle, że poszliśmy śladem jego.

Wskazania poprowadziły nas - ledwo widoczną, ale jednak wyraźną ścieżką - w sposób zdecydowany.

Niepokój tylko budziło przedzieranie się przez niewielkie - ale jednak - pokrzywy. Ścieżka była wyraźna, chociaż nieco się dłużyła. No nie wiadomo było po co i dokąd ona nas zaprowadzi! Dochodziła do tego obawa - jak po przyjściu do domu się okazała słuszna - o kleszcze.

Co jakiś czas przyległy krajobraz leśny zaskakująco szybko zmieniał się. A ścieżka meandrowała co raz to zbliżając się do niewielkiego wąwozu - zaskakująco głębokiego - jak na ogólne płaskocie Lasu Piwnickiego.

Zapuszczanie się w gąszcza było mimo wszystko przyjemne. A doskonałe oznakowanie prowadziło nas i prowadziło... .

Z tym ogromniastym napisem MOST to jednak była lekka przesada! No zwykła kładeczka tam była:   
K Ł A D E C Z K A .

Po iluś tam zakrętach i niekiedy lekko stromych podejściach dotarliśmy  na miejsce.

Napis LOCUS SANCTUS nie budził żadnych wątpliwości, że  dotarliśmy do Celu.


Wobec braku bliższych informacji: 
- Komu to miejsce jest poświęcone?
- Kto był fundatorem i wykonawcą?
- Od jak dawna trwa ta niekrótka przecież droga?
pozostała nam chwila zadumy i nieśpieszny powrót do domu.

Tak, wracaliśmy po śladach zamyśleni... .

(...)

Po powrocie do domu przekopano Internet w poszukiwaniu bliższych informacji. W tym intensywnym czesaniu wirtualnych przestrzeni korzystano z wielu specjalistycznych narzędzi jak różne takie tam LLM-y w tym Chat GTP, Perplexity, Gemini czy Claude AI o wujku Googlu nawet nie wspominając. Tym sposobem dotarłem na sam koniec internetów i... . NIC!
- Dosłownie ZERO bliższej informacji.

A więc? Gdyby ktoś, coś (a najlepiej wszystko) wiedział na temat tego tajemniczego MIEJSCA PAMIĘCI to można dać znać. 

Wiadomo komu, wiadomo gdzie i najlepiej... natychmiast.
- Polecam się: obserwatortorunski@gmail.com

poniedziałek, 30 czerwca 2025

Pielgrzymka do Częstochowy (2373)

KTO: Parafia pw. św. Józefa w Toruniu

CO: V Redemptorystowska Pielgrzymka Rowerowa na Jasną Górę

GDZIE: Toruń - Brdów - Uniejów -  Brodnia - Częstochowa

KIEDY: 27.06 - 30.06. 202

JAK: Było wspaniale i na największego maksa! To nie była jazda niedzielnego rowerzysty a zadanie dla  p r a w d z i w y c h pielgrzymów. Niezależnie od rodzaju nawierzchni, siły i kierunku wiatru tempo było jednakowe.

PS. I tak miałem dobrze, bo jechałem luksusowo jako drugi czyli w tunelu aerodynamicznym. Bracie Adamie: DZIĘKI CI!
 
Nigdy w swoim życiu nie zrobiłem takiego kilometrażu kilkudniowego pod rząd. Z grubsza to było 320 km w 4 dni... .

Na tej pielgrzymce w jechaniu rowerem sięgnąłem absolutnego kresu swoich możliwości fizycznych i psychicznych. WARTO BYŁO.

(...)

Jestem wdzięczny wszystkim tym którzy mnie wspierali. Ostatecznie to byłem najstarszym dinozaurem pośród tej trzydziesto- czy też 40-letniej młodzieży :-)

PS. Do Tuchowa nie dojechałem.
- Za słaby w kościach żem wtedy był :-)

niedziela, 8 czerwca 2025

Podziel się