Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bajka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 czerwca 2025

Bajkowa aleja (2371)

Nie tylko w niedawno (a chwilowo) odwiedzonej zagranicy bajkowe miejsca są! Aż do booolu wtedy odczuwałem tą ich elegancję-francję. No żywa zazdrość mnie zżerała wtedy, że uni to majo a my nie... .

A tu się okazuje, że my także i owszem, owszem!

Takie odczuwanie świata ma pewnie swoje nazwanie, ale ogółem to kompleks parafianina objawił mi się w całej pełni. ...i jak się okazuje niepotrzebnie. W ogóle to uważam, że coś za często nie doceniamy dobra, bezpieczeństwa i piękna otaczającej nas rzeczywistości.

Mam wrażenie, że ktoś tam, kiedyś tam z nie naszych powodów wmówił nam tą gorszość... . A przecież żyjemy w naprawdę pięknym miejscu i czasie!

Tylko niekiedy mam realne powody żeby wątpić, że coś tam coś tam. Ostatecznie? Nasz dom jest naszym (...)

A poza tym także i Kowalewo jest ładne!

Po prostu: taki mamy pejzaż!

piątek, 22 marca 2024

Smutny autobus 4/4 (2310)

To jaką chcesz mieć bajkę na zamówienie? ...i o czym ona ma być?
- Mała dziewczynka spojrzała w oko kamery i rzekła była tak:
- Ta bajka ma być o smutnym autobusie! 
- Chyba się pomyliłaś, pewnie ma być o wesołym autobusie!
- Nie, dziadku! - z niezłomną pewnością siebie odpowiedziało dziecię - ma być o smutnym autobusie i już! 

No to jest. 

https://tiny.pl/dtw1g 


Załączam poglądowe ilustracje do tej bajki współtworzone przez mnie i różne AI. Obrazki powstawały spontanicznie, metodą prób i błędów i takimi je oto przekazuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. 




niedziela, 21 stycznia 2024

"Tajemny dar" czyli eksperyment 1/4 (2307)

Nawet nie wiadomo kiedy zrobiłem się stary i pojawiły się wnuki. A jak małe dzieci to wiadomo: bajki muszą być! Mimo iż bajek w domu rodzinnym i u dziadków nie brakuje co raz pojawiało się zapotrzebowanie na bajki zupełnie nowe. Najlepiej żeby były ściśle dopasowane do bieżących potrzeb danego dziecka. No i tak powstało na dziecięce zamówienie ileś ich - w tym i ta dzisiejsza.

Historia jej powstania jest jednak nietypowa. Dziecię lat 5 zażyczyło sobie bajkę tylko dla niej. Jeżeli tak bardzo chce ci się bajki to sama sobie ją stwórz. (Dziecię oniemiało!) ...no ewentualnie jedno zdanie ty wymyślisz a drugie zdanie ja i  tak napiszemy naszą wspólną, zupełnie nową bajkę.

Zabawa z tym układaniem bajki była pyszna i po pewnych korektach udało się stworzyć taki oto materiał, który Szanownym uszom słuchaczy niniejszym przedkładam. Aby skorzystać z tego zaproszenia do słuchania to trzeba mieć 7,5 minuty wolnego czasu oraz słuchawki.

https://drive.google.com/file/d/1Ec5HubBWQ8j5e4-TXhoq3xK3KoxxnViC/view?usp=sharing

Info o tym, że jakieś dziecko odsłuchało (nie tylko dorośli są adresatami!) tak jak i wszelkie inne uwagi oczekiwane są. 


środa, 15 października 2014

Bajka o tym jak zostałem sławny (1424)






















R. jest racjonalistą, a jednak lubi chodzić na ryby.

Możecie mi wierzyć - albo i nie - ale ostatnio złapał
złotą rybkę. A było to tak. Siedział u sąsiada nad stawem... .
Stawem? Jaki to tam staw, toż to zwykła kałuża z której
on zwyczajowo wyciąga płotki, karasie i inne glapy.
I jeszcze takie jedne szare, o całkiem nieznanej nazwie.
Dosyć smaczne zresztą.

Ostatnimi czasy pogoda była ładna nic wiec dziwnego,
że R. nad tym sąsiadowym stawem przesiadywał prawie
każde popołudnie. No i stało się! Kiedy w ramach
podtrzymywania więzi rodzinnych przyjechałem doń,
zostałem obdarzony paczuszką z wypatroszonymi
rybami bo: u mnie wujku to już na ryby patrzeć 
nie mogą, to dlatego ten prezent.

Trochę mnie zatkało na taką argumentację, ale znając R.
soli i pieprzu do wypowiedzi dodał dla lepszego efektu i...
to mu się udało znakomicie. Koniec końców po
przekomarzaniach woreczek z rybami trafił do bagażnika.

Wesoło żegnani pogoniliśmy autko do domu nie spodziewając
się aż   t a k i e j  niespodzianki. Sam R. już nam ją zapowiedział.
- Tylko się nie zdziw wujku, bo tam w tym woreczku jest 
jeszcze niespodzianka. A była nią właśnie z ł o t a  r y b k a .

Trochę oniemiałem na jej widok. Wszystkie rybki takie same
szare, a ona jedna taka... inna, jakby ją jaki malarz przemalował.
Z wrażenia telefon sam się  włączył. Mój drogi R. powiedz mi
coś o tym łowieniu? Jak to było z tym, że ty tą rybkę... złotą...
na haczyk...?

Ano nic specjalnego! Akurat nie miałem żadnego obowiązku 
no to siedziałem sobie i łowiłem. Tego dnia to niespecjalnie brały.
I tak gdzieś po piątej czy szóstej coś mi mignęło na złoto przy
wyciąganiu z wody. Nie, nie i nie! Nikogo ze mną nie było i z nikim
nie rozmawiałem. Czy coś słyszałem? Absolutnie nie! To znaczy
były jakieś hałasy, ktoś coś tam krzyczał coś, ale byłem tak zajęty
łapaniem, że nie zwracałem na te krzyki uwagi.

Że co to były za krzyki? Ano w stylu: No nie bądź taki, 
puść mnie, no puść mnie, a zrobię dla ciebie wszystko 
co zechcesz! Oj, te krzyki to ja znam doskonale i słyszałem
je nie raz. U sąsiada to tak zawsze, niezbyt dobrze mu się
w małżeństwie układa, to co ja tam się będę do nich mieszał.
Na ryby przecież chodzę do nich, no nie - to co mam
się wtrącać?!

Posłuchaj mnie R.! A słyszałeś ty kiedyś - no wiesz jak byłeś
mały - bajkę o Złotej Rybce? Bajkę? Drogi Wujek raczy żartować!
Nigdy, ale to przenigdy nie dosłuchałem żadnej z nich do końca.
Umęczony ganianiem po podwórku, jeżdżeniem na rowerze
zasypiałem po przyłożeniu głowy do poduszki. Natychmiast.

Oj, teraz sobie coś przypominam, że to przecież wujek
- tak właśnie - to przecież wujek próbował opowiedzieć
mi kiedyś bajkę i w niej chyba chodziło o jakąś złotą rybkę!
Ale co to była za bajka, czego dotyczyła to naprawdę nie
wiem. Przecież wiadomo, że już po pierwszych słowach
wieczornego gadania od razu zasypiałem... .

* * *

Ryba jak ryba: przed włożeniem na patelnię w mące
obkulane one wszystkie tak samo wyglądają. Niemniej
jednak trochę mi nieswojo było kiedy ją smażyłem.
I nawet jakby mniej smakowała od tych innych, szarych.

Żona jakoś nie chciała tej rybki posmakować. Mała ona
to sam ją sobie łaskawco zjedz - poradziła mi życzliwie.
A jedząc nie zapomnij pomyśleć o czymś dobrym, aby
ci się spełniło.

No i stało się: żując gumowatą rybkę pomyślałem sobie,
że co jak co ale sławnym to chciałbym być! Pieniędzy
mam przecież w bród, ale za me wiersze, opowiadania
prześwietne nieśmiertelnej sławy to by mi się nieco przydało.

I wyobraźcie sobie, że trzy dni nie minęły jak zamieściłem
pewne mgliste zdjęcie na zaprzyjaźnionym portalu  
"Dziki Toruń". I runęła na mnie sława z wysoka! Ludzie
zaczęli mi masowo gratulować, lajki różne stawiać,
komplementami licznymi obsypywać. Doszło nawet
do rzeczy niesłychanej: zdjęcie to zaczęto zamieszczać
na swoich fejsbukowych stronach głównych z krzepiącymi
słowami, których ze względu na wrodzoną skromność
nie przytoczę. A warto wiedzieć, że pochwały zdjęcia
mego były astronomicznej wielkości!

Nurzając się w cieple narastającej sławy pomyślałem,
po raz pierwszy w życiu, że być może, czasami, warto aby
wybrane osoby całkiem nie znały bajek... .
- No właśnie!






czwartek, 2 października 2014

Bajka na zamówienie (1415)
















Ostatnio zacząłem bywać pośród ludzi. No i zdarzyło się, że pewna młoda
dama ujęta moim brylowaniem w pewnym szacownym towarzystwie
(powinienem się wstydzić za tak nadto barwne szarże słowne!) rzekła
była do mnie zachwyconym głosem tak:  
- Pan to powinien bajki pisać.

Odparłem skromnie, że jej domysł się spełnił już parę razy temu. Wystarczy
wklepać do wyszukiwarki wewnętrznej "Obserwatora" słowo "bajka"
i coś tam gotowego zaraz na ekranie się pokaże. Nie, nie, nie! Pan mnieś
wcale nie przekonał, mi chodzi o taką bajkę od razu, na osobne zamówienie
me napisaną. Natychmiast. I tylko dla mnie.

- Hm, - rzekłem. - Jeśli tak...? To tak!
A nawet proszę bardzo. 


Bajka o młodej damie

Pewna młoda dama poprosiła mnie o to abym napisał dla niej natychmiast
bajkę. Tak więc usiadłem za mym dębowym stołem a złotego "Mont 
Blanca" (limitowana seria pisarska z własnym numerem!) starannie
napełniłem. Nadmieniam, iż używam tylko oryginalnego atramentu
w kolorze bardzo błękitnym.
- I zacząłem okrągłymi literami pisać.

O pewnej młodej damie która (ujęta roztaczaną przed nią magią słów)
bardzo chciała przekonać się o tym czy możliwe jest napisanie bajki od
ręki i zwróciła się z tym do pewnego Starego Pisarza.

"...bo jakże to tak - powiedziała do starca - na początku nie ma nic 
a potem ktoś pisze coś i jest zaraz ta cała zasłona z bajkowego
świata... . "

- O nie - nie - nie! - Odpowiedział on pośpiesznie. Nieprawdą jest jakoby
na początku nie było niczego! Oczywiście, że najpierw jest słowo, a gdy 
idą za nim następne świat zaczyna powstawać. Wiadomo przecież, że 
gdy coś jest nie nazwane to tak jakby w ogóle nie istniało... .

Stary Pisarz przyświecając sobie lampą naftową, która stała na jego dębowym
stole staranie poprawiając zakrętasy zamaszyście piórem z obsadką
dalej pisał tak.

Jeżeli by kiedyś mnie młoda dama poprosiła o napisanie natychmiastowej
bajki, bo bym jej odpowiedział, że owszem owszem i proszę bardzo ale
za ile? Oczywiście nie chodzi tutaj o banalne pieniądze, gdyż mi staremu
pisarzowi z dębowym stołem i piórem z obsadką do niczego potrzebne one
są. Otóż zapytałbym się jej za ile czasu ta bajka napisaną być ma? No i przede
wszystkim do czego taka bajka ma jej posłużyć.

I stąd dochodzimy do sedna. Bo jeśli bajka miałaby posłużyć jej do wystąpienia
w roli kochanej ciotuni co to siostrzeńcowi na noc usypianki opowiada to taka
bajka musiałaby zaczynać się od słów: "Za siedmioma górami... " i tak dalej.

Gdyby zaś bajka miała dotyczyć mamy, która z niepokojem w głosie zapytuje
się a w jakim klubie toś córko ma niespokojna bywała ostatniej nocy, to bajka
winna zaczynać się od słów:  
- Kiedy wczoraj całą noc mieliśmy babski wieczór... .

Inna rzecz ma się, gdyby bajka owej zachwycająco dwudziestoparoletniej
damie miałaby się przydać do osobistego zasypiania, to wtedy owa natychmiastowa
bajka miałaby się zaczynać od tego, że był sobie Stary Pustelnik, który miał
kacze pióro. I pewnego razu tenże samotnik ni stąd ni zowąd napisał taką oto
bajkę zaczynająca się do słów:"Był sobie piękny królewicz co jeździł na białym 
koniu."

No i poszłaby opowieść o tym człowieku wysokiego urodzenia który nigdy nie
zsiadał z owego białego konia. A ponieważ jest to pozycja średnio wygodna
to ten królewicz od tego długotrwałego siedzenia krzywe nogi zaczął mieć.

I koniem zalatywało od niego nawet jak się porządnie wykąpał a choćby i jeszcze
na dodatek wykwintną perfumą się był skropił. I taki to książę choćby nie wiadomo
jakie bajki opowiadał to nigdy wiarygodnym być nie może z uwagi na te krzywe
nogi i w ogóle końską woń.

No i w zakończeniu tejże smutnej bajki byłaby taka puenta, że dzisiaj nawet jak
się kto na jakim białym koniu pokaże to nie ma co się łudzić: niekoniecznie z niego
jakiś książę jest mimo iż na białym koniu on. Napisawszy to pustelnik postawił
swym kaczym piórem zamaszysty podpis i niezrażony ozdobnym kleksem który
się niespodziewanie pojawił sapnął z zadowolenia zakończywszy dzieło.

Napisawszy to Stary Pisarz starannie osuszył bibułką stalówkę ze swego pióra
z drewnianą obsadką i szeroko ziewnął.
- Młoda dama chciała mieć natychmiast bajkę? To ma!

Mało - sam do siebie - nie parsknąłem ze śmiechu kiedy kreśliłem te końcowe
słowa. I z tego starego pisarza z lampą naftową, i z tego pustelnika o kaczym piórze... .
Kreacja - psze pani - kreacja! Wszystko jest kreacją.

Na drugi dzień odczytałem młodej damie ową bajkę. Proszę zauważyć odczytałem!
Na pytanie dlaczego nie może dostać jej w formie pisanej moja odpowiedź spiżowo
zabrzmiała tak. Bajkę to można od ręki a na kolanie napisać, ale co to będzie za bajka?
- Nic zupełne i zwykłe opisanie rzeczywistości.

* * *

Drogi Anzelmie,

Spieszę Ci żywo donieść, iż obecnie parę spraw się u mnie radykalnie
zmieniło i być może teraz na pewno będę miał więcej czasu aby z Tobą rozmawiać.
Będę się starał. Naprawdę.

Spotykajmy się tam gdzie zawsze.

Pozdrawiam Ciebie serdecznie
Twój stary przyjaciel

Obserwator Toruński

PS. Dobrze, że jesteś.

czwartek, 4 lipca 2013

Bajka o leworękich fujarach (1279)


Wczoraj przeczytałem następującą wiadomość:
Bezzałogowa rosyjska rakieta nośna z trzema satelitami nawigacyjnymi rozbiła się tuż
po starcie z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie - poinformowały rosyjskie media. 
Wiadomo już, że nikt nie ucierpiał.




*   *   *
Są niekiedy takie teksty, z którymi nie wiadomo co zrobić. Powstało coś i zaraz potem uległo zapomnieniu, 
przetłumaczono z zapartym tchem i oddano Telimenie na przechowanie. Przez jakiś czas leżą sobie te słowa
spokojnie w szufladzie, aż tu naraz zaczynają się domagać światła dziennego oraz myśli innych ludzi. Takich
sytuacji nie wolno przegapić!

Bajka znaleziona przypadkowo w bezmiarach Internetu, na rosyjskim koncie "Live Journal": Norweski 
Leśniczy. Napis na ciasteczku ma pomylone litery: winno być АЛЁНА. Na wschód od nas ten brand name
jest powszechnie znany.
- Warto przeczytać oryginalne komentarze.


*   *   *




 BAJKA O LEWORĘKICH FUJARACH

Każdego wieczoru kiedy słońce chowa się za wierzchołki sosen, a na niebie zapalają się gwiazdy, gdzieś
niedaleko w lesie zaczyna wołać puchacz. Ten sam którego nie możemy już od dwóch miesięcy złapać,
aby ugotować z niego zupę. To właśnie tam na zachodnim skraju śmietnika - wtedy gdy opuszcza się
ciemność -
cała dzieciarnia gromadzi się w pustej cysternie po ropie. Skupieni wokół zardzewiałego
czajnika tłoczą się, aby popić gorącej herbaty. Cisną się mocno, aby dostać kostkę cukru i posłuchać
bajki na noc.
Czajnik zaklekotał pokrywką. Sowa pohukuje. Osiem nosów czujnie łowi każdy zapach. Osiem par oczu
w napięciu wodzi za mną wzrokiem.
  • No i co wnuczkowie, co mam wam dzisiaj opowiedzieć? - Próbuję wymyślać zyskując na czasie.
    - Może o tym jak 60 lat temu zepsuł się Mamutkowi silnik, kiedy z Lebiediewem byliśmy na
    wyprawie etnograficznej?
  • Nie dziadku, nie! Tylko nie o silniku i nie o Lebiediewie. My już o silniku i o Lebiediewie ze sto
    razy słyszeliśmy.
  • No to dobrze. - Z niechęcią się zgadzam. - To może o starym pedofilu?
  • Dziadku, - cieniutkim głosikiem prosi najmniejsza dziewczynka, - proszę ciebie bardzo, tylko nie
    o starym pedofilu. Już nie mamy sił słuchać o tym starym pedofilu.
  • No to dobrze, nie będę. - Kiwam potakująco brodą. - No to o czym by tu...? To może o królewnie
    uprawiającej odwrotny planking, najpiękniejszej dziewczynie w całym... .
  • Dziadku, - groźnie szczeknął najstarszy chłopak zaciskając pieści – jeśli znowu zaczniesz o niej
    opowiadać to zabierzemy ci twoją dmuchaną poduszkę i wysmarujemy czosnkiem twoją
    lewatywę.
  • No i proszę, - uspokajam – a ja naprawdę nie wiem o czym by tu wam opowiedzieć! A wy to
    źli jesteście. Patrzcie, poduszkę dmuchaną mi zabiorą... .
Czajnik napędzany wrzątkiem świszcze. Osiem ciężkich dziecięcych westchnień wisi nad stołem. Osiem
par oczu gotowych jest się rozpłakać. I wtedy najmniejsza z dziewczynek żałośnie prosi:
  • Dziadku, opowiedz nam proszę o leworękich fujarach.
    Pomieszczenie od razu wypełniły dźwięczne, przekrzykujące się dziecięce głosy.
  • Tak, dziadku! Opowiedz o leworękich fujarach!
  • I o ciasteczkach!
  • I o młynarzu!
  • I o kurkach!
  • I o chińskich formach do wypiekania ciasteczek!
  • I o tym dlaczego w tym kraju nic dobrego nie będzie!
W odpowiedzi tylko macham rękoma.
  • Dobrze, dobrze! Niech już wam będzie ta bajka o leworękich fujarach tylko przestańcie
    hałasować! Lepiej już żeby ktoś z was nalał wrzątku do puszek po konserwach.
    I słuchajcie!
    I zaczynam opowiadać.

    BAJKA O LEWORĘKICH FUJARACH
    Dawno, dawno temu w pewnym kraju żyli sobie ludzie. I oni byli nieszczęśliwi. Ponieważ
    wszystko za co się brali można było rozbić - wiadomo o kant czego.
    Sputniki u nich nie mogły wystartować, a jak już wzleciały to natychmiast spadały. Samochody
    wychodziły im szpetne i całkiem nie chciały jeździć. Posłowie których wybierano do parlamentu
    okazywali się być albo dupkami albo draniami.
    Dodatkowo jeszcze drogi które sami budowali, okazywały się być nieprzejezdne, a jak już dało
    się po jakiejś pojechać, to natychmiast trzeba było się zatrzymać w ogromnym korku. I wtedy
    trąbił jeden na drugiego, a wszyscy razem przeklinali swój rząd.
    I nawet prawo mieli idiotyczne, a patriarcha u nich to był jakiś taki mętny. A nawet rzecznik
    ludu był ombudsmendowaty i zamulony. I piwo mieli niesmaczne. I dysertacje do niczego oraz
    podłą telewizję.
    A nawet najbardziej mądrzy i kreatywni ludzie z tej beznadziei dusili jeden drugiego, porcjowali
    w łazience a po upchaniu w bagażnik własnego samochodu z wielkim szumem szukali poprzez
    internet.
    I tak za dnia ci ludzie budowali kiepskie drogi i warzyli niesmaczne piwo, a wieczorami
    gromadzili się w sieciach społecznościowych i obkładali nawozem wszystko jak leci: i drogi,
    i korki na nich, i ombudsmena i jeden drugiego. I głośno sobie w tych sieciach myśleli, dlaczego
    u nich wszystko jest takie, że o kant – wiadomo czego – rozbić, a wokół nic tylko palant na
    palancie. I żadnego światełka w tunelu ni nadziei żadnej.
    ...ale jeśli tak dobrze popatrzeć, to była u nich jedna rzecz bardzo interesująca czyli królewna
    uprawiająca odwrotny planking, to znaczy najładniejsza w całym... .
  • Dziadku, uprzedzaliśmy ciebie. Waśka, zabierz mu poduszkę! A ty Piećka leć po lewatywę!
    Miszka goń na kuchnię po czosnek!
  • No dobra, już dobra! Wystarczy, tylko oddajcie mi poduszkę! Wszystko już rozumiem i możecie
    dalej słuchać. ...a więc wszystko u nich było kiepskie. No nie można powiedzieć, że niczego nie
    robili. Robili. I gazetę wypuszczali w której było dwudziestu siedmiu gejów, i przed ołtarzem
    w kominiarkach kolorowych pląsali. A w internecie zbierali i po sto tysięcy lajków pod jakąś
    petycją. I na mityngi chodzili. I nawet ozdabiali siebie białymi wstążeczkami. A w zajezdniach
    autobusowych to śpiewali przejmujące, rzewne pieśni o trudnej doli ludu.
    I nic to im nie pomagało.
    Dlatego też każdego wieczora zachodzili do internetu, ubolewali tam, pluli na prawo i lewo,
    i zachodzili w głowę dlaczego we wszystkich innych krajach ludzie pizzę potrafią zrobić
    smaczną, i mocne buty zrobią, i współczesne procesory wypuszczają, a u nich za co by się
    nie wzięli to nic tylko gułag powstaje albo zamulony ombudsmen.
    I wtedy to pewien przytomny człowiek powiedział im tak: „Wszystko nadal będzie o kant,
    dopóki wypiekanie ciasteczek nam nie zacznie wychodzić”.
    Wtedy wszyscy zamilkli i przestali nawet gadać na Dimę Jakowlewa. „A co do wszystkiego
    tego mają ciasteczka? - zapytali się.
    A mają, mają! - mówi do nich ten przytomny człowiek – „A jak wy robicie ciasteczka?”. No
    to oni mu opowiedzieli. Ze wszystkimi szczegółami. Żeby zrobić ciasteczka potrzebna jest
    praca wielu ludzi.
    Chłop hoduje pszenicę i odwozi ją do młynarza. Młynarz miele pszenicę na mąkę. Pszenicę
    podsypuje się kurom, żeby znosiły jajka. Dojarka karmi krowę sianem i ciągnie ją za wymiona,
    aby krówka dała mleko. Nafciarz wydobywa ropę, wlewa ją do naftociągu i transportuje za
    granicę, aby stamtąd otrzymać słodki cukier, bez którego nie można zrobić ciastek. A jeszcze
    trochę ropy przesyła się do rafinerii żeby tam z niej zrobili benzynę i odwieźli ją na stację paliw.
    Na stacji paliw benzynę wlewa się do baku samochodu, którym jeździ kierowca.
    Kierowca zatankowanego benzyną samochodu przywozi mąkę, mleko, jajka i cukier do
    fabryki słodyczy, gdzie to wszystko oddaje cukiernikom.
    Wtedy to specjaliści od wypiekania ciasteczek biorą jajka, mleko, mąkę, cukier i wrzucają to
    razem do wielkiej żelaznej maszyny. Wtedy wołają głównego technologa, aby ten nacisnął
    guzik. A główny technolog woła głównego inżyniera i pyta się go czy z Chin już przyszły
    formy do wypiekania ciasteczek.
    A główny inżynier odpowiada, że niestety ale przyszły. Tylko, że jakieś takie dziwne.
    Wybrakowane pewnie. Pewnie ci Kitajce coś tam
    pomieszali parę liter w zamówieniu.
    No to główny technolog się pyta: to co w takim razie robimy?
    A główny inżynier jemu odpowiada: wstawimy jakie są i niech się w cholerę pieką
    te ciasteczka. Co nam tam parę liter: i tak się nam upiecze!
    A główny technolog stoi i choleruje.
    Ryczy wielka stalowa maszyna. W kotłach wrze. Mrugają różnokolorowe lampki. Gra hymn
    narodowy. Z taśmociągu schodzą ciasteczka, pakują się w pudełeczka, one ładują się do
    ciężarówek, a te natychmiast odwożą zapudełkowane ciasteczka do sklepu.
    A potem do tego sklepu przychodzi rolnik, młynarz, dojarka, nafciarz, chemik, nalewacz
    ze stacji i kierowca. Kupują ciasteczka i niosą je do domu, aby w ich towarzystwie napić się
    herbaty. Wyciągają te ciasteczka z torby. I patrzą na nie. Wyłączają czajnik z niezagotowaną
    jeszcze wodą. Wzdychają. Wyciągają z lodówki butelkę wódki. Nalewają pełną szklankę.
    I wchodzą do internetu, żeby opowiedzieć, w jakim bajzlu im tutaj przyszło żyć, że wkoło nic
    tylko leworękie fujary, że nigdy i niczego nie będzie dobrego w tym kraju, że prezydent u nich
    to wyjątkowy ciul, że ministrowie u nich to ciule, że zastępcy ministrów to ciule, a tylko Dima
    Jakowlew nie jest ciulem, ale nie dało się go uchować, a nadziei brak, i nawet ombudsmen
    jest mętny, że ręce opadają, i żadnego światełka w tunelu, i jak można nie pić kiedy nawet
    ciasteczka są do dupy.
    I oni w tym internecie siedząc klną swoje władze. I nalewają sobie drugą szklankę.
    Takim to właśnie sposobem wyrabia się ciasteczka, bo u nas to taka szczególna po temu
    droga. I dlatego zacznijcie od ciasteczek – powiada ten przytomny człowiek – i dlatego na
    sam początek tego głównego technologa wywalcie na zbitą mordę za te nieudane, kitajskie
    formy do wypiekania. I jeśli jeszcze czegoś nie spieprzycie to ciasteczka się polepszą i wszystko
    inne zacznie równać do ich wysokiego poziomu.
    Na to ludzie mu odpowiadają: idź ty sobie spokojnie do wszystkich diabłów! Mądrala się
    znalazł, gdy my bardzo zajęci. U nas tutaj nie wiadomo dlaczego wiatr wieje w lewą stronę
    i już pół miasta śniegiem jest zasypane, co my bardzo przeżywamy. My tu mamy państwo
    policyjne. A rzecznik ludu jest jakiś taki mętny i ombudsmendowaty. I przy całych tych
    nieszczęściach jeszcze ten ze swoimi ciasteczkami tu się pcha jakby nam było tych nieszczęść
    mało! A nie wstyd ci młody człowieku?!
Nad stołem wisi ciężka cisza. Tylko od czasu do czasu słychać jak w lesie pohukuje sowa.
  • I co dziadku, - któryś z dzieciaków pyta – i nikt tak naprawdę nie zrozumiał tego głównego inżyniera?
  • Ej, dziadku, co ty?! Czemu płaczesz? Nie płacz dziadku? Waśka oddaj dziadkowi poduszkę! Prosimy ciebie dziadku – nie płacz.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Bajka niemożliwa 2/2 (1199)























Bajka o małym Ziarnku Piasku

Proszę sobie wyobrazić, że jesteśmy na pustyni. Takiej oślepiającej żarem słońca i... pełnej piasku.
Na tym pustkowiu zresztą nie ma nic oprócz: piasku, piasku i piasku. Jeśli wejdziemy na ten tu
piaszczysty kopiec to obracając się dookoła zobaczymy piasek, piasek i tylko piasek... . No może
jeszcze spod piasku szara skała wyjrzy czasem.

Teraz kiedy czujemy żar bijący od słońca (dobrze, że przyjechaliśmy kilkoma samochodami z
klimatyzacją!)
, kiedy wzięty do ręki piasek szybko przesypuje się między palcami zatrzymajmy się
na chwilę! Przestańcie gadać, uspokójcie swoje myśli: p o s ł u c h a j m y !

Słyszycie jak wiatr przesypuje piasek z miejsca na miejsce? Czy wy naprawdę słyszycie jak drobne
ziarenka osypują się z tej wielkiej wydmy? Chodźcie ze mną! Pokażę wam czary jakich nigdy i
nigdzie indziej nie można spotkać jak tylko na pustyni... .

...ale póki co musimy sobie wybrać przewodnika! On musi być doskonałym przewodnikiem, bo
jeśli nie będzie wystarczająco dobry to grozi nam wszystkim śmierć! Umrzemy z żaru i pragnienia,
słońce wypali nam mózgi, osłabniemy i osuniemy się w niepamięć. I nikt nas tutaj już nie
znajdzie... . Proszę popatrzeć co się stanie gdy położę tą ciernistą gałązkę tuż przy zboczu.
- Czy widzicie jak szybko wiatr ją przysypuje?

Przewodnik więc musi być tutejszy. Musi wszystko wiedzieć o pustyni! Znać ją na wylot musi.
Wiedzieć jaka ona jest w nocy gdy temperatura spada do minus dziesięciu stopni. Musi wiedzieć
jaka ona jest w dzień gdy termometry z trzaskiem pękają od żaru... .
Rozejrzyjmy się więc za doskonałym przewodnikiem... .

Jak to nikogo nie widzicie?! A czy nam do chodzenia po pustyni koniecznie potrzebny jest jakiś
miejscowy Beduin!? ...albo jakiś geograf znakomity w korkowym hełmie pożyczonym od Stasia i
Nel? Nam wystarczy... nam wystarczy... nam wystarczy o to! Właśnie to: jedno, jedyne ZIARNKO
PIASKU.

Jak to? Nie wierzycie, że przewodnikiem po pustyni może być akurat Ziarnko Piasku? Jeśli ktoś nie
wierzy niech posłucha jego niezwykłej historii.

Oto opowieść Ziarnka Piasku

Jest mieszkańcem Wielkiej Pustyni. Mieszkam tu od początku czasu razem z moimi niezliczonymi
braćmi i siostrami. Nocami mrozi nas mróz, a za dnia wyżarza nas słońce. I tylko raz na
kilkadziesiąt lat spada tutaj deszcz. I wtedy – wierzcie mi lub nie – staje się cud! W ciągu paru dni
te pustynne bezmiary dotąd pełne tylko piasku i skał zamieniają się w rajskie ogrody!

Nie wiadomo skąd – z nagle nasączonej wodą ziemi – błyskawicznie wyrasta jedwabista trawa o
łodyżkach tak delikatnych jak nozdrza małych sarenek, które przychodzą by ją skubać... . A w tej
trawie widać jak zakwitły olśniewającej urody kwiaty! O pąkach tak oszałamiająco wonnych jak
wszystkie pachnidła Wschodu naraz wzięte. Ktokolwiek zobaczył te kwiaty, jeśli ktokolwiek
chociaż raz je powąchał już nigdy nie odejdzie z pustyni! Całymi latami będzie po niej błądził,
całymi wiekami będzie czekał na ten niezwykły cud! ...gdy przylecą jedwabne motyle barwne jak
witraże, gdy ptaki zaśpiewają słodko.

Oczarowany urodą tego bajkowego świata Samotny Wędrowiec zachowa go w swym sercu na
zawsze. To nic, że po dwóch tygodniach rzeki – które pojawiły się po ulewie – wyginą! To nic, że w
ciągu paru godzin gdy znikną te rzeki sam raj zacznie umierać!

Palące słońce – bez życiodajnej wody – nie da szansy żadnej roślinie! I znowu na wiele, wiele lat
zapanuje tu prawie cisza. Tylko cichy śpiew przesypywanego piasku łączyć będzie ze sobą chwile
w dni, dni w lata, a lata w dziesięciolecia. Aż do następnej ulewy.

...ale nie myśl sobie mały człowieku, że teraz gdy słońce praży nie dzieją się tutaj żadne cuda!

Wystarczy że masz silne nogi i mocny wzrok a zobaczysz je! O, wejdźmy na tamtą górę piachu.
Spójrz tak bardziej w prawo. Widzisz, no tam daleko na horyzoncie? To Oaza. Ogrodzona białym
murem, skryta w pióropuszach lekko powiewających zielenią palm... . Czy widzisz jak w
rozżarzonym powietrzu długa karawana wielbłądów do niej wjeżdża!?

Chcesz do dotrzeć do tej Oazy? Nie rób tego! Jako – Ziarnko Piasku, twój przewodnik – ci to
mówię. To tylko ułuda, to: fatamorgana! Takie złudzenie optyczne, spowodowane załamaniem się
światła w wyniku czego obraz miasta znajdującego się setki mil od nas pokazuje się jakby ono było
tuż obok, tuż przed nami... . A to tylko złudzenie.

To słońce oszukuje, to drgające z gorąca powietrze zdradza nasze oczy! Wędrowcze! Przemierzając
bezkresy piaszczystej pustyni strzeż się fatamorgany. Słuchaj swego Przewodnika.
Posłuchaj i rozejrzyj się uważnie. Co widzisz? Myślisz, że oprócz fatamorgany nic ciekawego tutaj
nie ma? ...że tylko tu piasek i nagie skały są? Wytęż uwagę, przyjrzyj się dokładnie a spotkasz...
Księżniczkę! Obiecuję ci to.

Ze co? Że nadal widzisz tylko piasek i piasek? Oj, ty! Siedząc w klimatyzowanym autokarze
niczego nie zobaczysz! Wyjdź na pustynię! Poczuj żar tej ziemi, uklęknij i zanurz ręce w tym...
piasku. Jeśli Wielka Pustynia będzie dla ciebie łaskawa to znajdziesz Ją! Zanurz więc ręce w tym
gorącym już teraz! I nie ustawaj w wysiłkach by Ją znaleźć.

Być może nie raz i nie dwa piasek poparzy nazbyt delikatną skórę Przybysza. ...ale próbuj!
Wyostrzywszy swoją wrażliwość szukaj Jej a na pewno znajdziesz! Być może już za drugim - a
może dopiero za dwusetnym -
zanurzeniem ręki w piasku pustyni poczujesz coś. I zaiskrzy ci ręka,
prąd poczujesz gdy miły ciężar w niej uchwycisz... . Wyciągając to coś z trzewi pustyni
uświadomisz sobie, że ty to masz szczęście! ...bo w tejże chwili, bo w tym momencie znalazłeś ją:
prawdziwą księżniczkę: Różę Pustyni!

Powstawała całymi setkami lat! Złożyły się na nią tysiące takich zwykłych jako i ja Ziaren Piasku.
Wielki żar, sole z ziemi, ale i wielkie mrozy ją spoiły, piękny kształt jej nadały... . A jaki konkretnie?

- No, cóż! Kiedyś gdy dorośniecie każde z was będzie musiało się wybrać w wielki świat
w poszukiwaniu swojej Róży Pustyni, pięknej księżniczki, po to by znaleźć swojego królewicza... .
Jednak nie czas o tym teraz
- A póki co... dobranoc!

*  *   *



 




















Co dobranoc?! Co dobranoc?! Anzelm był wkurzony nie na żarty. 

- Myślisz, że to już wszystko, że temat już załatwiony?
- No nie, pewnie jeszcze coś dodam. Na pewno dodam, no jeszcze sporo dodam - tylko, że teraz
  to już nie. Zmęczyłem się, no i zęby mnie bolą... . 


Stary anioł który już niejedną bajkę ode mnie słyszał przyjrzał się uważnie. Widząc, że nie cyganię
pojednawczo dodał: No dobrze już dobrze! Na dzisiaj wystarczy.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Bajka niemożliwa 1/2 (1198)
















MÓJ PRZYJACIEL ANIOŁ

Siedziałem na krześle a telewizor bełkotał nieprzytomnie. Nic do mnie nie docierało. Wreszcie obraz
lada jak wykrystalizował się. I zobaczyłem Go wyraźnie. Bardzo wyraźnie, ale nie na ekranie a obok
mnie. Właściwie to siedział naprzeciw. Zmrużone oczy, noga na nogę (jakie zabłocone buty!),
skrzydła odstawione do kąta.

Patrząc na mnie badawczo Anzelm zaciągnął się łapczywie papierosem i dmuchnął mi prosto w twarz.
To jest świństwo – pomyślałem - wie przecież że od 13 lat nie palę i nawet odrobina dymu tytoniowego
mi szkodzi. Rozkasłałem się na całego nie mogąc uspokoić organizmu zszokowanego nagłym zatruciem.
Anzelm przyglądał mi się uważnie.

- Wiem co pomyślałeś o mnie! - Warknął. - Ten dym to nic w porównaniu z tym co sam wyprawiasz,
jak czas marnujesz, szkodząc sobie jeszcze gorzej, jeszcze gorzej, jeszcze gorzej.
- Echo dudniło
jakby pokój naraz zamienił się w ogromną pieczarę z rozległymi korytarzami... .

Słuchałem go z wytrzeszczonymi oczami, załzawiony, panicznie próbując złapać oddech. A zza kłębów
dymu dochodziło:


- Sam sobie szkodzisz o wiele bardziej! A ten dym jest Twój! A co?! Myślałeś, że jak rzuciłeś palenie 
to już nigdy więcej ono do ciebie nie wróci? Oddaję tylko co twoje. I jeśli czujesz się z tym źle to 
miej pretensje tylko do siebie, do siebie, do siebie... . Znowu zadudniło mrozem ścinając mi mózg 
kolejnymi falami.

- Tyle razy skakałeś mi po głowie, tyle razy mnie nie słuchałeś to teraz masz za swoje... .

Nie miałem nawet siły się odezwać. Chwiejnie, podpierając się o stół powstałem z krzesła i omijając
Anzelma także wzrokiem dowlokłem się do łóżka. Natychmiast padłem na nie jak nieżywy.
- I od razu zasnąłem.

(...)
Obudziłem się czując, że ktoś jest obok. I rzeczywiście: On siedział na swoim miejscu uważnie mi się
przypatrując. Mój przyjaciel wyglądał tym razem nieco inaczej. Długie jasne kędziory spływały mu na
ramiona, biała szata staranie ukrywała szczegóły i patrząc na całą postać trudno byłoby zgadnąć: młoda
dziewczyna to jest czy raczej piękny młodzian?
- Więc co to chciałeś mi obiecać? ...bo jakoś nie dosłyszałem. - Pytanie zdało mi się retoryczne więc
   nie potrudziłem się nawet by otworzyć usta. A On ciągnął dalej:
- ...no bo jeśli nie masz żadnego pomysłu to mogę ci podpowiedzieć, nawet Plan Poprawy mogę
   ci napisać. Niestety jednak, nie będzie to twój Życiowy Plan. A powinien być! ...bo inaczej to
   bąkniesz znowu coś pod nosem i ponownie wypchasz byle czym aż do następnego spotkania.
   Teraz ten numer nie przejdzie: umowę sporządzimy na piśmie! I podpiszesz ją jak się należy.
    Własną krwią.
- Drogi Anzelmie, ale czy ty nie jest wbrew regułom, żeby anioł... . - Żachnąłem się i wyszło mi jakbym
  to spontanicznie powiedział. - No przecież chyba nie będziesz żądał ode mnie daniny krwi?!

- A kto powiedział, że nie nie mogę? - zaperzył się Anzelm. - Mogę, mogę! Jak zechcę to i litr
  z ciebie utoczę, abyś tylko zaczął ... . Abyś tylko napisał. - zakończył stanowczo i niespodziewanie
  jakbym to głównie ja wiedział dokładnie co on ma na myśli.

No cóż miał rację: wiedziałem.

*   *   *

Coś plumneło w komputerze oznajmiając, że przyszedł e-mail. Kiedy przeczytałem te parę linijek
już wiedziałem, że łatwo nie będzie. Wypchanie się starym wicem, zwyczajowa zmiana tematu, czy
też dumne go pominięcie nie wchodziło tym razem w rachubę... .

-  Zatem kiedy można będzie przeczytać pierwsze rozdziały? (…).
No i co ja na to mam odpisać!? Faktycznie – od tamtej rozmowy – po głowie błądzi mi niezdrowa myśl,
aby coś dłuższego... . Myślę, że "napisanie książki" nawet w moim przypadku może być możliwe.
(He! He! Od razu poznać, że nie jestem na chodzie!)

A tak na spokojnie... . Domyślam się, że jak do każdego zadania tak i tutaj trzeba wyraźnego
impulsu, aby proces został zainicjowany. Potem temperatura musi zacząć się wytwarzać, coś tam musi
się tlić coraz bardziej, no i w końcu pojawia się ten upragniony grzyb, błysk i grzmot... . I wtedy to już
leje na całego.

I jak do każdej pracy fizycznej kondycję trzeba mieć. ...bo kiedy zdrowe ciało to i raźny w nim duch.
A ja tej kondycji nie mam. Chyba nie mam. Czasami nie mam. Teraz mi jej brak. ...ale może jutro!?
Wiem, wiem: przyczyną wszystkich klęsk są tylko trzy magiczne słowa: „Zrobię to jutro!”.

Czas jednak musi być właściwy! A teraz mamy pełnię księżyca, włosem gęstym się pokrywam,
więc niechaj mnie Zosia o wiersze nie prosi... . Nawet o ich odczytanie, bo przecież taki jak ja
wiersza już nie napisze. Minął już czas gonienia za słóweczkami. Proza więc ino, proza mi została... .

No i najważniejsze: trzeba by się skupić tylko na pisaniu. Wszystko inne musiałbym odłożyć.
A to przecież niemożliwe! No chyba, żeby się dało to jakoś pogodzić. Musiałbym się pracowitszym
bardziej stać, więcej myśleć, mniej jeść i spać. Dyscyplinę sobie narzucić jak zbroję przeciwko
pokusom bezmyślnego lenistwa, wbrew odrętwiałemu zaleganiu z pilotem w ręku... .

No i warsztat trzeba by zdobyć! Te wszystkie młotki do języka, majsle do składni i odpowiednie
śrubsztaki do rytmów. A tu jeszcze umieć trzeba jak się te – no te – dialogi pisze, jak intrygę buduje.
Trzeba przecież wiedzieć jak się te wspaniałe opisy tworzy, takie mrożące z zachwytu krew w
aortach idących prosto do serca i mózgu... . Tak aby przykuć czytelnika do ekranu, by stracił z oczu
wszystko pochłonięty przedstawianym światem.

No i trzeba mieć o czym pisać! A gdzie ja byłem - co widziałem? Na czym się znam? Jakimi
klawiszami to Obserwatorów tumanić mam i przestraszać? Uroki i czary na nich rzucać ręcznie
czym trzeba!? Jedyna rzecz na której się lada jak rozeznaję to moje własne życie. Chociaż według
relacji najmilszego mi otoczenia i tak sobie z tym kiepsko radzę... .
- I w końcu, czy wynik mojego w ten sposób istnienia może być dla innych ciekawy!?

A jak długa miałaby być ta książka na zamówienie? Jeśli przyjąć, że trzy strony na A-4 w jeden
dzień to norma (Nie jestem Hemingwayem, któremu wystarczało 500 słów!), a sama książka nie
może być zbyt cienka to widać, że jakieś 250 stron powinna mieć. Wychodzi więc, że to są prawie
trzy miesiące ciurkiem przepisane. Jeśli odliczyć dni przymusowo nieczynne (niedziela, zdarzenia
nadzwyczajne typu choroba, wizyta krewnego, dół czarny czy przygotowanie do Świąt)
, to napisanie
takiej książki zajmie kwartał... .

A tu wszystko rozprasza i jeszcze na dodatek dzieciaki wariują!
I spokoju od nich nie ma.
O! Znowu zaczęły!

- Jeśli natychmiast jeden z drugą nie wlezie od razu do łóżka to... to... . - zatkało mnie - to będzie
cisza na dobranoc!


Na takie dictum jakby na chwilę harmider zelżał, ale tylko dlatego, że Piotrek podał Marcysi swoją
nogę do powąchania, aby – moment potem – sprawiedliwie za swój niecny czyn oberwać
poduszką... . .

Mimo groźnego wezwania dzieciarnia nadal tuptała bosymi stópkami, skakała po łóżkach jak
szalona nie zwracając na mnie uwagi. Smoki były w siódmym niebie! Wiedzieli, że nie mogę im nic
zabronić. Była sobota: czas wieczornego wariowania i opowiadania dłuższej bajki. Cały tydzień
przecież na to czekały!

Trzymając się ścisłe ustalonego rytuału usiadłem na podłodze pomiędzy ich tapczanikami i
zacząłem coś tam cichutko mamrotać do siebie. Jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki, prawie
natychmiast się uspokoiły. No i zaczęło się właściwe marudzenie.

- Ale pamiętaj tato, że dzisiaj to ma być zupełnie inna bajka! Nieznana całkowicie i nowa zupełnie.
Absolutnie. I o czytaniu „Panny Ludwiki” zapomnij proszę. Nie chcemy tego słyszeć!


Akurat ten wiersz przez swoją muzyczność, przez piękne akcentowanie bardzo mi się podobał. Po
latach zorientowałem się, że dzieci nasze z całego serca tego wiersza nienawidziły... . Może
powinienem był przeczytać go kilkadziesiąt razy mniej!?

Stanęło więc na tym, że bajka ma być fabrycznie nowa, a o żadnym cyganieniu z przenicowanymi
księżniczkami mowy być nie może! Wysoki dziecięcy trybunał dawał jednak pewne ulgi. W
ostatecznym rozrachunku mogłem pokombinować coś z „Bajką o Czerwonym Marmurku” lub „O
siedmiu ufoludkach i ślicznotce Marcysi”.
.. . Rzadko jednak kiedy korzystałem z tej dyspensy, bo
rozświetlone oczy dzieciaków pięknie naganiały mnie na tematy zda się nieco ambitniejsze.

Zresztą nawet gdybym próbował iść na skróty to i tak by mi się nie udało! Ocyganić w drobnych
sprawach (ale tylko na chwilę!) można prawie wszystkich, ale nie te małe potwory!
- No i tym razem trzeba było się porządnie sprężyć.

- Skoro już mam opowiadać tą zupełnie nową bajkę to sami musicie mi podpowiedzieć o czym ona
ma być!
- Jak zwykle w tym punkcie byłem nieugięty niczym stal wysokowęglowa dostarczana na
budowę schronu atomowego. - Proszę bardzo: podpowiadajcie!

No i zaczęło się przekrzykiwanie.
– Dzisiaj niech będzie to bajka niemożliwa!
– Tak, tak, ma być taka... niespodziewana, fantastyczna i koniecznie niezwykła!
– I żeby była o prawdziwym życiu!
– ...chociaż jak będzie w niej trochę fantastyki to nie zaszkodzi!
- No to w końcu o czym ta bajka ma być?
– Yyyyyy...! Niech będzie o..., o..., o ziarnku piasku! O ziarnku piasku nie da się opowiedzieć
bajki!
Hm! Mówicie, że nie da się...!?
- A więc proszę bardzo!


c.d.n.

piątek, 16 listopada 2012

Artyści? Mam was dosyć! (1066)
















...a dokładnie to niektórych performerów mam powyżej uszu! 

Szukając czegoś prawdziwie pozytywnego co by mnie odtruło po traumie trzech dni obcowania ze sztuką
performance sięgam do źródeł. Przypominając sobie rzeźby znajdujące się w Białoruskim Centrum Kultury
w Hajnówce uświadamiam sobie, że dawno nie byłem w naszym  "Muzeum Etnograficznym". Rozmawiając
na ten temat dowiaduję się od przyjaciół, że Wiktor Chrzanowski odszedł.... . Tyle mojego, że w ostatniej
chwili Go poznałem na finisażu pamiętnej wystawy.

Uczepiłem się więc drugiego świata początkowego: dzieciństwa.
Pamiętacie tę dziewczynkę?! W tym roku też ją widziałem. I od razu zaśpiewała mi tą samą pieśń.
- Wujku, wujku - nie bądź taki - opowiedz mi bajkę!
Dziecię marudziło, ale moja odpowiedź była twarda niczym skała bazaltowa spadająca w przepaść
i nieodmiennie brzmiała:

- A sio szkrabie , sio!
- Wujku kochany opowiedz, bo ja tak cię ładnie proszę... . 

Nie było rady trzeba było coś wymyślić.
A tu znużenie, głowa pusta jak po występku jakiegoś lichego performersa... .
I naraz myśl genialna!

- Od ostatniego razu to sporo urosłaś, a mi się coś wydaje, że nie za bardzo mam w zapasie jakąś 
nową bajkę dla Ciebie, ale skoro chcesz.... . 
- Tak, tak wujku chcę, bardzo chcę! 

- ...no to ją sobie sama opowiedz! Ale tym razem to ja będę słuchał!
- ?!
- No tak, jesteś przecież już duża, umiesz opowiadać to i pewnie opowiesz mi jakąś ciekawą bajkę. 
   Słucham.

- ...ale ja nie umiem opowiadać bajek!
- A próbowałaś kiedyś? To przecież całkiem proste, bo bajki opowiada się tak (...).

Tutaj nastąpił naprawdę krótki instruktaż, w wyniku czego (chytrze dziecięciu podpowiadając i z rzadka 
kierunek pokazując) powstała taka oto bajka.

TAJEMNY DAR

Dawno temu Dobry Pan stworzył świat. I było w nim wszystko. Drzewa i kwiaty, zwierzęta i ryby. Stworzył
także Adama i Ewę - pierwszych ludzi. I dał im ten cały wcześniej stworzony świat. Jednakże ludzie zawiedli
go, bo złamali umowę. Ewa zerwała jabłko z drzewa dobra i zła a Adam je zjadł. I za to pierwsi na świecie
ludzie zostali wygnani z rajskiego ogrodu.

I odtąd pierwsi ludzie już nie byli szczęśliwi. Trapiły ich choroby, nieszczęścia i kłopoty. Dobry Pan widząc,
że kara którą na nich zesłał jest sprawiedliwa i skuteczna, ale okrutna postanowił im tą karę nieco złagodzić.
I posłał na ziemię do tych pierwszych ludzi (Adama i Ewy) Anioła o siwych oczach i jasnych włosach.
I przykazał mu, aby tym pierwszym ludziom onże Anioł wręczył dar.
- Tajemny dar.

I zdarzyło się, że Anioł o siwych oczach i jasnych włosach zstąpił na ziemię i przemówił ludzkim głosem do Ewy.

- Ewo! Oto przynoszę ci od Dobrego Pana tajemny dar!
- A jaki to dar mi przynosisz? - zapytała Ewa. 
- To jest tajemny dar - Odpowiedział Anioł o siwych oczach i jasnych włosach.

- A co to znaczy, że to jest tajemny dar? - Zapytała Ewa.
- Oznacza to, że ten dar który tobie przynoszę od Dobrego Pana jest darem niezwykłym. Masz go i nie
  masz go jednocześnie.

- Nie rozumiem co to znaczy, że mam go i nie mam jednocześnie.
- Prawidłowo rozumujesz, bo oto - uważaj! - Wręczam ci go, a ty sama musisz odkryć co to jest za dar!

- A co to takiego ten dar dla mnie?
- Nie mogę ci o nim powiedzieć wprost. - Powiedział Anioł o siwych oczach i jasnych włosach.
   Ten dar jest dlatego tajemny, że sama go musisz odkryć w sobie!
- Nie rozumiem. - Drugi raz powiedziała Ewa.

I wtedy Anioł o siwych oczach i jasnych włosach uroczyście rzekł do niej tak:

- Oto każdy człowiek ma 5 zmysłów: wzrok, słuch, węch, dotyk, smak... .
- Tak właśnie trochę się domyślałam. - powiedziała Ewa. - A więc ten tajemny dar wiąże się z którymś 
ze zmysłów?
- Tak, właśnie tak! - Wykrzyknął Anioł o siwych oczach i jasnych włosach.  
- Każdy człowiek ma od dzisiaj tajemny dar, ale sam musi go w sobie odszukać. I ty też Ewo! Szukaj 
go w sobie a Twoje życie będzie szczęśliwe! 

- Kiedy go w sobie odkryjesz, nie będziesz już więcej smutna. Być może kiedy odkryjesz w sobie dar 
słowa, zostaniesz wielką pisarką. Kiedy będziesz umiała patrzeć, może zostaniesz wielką malarką. 
A kiedy odkryjesz swój tajemny dar w słuchu to może będziesz pisać melodie i komponować muzykę? 
Szukaj swojego daru! - Wykrzyknął Anioł.  

- Nikt nie wie kto jaki dar otrzymał od Dobrego Pana. Każdy go musi sam w sobie odkryć. Odkryj 
w sobie ten tajemny dar i ty!  ...ale biada temu kto się będzie lenił i zaprzestanie szukać w sobie tajemnego
daru! Nikt nie jest za młody i nikt nie jest za stary, żeby porzucić myśli o odkryciu w sobie tego skarbu!

A kiedy znajdziesz już w sobie ten tajemny dar (np. malowania wspaniałych obrazów czy pisania 
pięknych opowiadań) to należy ten tajemny dar w sobie rozwijać. ...bo nic człowiekowi po
najwspanialszym darze, gdy go nie będzie rozwijał!

Malarz  codziennie m u s i  malować obrazy,
                             pisarz   m u s i  codziennie pisać ciekawe historie,
                                                    a poeta niech  c o d z i e n n i e  układa swoje wiersze!

*   *   *

Ta bajka została napisana w Hajnówce przez Martynę Kaczmarczyk lat 5 i jej wujka, w niedzielę, 

dnia 5 sierpnia 2012r. w godzinach 18:12 - 19:03.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Koniec (306)



Chyba już nie lubię tańczyć jak mi grają ;-)
Oczywiście, że chodzi o teatr.
"Baj Pomorski".

poniedziałek, 10 grudnia 2007

Sen (63)

To b y ł a piękna bajka... .

c

Na wysokich obrotach.

c

Z olśniewającym wejściem.

cc

I stałym widokiem na ten nasz cudowny, bajkowy świat.

c

...teraz jednak czas wracać na ziemię.



- Pozdrowienia dla Szarego Kapturka :-)

Podziel się