Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2026

Piękna historia o tym jak... (2439)

Pewnego razu (kiedy jeszcze mieszkałem w Londynie) otrzymałem zaproszenie na uroczyste śniadanie z okazji otwarcia Reading Room w British Museum. Śmietanka towarzyska była poruszona! Otrzymanie tego zaproszenia przyrównano do nobilitacji mojej skromnej osoby za osiągnięcia zawodowe. Jestem przecież tylko  inżynierem który projektuje i (co równie ważne!)  obsługuje maszyny parowe, głównie lokomotywy.

Być w tym miejscu i o tym czasie to był szczyt wytworności i elegancji! Po trzygodzinnej biesiadzie  oraz licznych toastach (mój mentor sir Isambard Kingdom Brunel też przemawiał!) przeszliśmy do sali Reading Room. 

Podano tam zgodnie z indywidualnymi życzeniami gości foliały, książki i czasopisma.

Zażyczyłem sobie najnowszy numer The Ilustrated London Advertiser, gdzie zwróciło moją uwagę pewne ogłoszenie zamieszczone (o dziwo!) po polsku!

Otóż pewien inżynier i naukowiec usilnie poszukiwał specjalisty teoretycznego (ale i praktyka!) od najnowszych maszyn parowych. Ponieważ miałem za sobą podróż do Ameryki (gdzie w Shenectady niedaleko New Yorku) zgłębiałem tajniki konstrukcji Big Boy'a  teżjże  l e g e n d a r n e j  lokomotywy amerykańskiej...

...i miałem za sobą paroletnią pracę w biurze konstrukcyjnym Warsztatatów  Naprawczych Warszawsko-Wiedeńskiej Kolei Żelaznej zainteresowało mnie to ogłoszenie. 

Tam też nie tylko od strony rysunków technicznych ale i od kanałów rewizyjnych i stanowisk montażowo - naprawczych miałem możliwość zgłębienia niemieckich konstrukcji lokomotyw parowych.

Mając takie doświadczenia śmiało się zgłosiłem, mimo iż w lotniczych urządzeniach to niespecjalnie byłem biegły. Co tu dużo mówić: nie wiedziałem o nich nic!

Spotkanie z kapitanem Leonem Anastazym Wierzbickim było krótkie, konkretne i... nad wyraz serdeczne! Tym sposobem zacząłem się szkolić do tego eksperymentalnego lotu.

No nie powiem, że wszystko wychodziło mi łatwo, ale czyniłem na tyle zauważalne postępy, że kapitan Wierzbicki szkolenie to skrócił.

I wreszcie nastał ten dzień, kiedy to po ostatecznych przeglądach technicznych załadowaniu paliwa i żywności samolot wystartował!

Na pokładzie było tylko nas dwóch. 

Kapitan pilotował maszynę coś często spoglądając na swój chronometr. I wtedy zdarzyła się katastrofa! 

Nagle ciśnienie na manometrach skoczyło pod sufit! To nie powinno się zdarzyć. Samolot zamiast miarowego dudnienia wynikającego z pracy parowego silnika i szumu śmigieł wpadł w jakieś turbulencje o gwałtownych drganiach i huku o niespotykanej sile!

Miałem za sobą wylatane dobrych kilkaset godzin i niespotykany dotąd widok trzaskających manometrów na dobre mnie przeraził.

Kapitan na moje wołanie poprzez rurę głosową odpowiadał tylko: Spokojnie, spokojnie, szok zaraz przejdzie... . I rzeczywiście, po  chwili wszystko ucichło.

Za oknem pojawił się nowy, zupełnie NOWY ŚWIAT. 

W chwilę potem prowadzona pewną ręką kapitana Wierzbickiego maszyna z łoskotem osiadła na powierzchni nieznanej planety.

Mimo wszystko wylądowaliśmy szczęśliwie. Tylko gdzie jesteśmy? - zapytałem. Zabłądziliśmy! - odpowiedział kapitan. ...ale spokojnie TEST SIĘ POWIÓDŁ! - Trzeba tylko odszukać drogę powrotną na Ziemię... . Teraz dopiero zabaczyłem co skrywała jego skrzynka którą zawsze miał przy sobie. To jest sumator lampowy i służy do... . I tu nastąpiły objaśnienia z których wynikało, że jest to maszyna matematyczna służąca do wszelkiego rodzaju obliczeń.

Póki co - kapitan powiedział: Dajmy sobie trochę luzu i odpocznijmy. Mamy czas. I zaczął opowiadać o tym co to są rzeczywistości równoległe, czarne i białe dziury oraz jak można podróżować w czasie i przestrzeni. Celem naszej wyprawy było więc  przemierzenie tunelem czasoprzestrzennym tej samej drogi co ISTOTY OBCE. Jak powszechnie wiadomo, ONI aż nazbyt często odwiedzają naszą Ziemię - co jest faktem bezspornym i naukowo udowodnionym.

A skąd się o tym dowiedział? Otóż trafił kiedyś do klasztoru św. Katarzyny na Górze Synaj. Warto wiedzieć, że tamtejsza biblioteka jest najstarszą nieprzerwanie działającą (od założenia w VI wieku) aż do dziś. W tymże klasztorze badał zwoje papirusów egipskich oraz pewne tajemnicze palimpsety. Spotkał tam Bibliotekarza, który naprowadził go na temat możliwych podróży galaktycznych.

Przy pomocy swojego wynalazku jakim był jego abakus oraz szeregu przystawek do niego, po serii długotrwałych i skomplikowanych obliczeń udało mu się stosunkowo precyzyjnie ustalić położenie właściwych portali czasowo - przestrzennych oraz ich dostępności z dokładnością do kilkunastu sekund.

Jednakże wskutek błędnego założenia (setne a nie dziesiąte części sekundy!) trafiliśmy pod nieco zmieniony adres. Teraz wystarczy wprowadzić poprawki i z powrotem wrócimy na Ziemię. Aby to wszystko obliczyć z poprawką na cofnięcie się w czasie (żebyśmy już nie musieli drugi raz odbywać podróży pod zmieniony adres) potrzeba nam nieco czasu i odpoczynku.

Na takie dictum zostawiłem Kapitana z jego niesamowitymi urządzeniami udając się na krótki spacerek po okolicy.
- Było się czemu dziwować!

UWAGA! Nie otrzymałem upoważnienia aby opublikować więcej obrazów z tego spaceru.

Jeden znak od Kapitana i już wiedziałem, że wszystko jest OK! Pozostało jeszcze tylko wydostać się z Nowego Świata i szczęśliwie powrócić na Ziemię.

Czy były kłopoty gdy wracaliśmy? OCZYWIŚCIE, ŻE BYŁY, ale... najważniejsze, że powrót zakończył się szczęśliwie.

Do dziś łezka mi się w oku kręci na wspomnienie tej przygody!

Po tych przełomowych dla mnie wydarzeniach tak się zakochałem w samolotach parowych, że dość szybko (w indywidualnym trybie i z czerwoną odznaką!) ukończyłem państwowy kurs pilotażu na samoloty parowe.
- No i zacząłem już samodzielnie latać!

A na czym latałem? Na wszystkim co było dla mnie dostępne! ...a za punkt honoru przyjmowałem, żeby od razu nie zasiadać za sterami. Naukę latania na danej maszynie  z a w s z e  zaczynałem terminując jako palacz pokładowy. Nie chwaląc się... . Dzięki temu zyskiwałem dogłębną wiedzę o danym aeroplanie a w środowisku awiatorów prawdziwy szacunek i uznanie dla moich wysiłków.

Z rozrzewnieniem wspominam giganta AG - 1903, któremu już chyba żaden inny powietrzny statek parowy nie dorówna pod względem stabilności lotu czy komfortu podczas przelotów do Ameryki. Nie to, żebym go faworyzował (co mu się zresztą należy!), bo przecież innym maszynom też niewiele do wspomnianej doskonałości brakowało.

Francuska elegancja i łatwość pilotażu takiego AETHERa na zawsze pozostanie w mojej wdzięcznej pamięci.

Nigdy też nie zapomnę dowodzenia przelotami potężnym samolotem  transportowym w służbie Jej Królewskiej Mości.
- Tak było... .

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od zaproszenia na pewne eleganckie wydarzenie... . Tam wtedy przeczytałem pamiętną gazetę z ogłoszeniem które zmieniło moje życie. 

TAK, tą gazetą mam do dziś i jest to najlepszy dowód na to, że wszystko co tutaj pokazałem było i jest naprawdziwszą prawdą.

...a gdyby komuś tego wiarygodnego świadectwa było mało to dodatkowym dowodem jest moja (bogato ilustrowana)  książka która się niedawno ukazała w imponującym nakładzie 32,5 tys. egzemplarzy! W przypadku kłopotów z jej zdobyciem  zawsze można się ze mną skontaktować pod toruńskim adresem gdzie od dłuższego czasu mieszkam. Może będę mógł pomóc.

PS. Proszę mnie nie pytać czy jeszcze kiedykolwiek trafiłem do Nowego Świata.
- To jest moja tajemnica i niech tak pozostanie.



czwartek, 17 czerwca 2021

Kąkol i "Kąkol" (2216)

Tu Wielka Nieszawka! Powtarzam: Wielka Nieszawka. Drogę rowerową tu budują. Powtarzam Budują. Drogę rowerową!

Dojazd do stacji Cierpice / Kąkol przypomniał mi, że nie samym rowerem człowiek żyje. Spieszę donieść, że ostatnio odkryłem Zośkę Papużankę. KOGO?! No przecież mówię, że ona Zośka Papużanka się nazywa. Naprawdę! Teraz jej książkę czytam. Tytuł tego czytadła jest właśnie: "Kąkol".
 
Jestem tak skołowany tym Jej pisaniem, że nie wiem co o tym stawianiu liter myśleć. Jak tylko przeczytam parę recenzji "Kąkola" to dam własny głos.

Zobaczywszy ten znak zrobiłem psikusa grupie rodzinnej przechadzającej się po leśnych ostępach w okolicach Cierpic.

Na zadane im pytanie co ten znak oznacza wykazali się niewiedzą, skutkiem czego mogłem wygłosić płomienną przemowę na temat Drogi Jakubowej i mojego z niej związku.

Przydługa wypowiedź została przyjęta ze zainteresowaniem a nawet ze zrozumieniem. Z ich min można było wyczytać, że dziwnych ludzi można spotkać także w środku lasu.
 
Przy tym kamieniu dopadło mnie oficjalne ostrzeżenie (komunikat RSO) o nadchodzących wichurach, burzach z piorunami oraz tornadach. Całość zapowiadano, że ma się odbyć w towarzystwie deszczu o charakterze monsunowym i (być może nawet) gradu!

W panice uciekając do domu mimo wszystko natrafiłem na jedyne w okolicy bezpieczne przejście (sygnalizacja świetlna!) przez trasę nr DK 10, która jak wiadomo jest bez poboczy i grozi śmiercią lub kalectwem każdemu rowerzyście który odważy się po niej jechać.  

Na wszelki wypadek (żeby nie było wypadku!) podaję współrzędne tego punktu ratującego nie tylko zdrowie ale i życie. Znajduje się ono pomiędzy Chałupą "Jadło z grilla" oraz Barem "Żurek na wynos", czyli  dokładnie tu: 52.9938794, 18.4692146.

Dalej było tak, że igrałem z Losem! Zamiast pognać ścieżką rowerową luksusową prosto do Miasta poniosło mnie obok "Olendra" do wałów przeciwpowodziowych.

"Zielona strugę" przekroczono wesoło pogwizdując płucami z wysiłku. Wszak spieszyło mi się, bo przecież już za chwilę burza -  już za chwilę grad mnie dopadnie... .
   
I tak gnałem na łeb, na szyję, na złamanie karku wzdłuż wałów tych. Droga gliniasta na wiór wyschnięta była. A burza się chmurzyła, a burza wciąż ostrzegała i groziła!
 
W końcu zrobiłem to zdjęcie o które mi chodziło i spokojnie już na luzie a bez pośpiechu powrócono do domu. 

Deszczu żadnego tego popołudnia (ani wieczora!) nie było.

PS. Wspomniana książkę pt. "Kąkol" napisała Zosia Papużanka, teatrolog z wykształcenia, nauczycielka języka polskiego z zawodu a pisarka z wyboru.
 
No cóż: jedni z zamiłowania jeżdżą na rowerze a inni piszą książki aby ci rowerowi mieli co czytać.
c.b.d.u.

wtorek, 12 maja 2020

Książka której nie polecam (2150)

Żeby sobie nie myśleć, że nic tylko a na rowerze jeżdżę! Czasem czytam cokolwiek.

HRABIA to powieść łotrzykowska jest i tylko rano mogę ją czytać. Na noc taka lektura niewskazana! Barwne opisy, dramatyczna i wciągająca akcja koszmarne sny sprowadzają.... .

Pan pisarz (debiutant) solidnie odrobił lekcję przed napisaniem tej powieści. Bogaty pełen niuansów, starannie przeprowadzony  research  przed napisaniem książki zaowocował takimi perełkami z życia przedwojennej ferajny, że sam autor "Złego" by mógł pogratulować! (Cenny jest ten słowniczek zamieszczony na końcu.)

Mimo wszystko nie polecam tej lektury: za ciężkie to klimaty! Niemniej zrozumiem każdego kto czytać się ją odważy.

A tak w ogóle... co się czyta obecnie?!
- Można polecać.

piątek, 10 kwietnia 2020

Amok (2139)

Wczoraj dotarło do mnie, że dostęp kwietniowy do LEGIMI będzie zerowy. No to ostatnim wysiłkiem spróbowałem coś tam nadczytać. Padło akurat na BYLE DALEJ. Zafrapował mnie tytuł pasujący do mojego wyścigu z mailem od LEGMI, że wygasł mi kod na ten miesiąc.

I tak w każdej chwili spodziewając się odcięcia od lektury pogoniłem. Dzisiaj rano uwierzyłem w to, że może, że jak szczęście mi będzie sprzyjać to zdążę. Chyba zdążę.
- No i jak widać... dałem radę!

A sama lektura okazała się fascynująca! Przed chwilą zakończywszy czuję się jak po przejażdżce rollercoasterem. Emocje buzują nie tylko, z powodu żeby zdążyć, treść podnosi ciśnienie!

Tak wiele tam opisano wrażeń, barwnych miejsc i ludzi, że czuję jakby ktoś puszczał mi slajdy z szybkością 1/sek., a przecież trzeba je czytać z namysłem i mapą w ręku, delektując się pokazywanym bogactwem.

Miasta i kraje migają w tej książce w niesamowitym pędzie równie szybko jak barwne zdarzenia które przytrafiają się podróżnikom.

Taka lektura uczy pokory i pozwala w szerszej perspektywie a z przymrużeniem oka ocenić własne plany podróżnicze.

PS. Przede mną Do SANTIAGO, ale już czytane na platformie ibukLIBRA chociaż (z uwagi na przedświąteczny czas) właściwszą lekturą byłaby TOKIMEKI - Magia sprzątania, albo też... samo sprzątanie. Za co się najpierw biorę!

czwartek, 26 czerwca 2014

Walka książki z czytnikiem (1359)























Papierowa książka... . A po co komu ona dzisiaj? Dawniej dom inteligenta można było
poznać po zapełnionych pólkach. Zapach papieru, (i jeszcze dawniej) farby drukarskiej,
szorstkość lub gładź okładki i kartek... . To wszystko już było i czytanie z papierowych
stron wydaje się być coraz bardziej archaiczne i rzadziej spotykane.
- Aż żal.


Znajomy Pan Doktor - którego serdeczną przyjaźnią dumnie cieszę się od dziesiątków 
lat - widząc, że tylko z czytnika korzystam litościwie pożyczył był mi Pewną Książkę.
Przepięknie wydane tomiszcze poczytnego autora, o okładce takiej, że już sam jej dotyk
wprawia w ekstazę.
- I zadziwiająco lekka jak na te swoje 800 stron Ona jest... . 























Odzwyczajony od papieru z pewną nieśmiałością zabierałem się do jej przeczytania.
I tak mi na tym zabieraniu się do czytania zeszło pół roku. Lepsza Połowa Mojego
Świata mając pożyczoną lekturę dawno już przeczytaną - a zniecierpliwiona moją
przedłużającą się zwłoką  - wzięła się na chytry sposób:

- Drogi mężu, taka jestem dzisiaj zmęczona - poczytaj mi proszę na dobranoc!
O trzy (No najwyżej cztery!) kartki proszę, tak żeby dobre sny przywołać ukołysana 
twoim jedwabistym głosem... .

Osobiście to nie wiem nic o tym jakobym był posiadaczem jedwabistego głosu
(chociaż w pewnym radyjku też się kiedyś pracowało!), niemniej jednak mile połechtany
dałem się wziąć na na lep pochlebstwa i... .
- I nie wiadomo kiedy wsiąkłem w to czytanie całkowicie i ostatecznie!























Ocknąłem się po dwóch godzinach wśród nocy ciemnej. Dalej - jak łatwo można było
przewidzieć - Książka pochłonęła mnie całkowicie. Każda wolna minuta, każdy kwadrans
wyszarpnięty życiu w całości były przeznaczane na konsumpcję papierowej zawartości.



Dzisiaj bogatszy o nowe doznania (a właściwie przypomniawszy sobie zapomniane)
z czystym sumieniem ściągnąłem sobie najnowszą wersję calibre.
- Chyba znowu sobie poczytam "Krainę chichów"... . 














Jeżeli ktoś jeszcze nie przeczytał całego dorobku Stefana Grabińskiego (a co najmniej
jego "Demona ruchu") to proszę nadrobić ten dyskwalifikujący w dobrym towarzystwie brak.
- Będę sprawdzał na wyrywki. 

PS. A co zastąpi E-Booki?





Podziel się