Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiatr. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2026

Góra św. Wawrzyńca (2428)

Cel główny: Góra św. Wawrzyńca.
Pogoda: duża wilgotność, czasami słonecznie, wiatr słaby i chłodny.
Nastrój:  wspaniały
Kondycja: niezła.

Korzeniami poprzerastana coraz bardzej Ścieżka Unisławska minęła bez większych zdarzeń. Unisław - jak zwykle - niczym nie zadziwił.

Miasteczko nadal robi smutne wrażenie.

Wujek Gugiel uparcie nakłaniał mnie: jedź tą drogą! Mimo wielu ostrzeżeń, posłuchano go.

Tu już było chłodno. Wiaterek coraz bardziej porywisty wiał.

Przed takim zjawiskiem pogodowym za kukurydzą się nie schowasz!

Sama Góra nie zrobiła większego wrażenia... . Może dlatego, że dawno mnie tu nie było, a może dlatego, że  paralotniarzy nie było - na co po cichutku liczyłem.

...a może dlatego, że ona stoi na szczycie monumentalnej skarpy (50m wysoka!) a ja byłem zaledwie u podnóża Góry?

Polanka tuż obok zachwycała kompozycją, ale bez słońca tego nie można pokazać.

...a ono SŁOŃCE wzięło się i schowało za bure chmury i Basen Unisławski* był - jak widać - płaski niczym naleśnik.

*BU - to meandrowe rozszerzenie Doliny Wisły o szerokości 8 - 10 km, przy średniej wysokości skarpy 30 - 35m.

W piękną, słoneczną pogodę tylko dla tego punktu widokowego warto tu przyjechać! Ponoć odbywa się tutaj sporo imprez czego w Toruniu zupełnie nie odczuwamy. Niestety.

W drodze powrotnej zobaczono te dwa obrazki.



Drepcząc pod górkę z Dolnego Gzina. YES, to mogłoby być ważne zdjęcie z jesiennego pleneru, ale bez światła i komórką?! NIEMOŻLIWE.

Tuż przy stawie w Gzinie (Górnym) odpoczywano. Warto było zaczekać z kanapkami do tego momentu.
- Poleca się tą miejscówkę.

PS. RODO nie pozwoliło pokazać, ale za plecami dzieci radośnie szczebiocząc zbierały kasztany. Jesień idzie panie! Jesień już nadejszła.

Tego dnia przejechano dokładnie 100 km, po następującej trasie:  https://tiny.pl/z0zns9wdh

wtorek, 16 czerwca 2026

Pałac w Ostromecku (2401)

Było się dziś w mało reprezentacyjnym Ostromecku. Ot, przejażdżka taka jak jedna z wielu. Nic szczególnego gdyby nie wiatr 18-20 km/h w twarz wiejący. W porywach zdarzało mu się dmuchać do 50 km/h.

Rano (6:30) umiarkowany chłodek, potem robiło się jakby cieplej aleć przecież nie na tyle żeby zdejmować bluzę.

Słońce co jakiś czas wynurzało się spoza burych chmur udając, że jest zainteresowane świeceniem, a nie było.

Pałac okazał się być tu i ówdzie remontowany.

UPRZEJMIE DONOSZĘ KT (Komu Trzeba), że nadal nie ma na jego terenie infrastruktury dla rowerzystów! Brak choćby zwykłej wiaty położonej w ustronnym miejscu coby gości pałacowych nie ranić widokiem kasków czy rowerów. No chciałoby się w kulturalnych warunkach zjeść kanapkę przegryzaną jajkiem na twardo... . 

Były za to maszyny warczące trawę ścinające. W tym upiornym grzechotaniu nie można było odpocząć więc najszybciej jak było można pognałem do domu. 

Jak wróciłem do Torunia to nie wiem, bo trasy powrotnej nie pamiętam chociaż popamiętam tą przejażdżkę na długo. 

Ocknąłem się dopiero na Chełmińskim Przedmieściu ze zdziwieniem zauważając znajome obiekty... . TAK, ten wiaterek dał w kość.

Ogółem to było 77 km po takiej oto trasie: https://tiny.pl/jmg0y7krx.

PS. Zastanawiam się co mną kierowało tuż przezd dojazdem do celu. Mając do wyboru wypasioną ścieżkę rowerową  po lewej pojechałem jednak na prawo. Dzięki takiej decyzji mogłem sobie przez parę km brnąć po piachach. Ogółem jednak nie było źle, bo piachy mokre były i tylko parę razy przepychałem przez nie rower.

czwartek, 12 maja 2022

Dzień 03: Kiszkowo - Poznań: 36 km (2247)

Mimo dokładnej (zdawałoby się) rozpiski dziennej było spore błądzenie po okolicy Kiszkowa. Starannie zdawałoby się zaplanowana trasa kręciła, zawracała i wprowadzała w błąd. Lokalsi jakoś też byli mało pomocni, co raz to wskazując przeciwne kierunki jazdy... .

Na domiar złego GPS w komórce zawodził tak, że konieczne było przeładowywanie telefonu. I to wszystko dałoby się jakoś wytrzymać, gdyby nie... WIATR. Odbierał siły, pozbawiał motywacji i dawał przystęp zwątpieniu, czy dzisiaj mogę jeszcze gdziekolwiek dojechać. Bliski zdawałoby się Poznań oddalał się ode mnie z każdą górką, wraz z  h u r a g a n o w y m  wiatrem.

Wtedy to wpadłem na genialny pomysł żeby odpocząć u Olgierdów! W Poznaniu dotarłem do przyjaciół chyba tylko dzięki silnej woli i pewnemu chytremu trickowi. W uznaniu swojego marnego stanu fizycznego zacząłem sobie przyznawać prawo do odpoczynku do małych (ale jednak) przerw w jechaniu. Nie było więc już upartego gnania przed siebie tylko co przystanek autobusowy 10 minutowa przerwa... . 

Zupełnie zdezorientowany co do przyczyn swojego marnego stanu w końcu dotarłem do ich mieszkania. Już w domowym ciepełku powoli dochodząc do siebie - zawiedziony w swoich planach - zadawałem sobie ustawicznie pytanie: DLACZEGO? Co się stało, że musiałem po żenująco krótkiej trasie przedwcześnie zajechać na odpoczynek?! 

Ugoszczony po królewsku (polędwiczki! polędwiczki!) mogłem się wykąpać w sposób niekrępujący, bo Irenka poszła do szkoły (jak to nauczycielka!) biorąc czynny udział w organizacji egzaminu poprawkowego.

Tuż po jej wyjściu była krótka rozmowa z Domem i zapadłem w letarg. Po przebudzeniu się mogłem (nie rozumiejąc tego załamania formy) przemyśleć to i owo robiąc jakieś chaotyczne zapiski. Z podsumowania wyszło, że tego dnia przejechałem całe 36 km. Na trzeci dzień przejechałem tyle a  gdzie Santiago? (Jakie Santiago?!)

Wieczorne spotkanie z Olgierdem - gdy wrócił z pracy - dało mi możliwość poznania go od zupełnie innej strony. Okazał się być kwalifikowanym podróżnikiem co precyzyjnie miał udokumentowane sprawozdaniami, pieczątkami, zdjęciami. Gdybym miał promilową część jego doświadczenia podróżniczego to takiej wpadki jak dziś bym nie zaliczył :-)
- Po krótkiej rozmowie mogłem już wpaść w czarną dziurę z której dopiero świt mnie wybawił.


 

czwartek, 6 sierpnia 2020

Północna Droga Jakubowa - Dzień 07_OLECKO - ŚWIĘTA LIPKA_110 km (2166)

Rano ze świetlicy w Olecku chcieliśmy się szybko zbierać, tak aby zdążyć na mszę o 7:00. Jesteśmy przecież pielgrzymami, jedziemy Drogą św. Jakuba! Ostatecznie jednak byliśmy tylko na modlitwie. Naprawdę prędzej się nie dało!

Te poranne i wieczorne msze stały się już rytuałem. Zwykle przyjeżdżamy kiedy odprawiana jest msza czerwcowa więc w sposób naturalny poznajemy się od razu z proboszczem (albo i nie) i często jest to dobry sposób na zaprezentowanie się oraz rozpoznanie swoich intencji i zamiarów.

Przydrożny kościół w miejscowości Wydminy zaciekawił nas bogatym wystrojem rzeźbiarskim.







Po drodze okazało się, że pielgrzym Piotr ma niespożyte siły! Gdy ja odpoczywałem dogorywając w cieniu czegoś (czego?!) on dał radę się wykąpać w jeziorze... .


Nie musiało być ze mną aż tak źle skoro zauważyłem sztukę ludową na widok publiczny przed barem wystawioną.

W Giżycku zaszło się po pieczątkę do parafii kościoła pw. św. Brunona z Kwerfurtu. Po niebotycznych wschodach się wchodziło!

Powiało wielkim światem i odpowiednimi do niego pieniędzmi :-) gdy zajechaliśmy do Portu Yachtowego.







Do cerkwi pw. św. Bazylego w Kętrzynie po pieczątkę do"Paszportu Pielgrzyma" nie zaszliśmy. A było blisko tego! W końcu to chrześcijańska świątynia jest i także tam św. Jakuba znają.

Ostatecznie miasto Kętrzyn zostało ukarane brakiem pieczątki w naszych "Paszportach", bo nie udało nam się spotkać z jakimś księdzem. Budynki na plebani i obiekty parafialne były pozamykane koronawirusem na głucho a telefonów nie odbierano.

Po drodze przy okazji podbijania paszportów od jakiegoś wiekowego księdza (Którego? W jakim kościele?) dostałem medal papieski. Głupio się tłumaczę, ale nawet tak wyraźne fakty nie zapisane od razu umykają... .

To chyba przy tej okazji była pełna życiowej mądrości, prosta porada - zapytanie: Synu, czy ty naprawdę robisz wszystko aby szczęśliwie przebyć i (co ważne) równie szczęśliwie powrócić do domu?! Pamiętaj: rodzina na Ciebie liczy - oni na Ciebie czekają!
- Myślę, że On samotnie mieszkający na plebani potrafi docenić dobro wynikające z bycia wśród bliskich.


Przyjazd do Świętej Lipki odbył się uroczyście i (znowu!) na ostatnich oparach elektryczności. Dobrotliwy ksiądz proboszcz zaproponował - z czego skwapliwie skorzystaliśmy - spanie w "Domu Pielgrzyma" i naprawdę starannie objaśnił jak do niego spod krużganków dojść.

Mimo tego ciekawe było to dojście do"Domu". Mimo detalicznego objaśnienia co i jak sam nie dotarłem tam. A przecież ks. proboszcz dobrze tłumaczył... . Po prostu nie kumałem ze zmęczenia i opacznie rozumiałem nawet proste wskazówki.





"Dom Pielgrzyma" w Świętej Lipce to jest obiekt już nadgryziony zębem czasu, ale profesjonalnie przystosowany do ruchu pielgrzymkowego.

Tu jest pełna infrastruktura a nawet pralka którą ochoczo i fachowo obsłużył pielgrzym Piotr. Jestem mu za to wdzięczny gdyż sam nie znam tego tajemniczego urządzenia.

Wspólny pokój z Piotrem oznaczał, że będę musiał spać w woskowych stoperach, bo inne słabo tłumią. Co ciekawe: jemu moje chrapanie - głośne przecież - nie przeszkadza! Wcale.

W związku z tym, że obydwoje byliśmy pół żywi (tiry, górki, wiatr, ciepło) kolektywnie a całym dwuosobowym zespołem postanowiliśmy jutro odpocząć.

Odpoczynek polegał będzie na czymś co znowu Piotr wymyślił. Doczytał się gdzieś w internetach, że o 9:30 będzie prezentacja organów świętolipskich. Udział w tym koncercie jest płatny, ale na coś te nasze przeogromne zasoby finansowe trzeba przecież przeznaczać. W końcu za nocleg zapłaciliśmy zaledwie a’ 35 zł.

Pięknym podsumowaniem tego dnia była fantastyczna zupa flakowa którą w barze naprzeciwko sanktuarium wybrał Piotr. Pani która stała za kontuarem była żywo zainteresowana naszą pielgrzymką. Wyrażała podziw i w ogóle promieniowała życzliwością co nas przyjemnie zdziwiło.
- To był kolejny, zwalający z nóg, upalny dzień.


Podziel się