Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 maja 2022

Podsumowanie I ETAPU: (2256)

TRASA / NOCLEGI: Toruń - Strzelno - Kiszkowo - Poznań - Osieczna -  Jakubów - Bolesławiec - Lubań + Lubań - Pieńsk - Łęknica - Toruń (= 602 km)

Opis poszczególnych dni znajduje się TUTAJ.

W N I O S K I :
1. Wskutek braku znajomości standardowych długości przejazdów zaplanowano zbyt duże (przesadnie optymistyczne) odległości dzienne (na 70 / 80 km!) nie licząc się z ograniczeniami wiekowymi. Na długich trasach planowana odległość dzienna w moim przypadku winna oscylować w okolicach 55 km/dzień. Realne odległości i tak zwykle są większe.

Śledząc grupy rowerowe dzienne przejazdy kilometrowe poniżej 70 kilometrów uznawałem za dyshonor i lenistwo :-). A prawda jest taka, że wcześniej wspomniane 55 km to jest dla starszego pana na takich dystansach odległość optymalna. Nie tylko zresztą dla niego. Pielgrzymki rowerowe dalekobieżne organizowane przez profesjonalistów projektowane są z uwzględnieniem takich właśnie dziennych przejazdów.
- Teraz to wiem.

2. Brak wytrenowania. Tutaj bije się we własne piersi aż dudni. Wyjeżdżałem z przeświadczeniem, że kondycję na tak długiej trasie zdobywa się w trakcie jej przemierzania. Założenie słuszne, ale przy
 s t o p n i o w y m dociążaniu organizmu. A nie tak hurra optymistycznie od samego początku. (Co, ja nie dam rady?! Dam radę, dam!) Sprawiedliwie trzeba przyznać: nie potrenowałem sobie przed wyjazdem :-) Myślę, że jak nie rowerem to trzeba było dociążyć organizm na pływalni, aby zrekompensować braki kondycyjne.
- To się uwzględni na następnym etapie!

3. Zdrowie musi być! A jak to było? Wyjechałem na kaszlu. Znaczy się przeziębienie miałem, takie małe, malusieńkie. No kaszlałem sobie nieco trochę. …ale przecież nie mogłem już czekać! Droga wołała. Droga mnie uleczy: tak myślałem. I początkowo tak było. Pod koniec jednak niezdrowie wróciło z taką siłą, że… wiadomo co. A więc: jaki wniosek?

Aby fizycznie sprostać takiemu zadaniu jak Droga trzeba (po prostu trzeba!) zdrowym być! Tak, tak - wiem, że to truizm, ale jednak w tamtym wypadku nadmierny (jak się okazało) optymizm wygrał ze realem.

4. Liczne (aż nadto!) przypadki mylenia drogi wynikały z:
- braku praktycznego doświadczenia w planowaniu i wykorzystaniu wytyczonych tras. Rozpoznawanie na elektronicznych mapach tras dla pieszych, zmotoryzowanych czy rowerzystów i ocena ich przydatności na danym etapie to nie jest coś co można “siłą swego umysłu” pokonać: Żadne główkowanie tu nie pomoże, frycowe na drodze trzeba było zapłacić!
- słabej znajomości programów prowadzących (Google Maps, Maps.me czy Mapy.cz). No niby to proste programy są, ale… .
- Tak, tak! Diabełek tkwi w szczegółach.
- nadmiernej ufności lokalsom bez uwzględniania ich braku rowerowego doświadczenia. Oj, dawałem się nabierać na te “bajania i życzliwe wskazówki”! Warto zwrócić uwagę, że ludzie w dobrzej wierze chcąc się wykazać znajomością tematu często wprowadzali w takie maliny, że… . Przy korzystaniu z niektórych porad trzeba wykazywać się naukową czujnością sprawdzając daną informację pod kątem “czy prawdą jest jakoby”. Zmęczenie sprzyja łatwowierności i często słyszymy, tylko to co sami chcielibyśmy usłyszeć.

5. Jechałem w niedzielę co oznaczało:
- brak uszanowania dla tego specjalnego dnia. To był błąd do którego, aż trudno się przyznać. Po tym drogowym doświadczeniu wbiłem sobie do głowy jako pewnik (przecież już bardzo dawno ustalony!), że: PAMIĘTAJ ABYŚ DZIEŃ ŚWIĘTY ŚWIĘCIŁ. To jest dzień na przemyślenia, uspokojenie myśli, uporządkowanie “swojego świata tu i teraz”. Czas na ogólną refleksję, prośby i podziękowania.
- brak należnego odpoczynku. To jest ta “magia kilometrów”. No, bo przecież w niedzielę na drodze jest mniej aut i jedzie się bezpieczniej. No,  bo przecież muszę teraz zaraz i natychmiast przejechać jak najwięcej kilometrów tych… .
- Praktyka pokazała, że nie muszę.

Jak widać entuzjazm dla podjętej decyzji o przemierzeniu Drogi przysłonił realne możliwości. Nigdy nie zapomnę tego uczucia zawodu jaki odczuwałem przed tymi wszystkimi którzy mi zaufali! Dopiero realne spojrzenie na całą pielgrzymkę przywróciło mi równowagę. Skoro nie mogę przejechać całej Drogi za jednym razem to dzielę ją na etapy. Tak więc teraz nic się nie stało (Polacy! Nic się nie stało!) mam dopiero (i aż!) PIERWSZY ETAP za sobą.
- Będą następne.
BĘDĄ!

piątek, 13 maja 2022

Dzień 04: Poznań - Osieczna: 82 km (2248)

Wypoczęty (dzięki za gościnę u Olgierdów!) owładnięty magią kilometrów do przejechania (szybko, zaraz, natychmiast!) ruszyłem z kopyta jak jaki - taki tam!

I okazało się, że jako rasowy prowincjusz a mało doświadczony podróżnik mam kłopot z wyjechaniem nie tylko z małego miasteczka (jak było w Kiszkowie)  ale i z dużego miasta! Było więc kręcenie się w kółko, niepewność co do kierunku i potykanie się na wysokich krawężnikach i inne tym podobne przyjemności.

Ten dzień zapisał się w mojej pamięci jako naprzemiennie słoneczny i pochmurny, czasami z trudnymi szutrowo piaszczystymi odcinkami a czasami z szokująco luksusowymi ścieżkami rowerowymi.

W połowie dnia nieziemsko głodny na widok zamkniętej restauracji zaszedłem od zaplecza i nuże rozmawiać z personelem.

- Poproszę o jadło!
- Nic z tego: my działamy tylko na zamówienie! Śluby, komunie, pogrzeby, wesela i tak dalej.
- Czy to oznacza, że nie da się zrobić jakiejś jajecznicy na wczorajszych a dziś odsmażanych ziemniakach?! Toć padam nie tylko z głodu ale i ze zmęczenia (to akurat była prawda!) a tutaj pielgrzymowi jadła żałują!

I w tym momencie zajaśniało. Pani po badawczym przyjrzeniu się nieznajomemu powiedziała:  Chwilunia, muszę się skontaktować z Szefem.

Wyciągnąłem strudzone kości na ławie i pół drzemiąc doczekałem się właściciela restauracji. A ten widząc me zmarniałe szczątki poprosił o chwilę (nomen omen) zwłoki i... dostałem największy na świecie kotlet! 

Chytry na jedzenie byłem i żeby sobie jakoś poradzić z tym ogromnym daniem jadłem starannie, smakując z uwagą każdy kęs... . Próbę zapłacenia skwitowano tak: Niech pójdzie na zdrowie, żeby sił na dojechanie starczyło! 

Zaplanowałem tego dnia przejazd 70 km, ale jakoś tak w końcu wyszło ich 83. Była więc: Wilda, Mosina, Krosno, Borkowice, Srocko, Piechanin, Czempiń, Witkowki, Racot, Gryżyna, Wojnowice i na końcu już ostatkiem sił OSIECZNA.
- Ponowny pobyt tam zostanie mi na długo w pamięci!

Ciekawe było to zakwaterowanie się w celi klasztornej w Osiecznej. Po podbiciu kredencjału (Paszport Pielgrzyma) poprosiłem ojca furtiana o kawałek podłogi motywując jak zawsze tym, że pielgrzym ze mnie niekłopotliwy, pościel swoją mający oraz jedzenie i picie także... . Uzyskawszy odpowiedź odmowną ze zrozumieniem podszedłem do tego faktu.

Należy pamiętać, że podczas i tej pielgrzymki przyjąłem za pewnik, że każda odmowa (obojętnie w jakiej sprawie) winna być przez mnie przyjęta i podsumowana pełnym zrozumienia chwilowym milczeniem i... s e r d e c z n y m  podziękowaniem! W tej sytuacji przecież każde NIE oznacza, że są inne możliwości, które za chwilę się objawią.
- Skoro nie można, to przecież nie można!

Mimo wszystko zrobiło mi się nieco strasznie. Wyzuty z wszelki sił, skorzystałem ze staropolskiej prawdy, że: Jak trwoga to (...) i poszedłem do kościoła porozmyślać na temat "co dalej".

Chwila skupienia i coś mnie tknęło żeby pójść przed siebie. Po prostu. Kierowany jakąś siłą niby we mgle trafiłem (jak się potem okazało!) na zaplecze klasztoru. Tam dwóch panów w roboczych strojach rozładowywało samochód. Poprosiłem tego z nich który podszedł do mnie o poradę w sytuacji w jakiej się znalazłem. Znaczy się o info w sprawie nocowanie gdzieś na  mieście poprosiłem. W końcu tutejsi mają na pewno jakieś rozeznanie. Z uwagi na stan zajechania nie byłem nawet w stanie skorzystać z internetów. 

I powtórzyła się sytuacja! Po ojcowsku napomniany, że istnieje coś takiego jak telefon żeby uprzedzić o swoim przyjeździe zostałem zaproszony na nocleg do klasztoru. Okazało się, że tą życzliwą osobą zapraszającą był (jeszcze wtedy po cywilnemu ubrany!) przeor klasztoru franciszkanów!

Potem jeszcze było miłe zaproszenie na kolację do refektarza którą zjadłem szybko szybciutko, bo to już za chwilę była msza wieczorna poprzedzona nabożeństwie majowym. Potem po około 20 minutach zakończyłem dzień rozmową z Emilką, Zygmuntem i Basią.
- I to był koniec i to była kropka na ten dzień. Definitywnie! 

Zasypiałem czując się doceniony i wyróżniony tym, że ksiądz przeor osobiście zapraszał mnie na spoczynek, potem na kolację. Po zakończonej mszy odprowadził mnie do pokoju i zaproponował śniadanie z którego niestety nie mogłem skorzystać. O 20:45 nie mając jeszcze uzgodnionej trasy na jutro dzień dla mnie się zakończył nagłym zapadnięciem w nicość.

czwartek, 12 maja 2022

Dzień 03: Kiszkowo - Poznań: 36 km (2247)

Mimo dokładnej (zdawałoby się) rozpiski dziennej było spore błądzenie po okolicy Kiszkowa. Starannie zdawałoby się zaplanowana trasa kręciła, zawracała i wprowadzała w błąd. Lokalsi jakoś też byli mało pomocni, co raz to wskazując przeciwne kierunki jazdy... .

Na domiar złego GPS w komórce zawodził tak, że konieczne było przeładowywanie telefonu. I to wszystko dałoby się jakoś wytrzymać, gdyby nie... WIATR. Odbierał siły, pozbawiał motywacji i dawał przystęp zwątpieniu, czy dzisiaj mogę jeszcze gdziekolwiek dojechać. Bliski zdawałoby się Poznań oddalał się ode mnie z każdą górką, wraz z  h u r a g a n o w y m  wiatrem.

Wtedy to wpadłem na genialny pomysł żeby odpocząć u Olgierdów! W Poznaniu dotarłem do przyjaciół chyba tylko dzięki silnej woli i pewnemu chytremu trickowi. W uznaniu swojego marnego stanu fizycznego zacząłem sobie przyznawać prawo do odpoczynku do małych (ale jednak) przerw w jechaniu. Nie było więc już upartego gnania przed siebie tylko co przystanek autobusowy 10 minutowa przerwa... . 

Zupełnie zdezorientowany co do przyczyn swojego marnego stanu w końcu dotarłem do ich mieszkania. Już w domowym ciepełku powoli dochodząc do siebie - zawiedziony w swoich planach - zadawałem sobie ustawicznie pytanie: DLACZEGO? Co się stało, że musiałem po żenująco krótkiej trasie przedwcześnie zajechać na odpoczynek?! 

Ugoszczony po królewsku (polędwiczki! polędwiczki!) mogłem się wykąpać w sposób niekrępujący, bo Irenka poszła do szkoły (jak to nauczycielka!) biorąc czynny udział w organizacji egzaminu poprawkowego.

Tuż po jej wyjściu była krótka rozmowa z Domem i zapadłem w letarg. Po przebudzeniu się mogłem (nie rozumiejąc tego załamania formy) przemyśleć to i owo robiąc jakieś chaotyczne zapiski. Z podsumowania wyszło, że tego dnia przejechałem całe 36 km. Na trzeci dzień przejechałem tyle a  gdzie Santiago? (Jakie Santiago?!)

Wieczorne spotkanie z Olgierdem - gdy wrócił z pracy - dało mi możliwość poznania go od zupełnie innej strony. Okazał się być kwalifikowanym podróżnikiem co precyzyjnie miał udokumentowane sprawozdaniami, pieczątkami, zdjęciami. Gdybym miał promilową część jego doświadczenia podróżniczego to takiej wpadki jak dziś bym nie zaliczył :-)
- Po krótkiej rozmowie mogłem już wpaść w czarną dziurę z której dopiero świt mnie wybawił.


 

czwartek, 6 sierpnia 2020

Południowa Droga Jakubowa - Dzień 03_LEDNICA - GŁUSZYNA-POZNAŃ_90 km (2174)

Noc była porządnie wyspana gdy obudziłem się już o 4:30. Słoneczko zapowiadało, że będzie ładny dzień. Ucieszyłem się, że namiot szybko wyschnie z porannej rosy.



Zapowiadało się, że będzie można tego dnia szybciej wyruszyć w Drogę. Nic z tego nie wyszło, bo słoneczko wstawało leniwie i z ociąganiem. Wyruszyliśmy o 9:00.


Zanim skierowaliśmy się na Poznań był jeszcze objazd rozległych Pól Lednickich i znajdującej się tam infrastruktury.



Przejazd dzisiaj był mieszany. Kiepskie, pełne piasku leśne drogi. Do tego polne szutry i błota. Niemniej jednak trzeba sprawiedliwie dodać, że zdarzały się też całkiem długie odcinki chodników i dróg rowerowych.


Z całej tej trasy został mi także w pamięci drewniany kościół w Kiszkowie. Ksiądz proboszcz podbijający nam "Paszporty"  zaprosił nas do obejrzenia świątyni.

I wtedy wyszło na jaw, że to czym dla nas mieszkańców Ziemi Chełmińskiej są liczne i  (najczęściej) XIV wieczne czerwono murowane kościółki tym dla Wielkopolski są kościółki drewniane.
- Ponoć Wielkopolanie mają ich około 250.

MUROWANA GOŚLINA już przy planowaniu Drogi zaskoczyła mnie!

Nie wiem dlaczego, ale ta nazwa zawsze kojarzyła mi się z jakąś podgórską miejscowością... . Może dlatego, że kiedyś tam wbijano mi do głowy, że w murowanej piwnicy... .


Teraz już kojarzy mi się prawidłowo: z odpoczynkiem, z Poznańskiem i wyjątkowo smaczną wątróbką!

Na długo przed Poznaniem w okolicach Swarzędza zaczął się koszmar z gubieniem śladu GPS. Zamulony Gugiel pokazywał coraz to inne, a niekiedy przeciwne kierunki. Okazało się, że ma utrudnione prowadzenie wtedy gdy jedzie się na rowerze a kiepskimi drogami. Kierownica wtedy macha w prawo i lewo a skutkiem tego onże przewodnik traci kontakt z rzeczywistością.

Przejazd przez Poznań w poszukiwaniu Głuszyny okazał się wcale nie mniejszą katorgą! Plątanina ulic straszących potokiem agresywnych pojazdów, brak ścieżek rowerowych i ogólna nieprzyjazność rowerzystom: oto dlaczego bicykliści powinni omijać to powszechnie podziwiane za coś tam coś tam miasto! Pomogło dopiero ustawienie Googla w kierunku na Żabno, czyli następną do przejechania miejscowość za Głuszynem.

Na tą chwilę, prądu jeszcze miałem więc można było jeszcze jechać i jechać! ...ale sił fizycznych to już było brak.  Dopiero na progu u księdza (kiedy otrzymaliśmy pieczątki) gdy poprosiłem o nocleg to zorientowałem się jak mało mam tych sił.

Pisząc te słowa zdałem sobie sprawę, że do Głuszyny to dojechano już tylko na samej adrenalinie. Z Piotrem też musiało być nie lepiej, bo ksiądz widząc dwóch zmordowanych tułaczy próbował nam intensywnie pomóc.

Wskazał nam nieodległe schronisko, a nawet tam zadzwonił. Gdy okazało się, że przenocowanie nas tam nie jest możliwe po prostu zaprosił nas do siebie.

Zrobił to tym chętniej, że jak zawsze zadeklarowano  (i słowa dotrzymano!) korzystanie tylko z łóżek, prysznica i prądu, bez sprawiania kłopotu użytkowaniem pościeli czy ręczników.

Naprawdę nie przeszkadzało nam, to że ktoś (chwilowo nieobecny) ten pokój zamieszkuje. Po raz kolejny więc trafiliśmy do prawdziwego raju! Każdy z nas miał po pokoju, była salka jadalna, na antresoli znajdowała się łazienka ze wspaniałą gorącą wodą!

Po tak wyczerpującym dniu (było ciepło, były górki, był czołowy wiatr) zjedzono kolację opartą jak zawsze na własnych zapasach. Pilnując niezależności (Każdy z nas ma być samodzielny tak mocno jak się da) coś tam jedzeniowego jednak wymieniliśmy ze sobą.

Oczywiście starannie pilnujemy, aby wymiana barterowa była sprawiedliwa co do kromki / ciasteczka, do granic absurdu, do ostatniego okruszka. Żaden z nas nie chce mieć długów wdzięczności wobec współtowarzysza :-)

Mimo, że było dopiero około 9-tej wieczorem przyznano sobie prawo do natychmiastowego, a zasłużonego odpoczynku.


piątek, 18 października 2019

HISZPANIA: Ostatni dzień 8/8 (2109)

Dzień wylotu wyglądał tak jakby Hiszpania chciała się nas jak najprędzej pozbyć! Słońce (które zdawało się, że będzie trwać wiecznie przyklejone do nieba) naraz ktoś wyłączył.

Na niebo jakimś pogodowym cudem zaciągnięto nagle czarne, kłębiaste chmury. Ulewne deszcze przypomniały, że sezon urlopowy ku końcowi się ma.

Czekaliśmy na walizkach w hotelu  obserwując załamanie pogody. Dopiero teraz w pełni można było docenić fakt, iż pogoda podczas urlopu nam dopisała.

A tu jeszcze na lotnisku czekanie i czekanie! Wreszcie do odlotu minęło półtora godziny zwłoki.

Zwłoki?! Cóż za niestosowne słowo w kontekście samolotu startującego przy niekorzystnych warunkach pogodowych!

Wreszcie kołowacizna po pasie startowym się zakończyła (ciśnienie 300!), silniki ryknęły i... pofrunęliśmy! Kapitan naszego statku powietrznego obojętnym głosem pożyczył nam miłej podróży.

Niemniej jednak stewardesy często musiały przerywać swoją krzątaninę, ponieważ co chwilę zapalały się światełka coby "seat belts zapinać"... . Rzucało troszkę jak to podczas turbulencji się zdarza.

Po dwóch godzinach pan kapitan równie znudzonym głosem oznajmił, że: "Nad Poznaniem jest piękna pogoda i w ogóle, że dziękuję za wspólną podróż... .
- I faktycznie pięknie nad Poznaniem było!

Tym sposobem hiszpańskie wakacje dobiegły końca. (c.b.d.u.)

PS. Obiecałem sobie, że jeszcze do España powrócę, ale już w innym (mam nadzieję nieodległym) czasie i w innej roli o czym na pewno nie omieszkam zawiadomić!


Z ostatniej chwili. Okazało się, że mieliśmy szczęście także do pogody politycznej. Obecnie światowe agencje donoszą o walkach i barykadach na ulicach Barcelony, Girony i tym podobnych miejsc agresji katalońskich separatystów.
AMEN.

piątek, 11 października 2019

HISZPANIA: Dotarcie i ogarnięcie się 1/8 (2102)

KTO; Grupa rodzinno - towarzyska

CO: "Skarby pólnocnego wybrzeża" - wycieczka objazdowa zorganizowana przez Biuro Podróży RAINBOW

GDZIE: Hiszpania, Costa Brava, Lloret de Mar, baza w hotelu
"Blue Sea Montevista Havai Hotel"

KIEDY: 14 - 21 września 2019r.

KTÓRĘDY: Przejazd z Torunia do Poznania (lotnisko "Ławica"). Przelot wynajętym czarterem przez firmę "Rainbow" do Girony. Tam podstawionym przez wspomniane biuro podróży (wygodnym) autokarem rozwieziono nas do hoteli.

JAK: Już samo oczekiwanie na odjazd z toruńskiego Dworca Autobusowego dostarczyło nam emocji na dwa sposoby.

Po pierwsze przypomniała się stara maksyma, że komórka potrafi zrobić przyzwoite jakościowo zdjęcie jeśli tylko jej światła starczy. Widok hali dworcowej potwierdza, że jak jest mało światła to i z próżnego Salomon nie naleje. Wszystkie pozostałe zdjęcia z dzisiejszego wpisu też zrobiono komórką i tutaj jak widać Salomon nalał do pełna!

Po drugie korzystając z królewskiego miejsca na zapas przed prawie trzygodzinną podróżą do Poznania zajrzano do a tu... .
- Wesołe jest życie podróżników, gdy aparat ma się pod ręką!

Na poznańskim lotnisku żeliwne statuły wakacyjnie pomachały nam kapeluszami a samolot (dotąd nam nieznanej) linii lotniczej ENTER zabrał nas na swój pokład.

Wrażeń z przelotu nie opiszę! Dość powiedzieć, że następnym lotem to na trzeźwo nie polecę. Nie to, żeby były jakieś nadzwyczajne turbulencje czy pilot wraz z pogodą jakieś by ekstraordynaryjne brewerie z samolotem wyprawiał.

Nic z tych (ani z tamtych) rzeczy. Po prostu nie lubię latać i już! Nic się nie zmieniło, nadal gór nie cierpię (doceniając ich fotogeniczną urodę) jednakże ciągle i nadal uważam, że moje miejsce jest na ziemi: na rowerze, w kajaku i ostatecznie w samochodzie... . Lejkers jestem wszak.

Zobaczenie mojej pierwszej palmy na ziemi hiszpańskiej (jak to prowincjusza) wprawiło w euforię! Oj, nie na darmo ona roślina symbolem piękna jest!

Spacer po plaży (jakiegoś brutalnie gruboziarnistego żwiru tam nasypali!) uświadomił nam w jakim jesteśmy miejscu. COSTA BRAVA - czyli dzikie wybrzeże, obecnie zasiedlone przez tysiące turystów. Zdarza się tam najazd tychże co roku przez pół roku.

Poza sezonem (gdy dzieci idą do szkół a studenci do piór) hotele zamyka się na kłódki, okna w nich zalepia dyktami a wejścia doń obwiązuje się łańcuchami. Deszcze poza sezonem leją intensywnie i systematycznie. Nic więc dziwnego, że w hiszpańskiej porze monsunowej na Costa Brava złamanego turysty tam wcale nie ma.

A tubylcy? Idą na zafundowaną im przez królestwo Hiszpanii kuroniówkę otrzymując 80% dotąd otrzymywanej płacy i głośno sobie ten fakt chwaląc.

Seniority mogą więc wychowywać intensywnie (swoje dotąd zaniedbane przez 12-godzinny dzień pracy) osobiste dzieci.

A seniores? No cóż, pewnie po licznych knajpkach przesiadują, grając w bilard i popijają pyszną kawę.

Tak więc pierwszy dzień pobytu w katalońskim Lloret de Mar (czyt. Joret de Mar) był na zagospodarowanie się i czas wolny bez żadnego urzędowego oprowadzania.

Niepokojąca sława tego miejsca jako wyjątkowo rozrywkowego potwierdziła się. Zasypianie z zatyczkami w uszach to jest coś do czego jednak się można przyzwyczaić. Zresztą sami dość szybko przestawiliśmy się na bardziej wieczorny tryb życia.

Na moją propozycję abyśmy udali się nad Morze Śródziemne przystano ochoczo. Całe 500 metrów od nas się ono morze znalazło.

A tam palmy na nadbrzeżu i wczasowicze a wieloryby na plaży. Wówczas to odkryto, że tam są najprawdziwsze dzikie skały, co swą nieokiełznaną dzikością usprawiedliwiają marketingową nazwę okolicy: COSTA BRAVA.

Niektórzy biedni turyści z Polski poszli się kąpać w morzu a pozostali z nich ceremonialnie (co raz to otwierając oczęta ze zdziwienia) oglądali pyszne rezydencje kupione / wynajęte głównie przez Rosjan (60%), Anglików czy innych Niemców... .
- Podobno zamożni Hiszpanie też tu sezonowo pomieszkują.







Zameczek widziany z oddali jest fejkowy, bo jak po bliższym przyjrzeniu się okazało pewien zasobny (teraz już niewątpliwie) Señor (chyba angielskich przekonań) zbudował sobie ten obiekt przejmując się bardzo hasłem: Mój dom jest moją twierdzą... .
- Zbudował se i ma!

Chwała mu wielka, bo po pierwsze zrobił to starannie i każden zagraniczny wczasowicz daje się nabierać na to, że to oryginał.

Po drugie w trudzie wielkim swoich ojro wykuł, przystosował i udostępnił całkiem sporej długości trasę spacerową u podnóża onego domku.

To właśnie dzięki Niemu i mniej zamożni w luksusy możność mają spoglądania z wysoka na piękność dzikiej śródziemnomorskiej przyrody.
- Dziękujemy ci bogaczu!


Wieczór ten zakończono wesoło ciesząc się z dobra jakie niesie ze sobą pyszna cava.


Podziel się