Pokazywanie postów oznaczonych etykietą story. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą story. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 marca 2017

OBJAWIENIE czyli Co dwie głowy to nie jedna (1772)


Jeszcze nie otworzyłem oczu a już wiedziałem, że coś się stało.

Rzeczywistość docierała do mnie zza grubej warstwy jeszcze przed chwilą przeżywanego snu. Coś mi się  śniło, ale dokładnie co to nie zapamiętałem. Przeczucie podpowiadało mi, że za chwilę coś się stanie. I nie omyliłem się, bo zanim zdążyłem otworzyć oczy usłyszałem głos.

- Wykonaj procedurę! - Otwarte oczy i szybki przegląd pokoju upewniły mnie, że na pewno oprócz mnie nie było tutaj nikogo! A więc to do mnie jakiś Ktoś mówi coś - skądś... .

- Czego się rozglądasz, to do ciebie! - Teraz już nie było wątpliwości. Nieco oniemiały (Dobry Panie, słyszę w mojej głowie głosy!) w chwilę potem usłyszałem:

- Idź do łazienki. Zatknij korkiem zlew. Napuść wody do niego. (Do zlewu a nie do korka napuść tej wody!) Przypatrz się gościowi w lustrze. UWAŻNIE! W oczy mu spójrz zanim się woda przeleje na podłogę... .

- To jasne, że jak zlew się napełni, że trzeba zakręcić kran? I że woda ma być gorąca, a nawet wrząca?! No najgorętsza jaka jest możliwa. I teraz najważniejsze.

- Przyjrzyj się dokładnie gościowi w lustrze. SPÓJRZ MU W OCZY. Przestudiuj wory pod oczami, rozmazany makijaż czy to co tam wokół oczu masz.  D o k ł a d n i e . Teraz dopiero jesteś uprawniony by wykonać najważniejsze. UŚMIECHNIJ SIĘ.

- A teraz? ZANURZ DŁONIE W TEJ GORĄCEJ WODZIE. Powiedziałem  Z A N U R Z . Oczywiście, wiem, że parzy. Na chwilę je tylko włóż, no do pierwszego bólu. Pierwszy raz na chwilę, a drugi raz (a może dopiero na piąty raz?) już na nieco dłużej. Staraj się wytrzymać jak najdłużej. Grzej w tej gorącej wodzie dłonie tak długo jak się tylko da! Wkładaj i wyjmuj ręce tak często i długo aż woda całkiem ostygnie! Idź i zrób to.
N A T Y C H M I A S T .

Po usłyszeniu tego wszystkiego trochę mi dziwnie się zrobiło, ale pomyślałem sobie: A co mi tam, a co mi szkodzi? Pójdę jak ON mi każe i zrobię jak ON powiedział.- Tylko kim jest ON?!

- I pamiętaj: po przeprowadzeniu wodnej procedury wróć tu i opowiedz mi co poczułeś! To ważne abyś mi opowiedział. Dokładnie.

No to poszedłem, spojrzałem sobie głęboko w oczy, napuściłem, zatknąłem i zanurzyłem. Najpierw raz na krótko (woda była wściekle gorąca!), ale coraz dłużej za każdym razem.

Teraz już z własnej woli zacząłem - nie podnosząc specjalnie głowy - co chwilę zerkać do lustra. No i zobaczyłem, że ten jeszcze przed chwilą nieszczególnie wyglądający gość zaczyna się z każdym zerkiem wypogadzać. No jakby zmarszczek mniej zaczyna mieć, wory mu się robią jakby mniejsze, no i pogodniejszym, weselszym jest!

A tymczasem woda stygła! Aby przedłużyć przyjemność co jakiś czas dopuszczałem sobie bardziej gorącej. Przyjemne ciepełko zaczęło ogarniać całe ciało a kiedy zaszumiało mi przyjemnie w mózgu zrozumiałem o co chodzi! Krążenie, dobroczynne krążenie pobudzono!

Zgodnie z zaleceniem po raz kolejny spojrzałem na gościa w lustrze. Patrzył na mnie ten sam co przed paroma minutami człowiek, ale jednak nie ten sam: promienny, roześmiany od ucha do ucha, radosny jakiś taki jakiego dawno nie pamiętałem!

Nieco oszołomiony tym odkryciem (nadal uśmiechając się pod nosem) poszedłem do sypialni. Nie, nie chciało mi się kłaść, rozparłem się w fotelu czekając co się dalej wydarzy. I nie zawiodłem się! ON znowu się odezwał:

- No i jak ci tam?! - No to opowiedziałem mu jak było powyżej. Że kości w dłoniach mi się rozgrzały, że w głowie szumi, że raczej przyjemnie mi teraz jest. I jeszcze dopowiedziałem, że katar co to mi się wczoraj zaczynał  od razu przeszedł jeszcze w trakcie trwania procedury... . Dziwne.

- A co w tym dziwnego? Rozgrzałeś krew zaczęła ona szybciej krążyć. I dalej to już wiesz! Nie bagatelizując kłopotów ze zdrowiem pamiętaj : NIE TRZEBA Z KAŻDYM GŁUPSTWEM LATAĆ DO DOKTORA! Czasami warto i trzeba posłuchać jak własny Organizm do ciebie przemawia.

*     *     *
Następnego ranka sytuacja się powtórzyła. ON do mnie zagadał i przypomniał przykazując abym o tym patrzeniu w lustro i uśmiechu (koniecznie!) pamiętał.  I jeszcze dodał co następuje:

- Pamiętaj! Nie odpowiadam za to co ze sobą robisz. Sam jesteś odpowiedzialny za siebie. Jeśli masz schorzenie reumatyczne które nie pozwala dłoni do gorącego wkładać to ich nie wkładaj, ale o lustrze pamiętaj, aby co ranka do niego się uśmiechać. Woda ma być gorąca, ale jak sobie tkankę mięśniową na gościach dłoni obgotujesz to tylko twoja wina. I pamiętaj: nie mówiłem ci abyś dolewał z czajnika, tak aby ci krew w żyłach się także zagotowała... .

I żeby nie było już żadnych wątpliwości. Procedurę wodną powtarzaj codziennie i zawsze kiedy przyjdzie ci na to ochota. ...albo jak nie będziesz na nic miał ochoty!
STOSUJ PROCEDURĘ A ZAHARTUJESZ SWÓJ ORGANIZM.

To nie jest przecież horror wynikający z zastosowania się do doktorskiego zalecenia, aby po prysznicu lodowatym strumieniem się polewać... . Nigdy tego nie stosowałeś, ale za to teraz możesz się hartować łatwo i przyjemnie, nawet kilka razy dziennie.

Aha! ... i najważniejsze:
procedurę wykonuj starannie i czerp z tego przyjemność!


poniedziałek, 2 marca 2015

Mistrzem się bywa 2/2 (1516)


No i tym sposobem okazało się, że pod koniec biesiady tenże
Wszechmocny skierował tylko do mnie dosyć szczególne a mocno
prywatne pytanie:
  • Jak to jest z tą waszą katolicką religią? Jak to jest, że tylko
    ci pastuszkowie, tylko oni maluczcy tą waszą Matkę Boską,
    tylko oni Ją widzą... ? Jak to jest, że tylko im ona się objawia?!
W tym momencie powiało mrozem i było tak jakby wszyscy w jednej chwili
znaleźli się na Syberii. Nawet syndyk nie kumający specjalnie angielskiego
wszystko zrozumiał i aż zesztywniał z wrażenia. Nie mówiąc o pozostałych
osobach na sali. Cisza zaległa jak makiem zasiał, mi zaschło w gardle,
chwilkę pomyślałem i wypaliłem do Szefa Wszystkich Szefów mniej
więcej tak.
  • Pozwoli pan, że opowiem pewną historię.
Proszę sobie wyobrazić wielką górę. Jest naprawdę wysoka! Chmur sięga,
nieba samego. Niedostępna dla zwykłych śmiertelników ona jest! Pokryta
ostrymi skałami i nieprzebytymi lasami broni się przed zwykłymi ludźmi.
A na samym szczycie, najwyżej jak tylko można stoi złoty tron. A na tym
złotym tronie siedzi pewien Wszechmocny Człowiek.

Oto wskaże palcem i jedna z jego fabryk (O tam, ta w dole, po lewej) znika!
Tysiąc dwieście pięćdziesięciu sześciu ludzi idzie na bruk. Nie, tysiąc dwieście
siedemdziesięciu ośmiu ludzi idzie na zieloną trawkę! Fabryka znika w jednej
chwili, bo taka jest konieczność finansowa w korporacji. To co nie przynosi
dochodu  m u s i  zniknąć.

W chwilę potem, w zupełnie innym miejscu powstaje nowy zakład! Dziesięć
tysięcy ludzi znajduje w nim pracę! Region się bogaci, rodzą się dzieci.
szczęście rozkwita. A wszystko to oni zawdzięczają Temu Który Siedzi Na
Wysokiej Górze. Temu który widzi wszystko i wszystkim zarządza. W związku
z tym trzeba zadać kardynalne pytanie:
  • Czy On może wszystko?
  • On może p r a w i e wszystko.
  • Dlaczego tylko p r a w i e ??
Proszę siedząc na tym złotym tronie spojrzeć z wysokiej góry na tą oto
zieloną dolinę. Wszyscy widzimy, że wypasane tam jest stado owiec.
Trzy dziewczynki, jeden chłopiec i duży biały pies pilnują stada bialutkich
owieczek

Niebieski strumyk płynie, owieczki się pasą, dzieci zbierając kwiatki pilnują
swego stada. Proszę się przyjrzeć tej dziewczynce z lewej. Proszę zobaczyć
jak właśnie w tej chwili zerwała garść wonnego rumianku! Jak delikatnie do
bukietu pochyla swą twarz wdychając cudowny zapach roślinki... .

Otóż Ten Który Może Wszystko, otóż Ten Od Którego Wszystko Zależy
jednego na pewno nie może: teraz nie może powąchać tej roślinki!

On który z wysokiej góry rządzi światem tej jednej jedynej rzeczy nie jest
w stanie doświadczyć. Musiałby zejść z tej wysokiej góry, udać do doliny,
i być tam razem z pastuszkami. Dopiero wtedy może doświadczyć cudu
jakim jest kwietna łąka, tylko wtedy może odczuć cudowność tego co
jest zapachem zwykłego przecież rumianku.

I to samo jest z innymi cudami. Trzeba zejść z wysokiej góry, aby ich
doświadczyć... . Trudu schodzenia w dół trzeba zażyć, pokory wobec
przeciwieństw gdy kamienie sypią się na głowę, a wszystko po to by
zobaczyć Tą Która Jest Dla Nas Tak Ważna... .

W salce biesiadnej było jak makiem zasiał. Szef Wszystkich Szefów,
który mocno podochocony przez całą opowieść mienił się na twarzy
stosownie do etapu na którym była story, na takie zakończenie opowieści
cichutko się zaśmiał (a jego świta mu zawtórowała) i wzniósł toast:
  • Niech cuda nam się przydarzają! 
W chwilę potem zabrzmiał zwykły szmer rozmów i świat wrócił do normy.
W pogodnym nastroju biznesowy obiadek dobiegł końca.

Na następny dzień wszyscy święci z naszej firmy składali mi gratulacje.
Nawet szef zwykle dosyć oględny w pochwałach powiedział coś takiego:
  • No to - panie Józefie - było niezłe zagranie, godne mistrza.
    Tak! Mistrzem się bywa! -
    dodał z zamyśleniu.
* * *






















Nie, nie udało się sprzedać wtedy tego zakładu! W ostatniej chwili, prawie
tuż przed podpisaniem kontraktu - będąc jeszcze na terenie zakładu - jeden
z bardziej spostrzegawczych przedstawicieli zagranicznej delegacji zapytał
się niewinnie:
  • A co to tam na horyzoncie - jakieś dwa kilometry od nas - tak sobie
    nieładnie dymi?
No i padła wtedy fatalna z naszej strony (a nie mogła być przecież inna!)
odpowiedź:
  • Ach to? Te dymy? A to jest dawne wysypisko śmieci. Poddano je
    bardzo starannej rekultywacji, ono jest od dawna nieczynne. Od
    czasu do czasu tylko występuje jakiś samozapłon i wtedy (przez
    parę tygodni w roku tylko!) ona hałda sobie dymi i dymi. ...ale to
    nic szczególnego, wysypisko od dawna jest nieczynne no i sporo
    daleko nam do tej hałdy... .
W zagraniczną delegację jakby piorun strzelił. Zagadali slangiem coś tak szybko,
że nie można było kompletnie nic zrozumieć. Obejrzeli się po sobie, doszeptali
swoje wątpliwości i ichni Szef powiedział tak:
  • No to my się jeszcze namyślimy.
Za parę dni faxem nadeszła odpowiedź, że dziękują za współpracę, ale wybrali
innego partnera.

Możecie mi wierzyć lub nie - pan Józef kończył już przyciszonym głosem swoją
opowieść - ale mimo, iż transakcja nie doszła wtedy do skutku mam dobre
myśli z nią związane. I do dzisiaj pamiętam słowa swojego szefa: 


piątek, 27 lutego 2015

Mistrzem się bywa 1/2 (1515)






















Pan Józef zapalił się do tematu i z błyskiem w oczach opowiadał dalej.
Pracowałem wtedy w pewnej firmie doradczej na tamten moment usiłując
w imieniu władz lokalnych sprzedać pewien upadły zakład. To były dwie
spore hale i całkiem rozległy teren wokół. Moja rola w tym przedsięwzięciu
 była: robić dobre wrażenie posługując się językiem zbliżonym do 
angielskiego. No, za tłumacza tam robiłem. W zasadzie to byłem
skazany na tą rolę jako jedyna osoba w firmie lada jak władająca
lengłydżem
.
Do dziś nie mogę wyjść ze zdumnienia jak można było tak poważne zadanie
powierzyć człowiekowi, który miał aż takie małe doświadczenia w tak
poważnym przedsięwzięciu. A chodziło o sprzedaż zagranicznej firmie
upadłych zakładów drukarskich.
To był ten czas szybkich przemian, nie tylko społecznych ale i technologicznych.
Do niedawna dobrze prosperująca drukarnia naraz z hukiem zawaliła się.
Okazało się że kluczowa dla drukowania maszyna o nazwie linoptyp (wielkość
prawie domku jednorodzinnego) z dnia na dzień stała się pożałowania godnym
zabytkiem, który naraz zyskał wartość złomu, którym ze względu na wysokie
koszty nie było sensu się posługiwać.
Zamiast skomplikowanego ciągu produkcyjnego, jakichś tam maszyn
drukarskich,  zamiast szeregu kaszt z czcionkami naraz wystarczyło tylko
niewielkie urządzenie mieszczące się na biurku!
Wyobraźcie sobie tragedię ludzi którzy tam pracowali. Z niedowierzaniem
musieli przyglądać się temu jak małe pudło - mieszczące się na biurku! - zastępuje
ich całą firmę. Zecerzy, drukarze, linotypiści i kto tam jeszcze w ciągu jednej chwili
okazali się zbędni! Niepotrzebne też okazały się obszerne hale i skomplikowane
mechanicznie maszyny. I tak naprawdę to z tego wszystkiego najbardziej cenny
okazał się być sam teren na którym stał ten zakład.
Maszyn planowano pozbyć się po cenie złomu, hale przewidywano do
natychmiastowego zburzenia, pozostało się tylko upewnić, że nic szkodliwego
nie znajduje się w ziemi. Na tym terenie egzotyczny dla nas zagraniczny inwestor
zamierzał pobudować fabrykę nakrętek. No wiecie, to coś co jest na tubce od
pasty do zębów.
A musisz wiedzieć, że w tamtym czasie ta firma posiadała 70% udział w produkcji
tychże nakrętek na świecie. Nie nie pomyliłem się! Do nich należał światowy
rynek tego drobiazgu, a przecież to była tylko część ich mocy produkcyjnych... .
I zamierzali ją jeszcze zwiększyć! Właśnie budując w Polsce kolejną fabrykę.
No i ten upadły zakład nasz skromny zespół firmowy usiłował im opchnąć... .
I ja - cały dumny -  też byłem w tym zespole!

Pan Józef świecił i błyszczał na przemian. Na wspomnienie dawnych czasów
gdy jeszcze był ważny (teraz gdy sie zestarzał był stróżem na budowie)
wyprostował się i głos mu pewnym się stał gdy kontyynuował swą opowieść.
A musisz drogi przyjacielu wiedzieć, że bardzo mi ta praca odpowiadała. Jako
typowy przedstawiciel planktonu korporacyjnego tylko od czasu do czasu miałem
okazję się wykazać, a ta rola była dla mnie wprost wymarzona! I więc było tak,
że razem ze syndykiem (i czasami jeszcze z jakimś specjalistą na dodatek)
stawialiśmy ofiarnie czoła trzy lub czteroosobowemu zespołowi potencjalnego
kupca.
A tak przy okazji warto jeszcze nieco więcej wiedzieć co to była za firma.
Z tym, że powiedzieć o nich tylko, że "bogata" to tak jakby nic nie powiedzieć.
Jej nazwy nie będę ujawniał - chociaż 10 lat już minęło od tamtego wydarzenia
i teraz już nie obowiązuje mnie klauzula tajności. Powiedzmy że nazywała się C.plc.
Ten dodatek *.plc to coś jakby nasza spółka akcyjna, znaczy się byli notowani
na giełdzie. I to pewnie na nie jednej!
Nie ma potrzeby zresztą ujawniać pełnej nazwy tej firmy. Ta nazwa ogółowi
czytelników i tak by nic nie powiedziała, bo oni działali głównie w branży bi-tu-bi
czyli bizness to business a po naszemu firma - firmie. Dość powiedzieć, że
była to korporacja o zasięgu globalnym, niewiarygodnie (chyba nie tylko
według naszych kryteriów)
majętna.
Dobrze obrazuje to informacja jakiej udzielił mi syndyk na ich temat. Otóż
pan Kazimierz (powiedzmy, że tak miał na imię ów wysokiej rangi urzędnik) 
przedstawiając ich rzekł był mi tak: oni są tak obrzydliwie bogaci, że jeśli chcieliby
zdywersyfikować swój portfel posiadanych akcji o na ten przykład taką firemkę
jak Coca-Colę to by ich na to było w zupełności stać!
- No, gdyby widzieli w tym swój biznes.
A na dodatek gdyby stwierdzili, że to im za mało to po południu ten wydatek by
uzupełnili o zakup Pepsi - Coli. Tak wielka była C.plc! Firma która miała kupić
upadłą drukarnię.
No więc co jakiś czas nasza delegacja spotykała się z wysoko postawionymi
przedstawicielami kupca. I było tak, że jeden z nich na rozmowy przylatywał
z Nowego Jorku, drugi z centrali w Londynie, trzeci z Berlina (gdzie firma 
budowała swoją kolejną fabrykę) a czwarty z jakichś niewiarygodnych Indii
czy innego równie odległego Marakeszu.
No to sobie proszę wyobrazić! Jest fabryka do sprzedania, jest syndyk który
pilnuje spraw prawnych no i do tego wasz przedstawiciel przejęty swoją rolą.
Współpraca widziana moim okiem szła sprawnie mimo pewnych trudności
językowych na początku. Na szczęście stosunkowo szybko udało się opanować
słownictwo branżowe i żadne sjuydż nie były mi już straszne.
Jeśli do tego dodać pełen profesjonalizm ze strony kupca to nic innego jak
tylko negocjować pilnując naszych interesów. Moje ubogie doświadczenie
w tłumaczeniu symultanicznym rekompensowane było niewyobrażalną wprost
uprzejmością kontrahentów. Oni - chcąc być dobrze rozumianymi - widząc
zapewne moją niewprawność starali się mówić językiem prostym, zrozumiałym
i konkretnym. Jeśli było coś bardziej skomplikowanego to dostarczali nam to
z odpowiednim wyprzedzeniem i na piśmie. Trzeba przyznać że ludzie z C.plc
bardzo dbali o dobrą i jednoznaczną atmosferę rozmów.
Zwykle dzień pracy wyglądał następująco. Tuż po skompletowaniu zespołów
wyjeżdżano na miejsce i tam pracując dopytywani byliśmy o szczegóły coraz
lepiej rysującego się kontraktu. Po kilku godzinach intensywnego machania
rękami nasz dzień roboczy kończył się obiadkiem biznesowym.
To ostatnie było wymogiem naszego kontrahenta, który uparł się płacić za
wszystko ku - co tu dużo gadać - naszej radości. Tak więc to my starannie
wybieraliśmy miejsce restauracyjne, zgodnie z zaleceniem o najwyższym
poziomie oferty, serwisu i dyskrecji a nasz biznesowy partner za każdym
pobytem (coś z pięć było tych spotkań) ochoczo za spożyte przez obie
delegacje jedzenie i picie (sic!) płacił.
Tak więc zgodnie z zaleceniem wybrana została kameralna salka w stylowym
pałacyku na uboczu miasta. Wszystko było na najwyższym poziomie i nawet
mieliśmy osobnego kelnera na czas wydarzenia. Onże specjalista pilnie śledził,
aby gościom niczego nie zabrakło i aby żadna świeczka w stylowych kandelabrach
osadzona nie śmiała zgasnąć.
Ten akurat dzień nieco było inny od wszystkich. Do dotychczasowej grupy
negocjacyjnej ze strony kupca dołączył Szef Wszystkich Szefów. Wyobraźcie to
sobie: przedostatnie spotkanie przed sprzedażą zakładów, a tu pojawia się Sam On.
Rzecz absolutnie niewiarygodna, my pod wrażeniem a ludzie z C.plc spięci do
granic. Pan Szef za to na profesjonalnie kontrolowanym luzie. No i ten luz postępował
w miarę jak pojawiały się kolejne dania i napoje. Warto wiedzieć, że serwowana
była tylko delikatna kuchnia polska. Jak to przy takich okazjach zdarza pod koniec
spotkania sprawy zawodowe zostały zarzucone i zaczęły odchodzić
w bilateralnych rozmowach coraz lżejsze temata.
I naraz ni z tego ni z owego - przeważnie dotychczas godnie milczący - Szef
Wszystkich Szefów coraz częściej zaczynał łaskawie tylko do mnie odzywać się.
A trzeba wiedzieć, że kiedy On zabierał głos to wszyscy (szczególnie ci z C.plc)
natychmiast milkli spijając każde słowo z jego wszechmocnych ust.
No chyba się jakoś mu spodobał kontakt ze mną! Dość powiedzieć, że co raz
to bardziej odchodząc od spraw zawodowych zaczął podpytywać mnie o życie
w Polsce, a w Toruniu w szczególności.
Sądząc z pytań o naszym kraju Sam On wiedział bardzo mało. Jego wiedza oparta
była na dosyć prostych stereotypach. Robiąc teraz za ambasadora kultury polskiej
i torunioznawcę błyszczałem więc świeżo wtedy zdobytą wiedzą na (dopiero co 
skończonym)  kursie przewodnickim. Czarowałem więc biesiadników i Szefa
Wszystkich Szefów opowieściami o naszym niezwykłym mieście... .

No i tym sposobem okazało się, że pod koniec biesiady tenże Wszechmocny
skierował tylko do mnie dosyć szczególne a mocno prywatne pytanie:
  • Jak to jest z tą waszą katolicką religią? Jak to jest, że tylko ci
    pastuszkowie, tylko oni maluczcy ta waszą Matkę Boską, tylko oni
    Ją widzą... ? - Jak to jest, że tylko im ona się objawia?!
W tym momencie powiało mrozem i było tak jakby wszyscy w jednej chwili
znaleźli się na Syberii.

c.d.n.


Podziel się