Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gospodarstwo Agroturystyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gospodarstwo Agroturystyczne. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 września 2026

Agroturystyka ARKADIA (2423)

Na dziś celem głównym jest LINOWIEC a dokładnie Agroturystyka ARKADIA tamże. Uprzedzając fakty stwierdza się, że słomiana twórczość ludowa w postaci witaczy dożynkowych wspina się na nieosiągalny dotąd poziom: humorystyczny.

Póki co odwiedzono kościół pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Grzywnie. Cichy, po gotyckiemu ładny, taki nasz: chełmiński, znaczy w Ziemii Chełmińskiej będący.

7 kondygnacyjna wieża ciśnień w Chełmży. Jej cechą charakterystyczną jest połączenie neogotyku ze stylem wernakularnym (nawiązującym do lokalnej tradycji budowlanej). Chodzi o tą górną część fachwerkową (= szachulcową) tak charakterystyczną dla naszego regionu. To właśnie tam mieści się zbiornik zasilający miasto Chełmża w wodę.

Pomysłowy witacz reklamowy Tartaku Lulkowo we wsi Skąpe.

Ten wesoły kogucik dożynkowy ze  wsi Skąpe potwierdza postawioną na początku tej notki tezę o pojawieniu się nurtu humorystycznego w słomianej twórczości ludowej. Podziwiam go za subtelność z jaką wywołuje pozytywne emocje. 

Kościół pw. św. Mikołaja w Papowie Biskupim.

Pszczele oczko puszczone do dożynkowiczów ma swoją wartość!

Przepiękny szuter premium! Dla takiej drogi, dla takiego widoku wsiada się na rower! Taki obrazek doskonale podnosi nastrój. W ciemne i złe jesienno - zimowe wieczory siedząc przed komputerem będę wspominał ten szczęśliwy czas, tą bajkowo piękną drogę. Już tylko dla takiego widoku, dla przemierzenia takiej drogi warto było ruszyć się z za biurka... . 

Szykowni imprezowicze w docelowym Linowcu.




Pomny wczorajszej wizyty we Wroniu oczy mi się zaświeciły. 

Człownkowie Stowarzyszenia LOGENDORF Grupa Historyczno - Eksploracyjna. być może mogli by tutaj dotrzeć :-) 

Latarnia semaforowa czyli stara kolejowa lampa sygnałowa. Zasilana naftą dla kolekcjonerów jest atrakcyjna i wysoko ceniona ze względu na swoje własności dekoracyjne. 

To jest stalowa łuska artyleryjska. Ze względu na swój charakterystyczny, bardzo smukły i długi kształt, przypomina niemieckie łuski od armat przeciwlotniczych lub przeciwpancernych. Pokryta jest rdzą i ciemną patyną, co było bardzo typowe dla niemieckiej produkcji wojennej (tzw. Stahlhülse), gdy zaczęło brakować mosiądzu.
- Tak wiem, nie wypatrywałem napisów ani żadnych znaków szczególnych które by bliżej identyfikowały ten przedmiot. Jest więc zadanie dla fachowca.

To jest napownica, zabytkowa prasa kaletnicza. Z niej korzystali nie tylko kaletnicy, ale i szewcy oraz introligatorzy. Służyła do wybijania otworów w skórze, zaciskania metalowych oczek (np. w butach lub pasach), montowania napów, nitów oraz zatrzasków. 

W rzadkich wypadkach korzystano z niej także w zakładach fotograficznych. Przy zastosowaniu odpowiednich matryc tnących (noży), prasy te służyły do precyzyjnego wycinania zdjęć lub nadawania im ozdobnych krawędzi.

Zabytkowa, ręczna lampa kolejowa (sygnałowa) przystosowana do zasilana karbidem lub naftą. 

Tego typu urządzenia były podstawowym wyposażeniem dróżników, konduktorów oraz zwrotniczych do dawania sygnałów świetlnych na stacjach i torowiskach.

Niemiecka aluminiowa manierka wojskowa z czasów II wojny światowej (model Feldflasche M31), a dokładniej jej aluminiowa butla pozbawiona oryginalnego filcowego pokrowca i pasów.

W dawnych harcerskich czasach piło się z takiego zbiorniczka wodę / herbatę. Miała niepowtarzalnie paskudny, aluminiowy smak :-)

Ta akurat manierka sygnowana jest jako MKK 39, wskazując na to że została wyprodukowana we fabryce Meteallwarenfabrik Kopp & Kahlenberg z Kassel.

UWAGA! Niemieckie nazwy wywołały nostalgię. Przypomniałem sobie moje przemierzanie Drogi Jakubowej przez Niemcy. Ten fragment w którym zaledwie wspomniano o Kasell znajduje się TUTAJ.

Rozglądając się po ścianach napotykano na dowody aktywności dostrzeżone i docenione przez innych.

Trzeba by tu spędzić cały niejeden dzień aby zapoznać się z urokami tego miejsca. Szukając ciszy i spokoju było się tu wcześniej. 

Przeglądając swoje zasoby przypomniałem sobie nawet i tą krótką wizytę.

Gastronomicznym punktem kulminacyjnym była zupa wołowa w postaci flaczków. Ale jakie smaczne one były! Od tego momentu ludzi dzielę na dwie kategorie: tych co jedli tą zupę i tych którzy będą! 
- Ta polska klasyka kulinarna zrobiona osobiście przez Babcię zasługuje na najwyższe uznanie.

JEŻELI FLACZKI TO TYLKO W ARKADII.

Nawet nie wiadomo kiedy czas zleciał i trzeba było ruszyć w drogę. 

Rozmarzona a zalotna krówka z Bielczyn ostatecznie potwierdziła tezę postawioną na początku tej notki.

A potem to już była Grzywna i Łysomice czyli prawie jak w domu.



Tego dnia przejechano 79 km po następującej trasie:  https://tiny.pl/c95bjw83m

poniedziałek, 16 marca 2015

Końskie zaloty (1526)






















Konie zwykle mnie krępują. Mają cztery nogi i są zdecydowanie
większe oraz cięższe ode mnie. Od samego więc początku za dużo
przewag mają nade mną. Uznaję to za niesprawiedliwe.
- A w dodatku nie bardzo wiadomo jak stworem sterować.

Czy jeździłem na koniu? Ależ oczywiście: RAZ.
- I starczy. 

Od tamtego pamiętnego dnia jazdę na koniu uważam za czynność
niehumanitarną i jako powszechnie znany miłośnik przyrody nie
uznaję przemieszczania się na tym zwierzu za zajęcie odpowiednio
grzeczne w stosunku do biednego niego.
- Jemu musi ciężko z takim jeźdźcem być!

Pamiętam z tej jazdy tylko to, że oboje byliśmy nieszczęśliwi.
On, że będzie musiał dźwigać tak wielki ciężar - a ja, że będę
na oczach całej rodziny za ten ciężar robić. Cóż za dyskomfort!

Odważna decyzja, aby wystąpić w charakterze jeźdźca nie wzięła
się z nikąd! W latach młodzieńczych czytało się przecież "Ostatniego
Mohikanina"
. Więc zdarzyło się razu pewnego, że zapragnąłem być
dzielny i rączy do tego stopnia jak tylko Indianie i inni kowboje potrafią.
- Tylko, że w książce (jak pamiętam) nie było nic o  obiedzie... .

No i to był ten błąd! ...albowiem nie powinno się tuż po posiłku
wsiadać na tak mało stabilne zwierzę jakim jest czterokopytny!
Z całej jazdy zapamiętałem tylko, że mocno bujało, a nie było się czego
trzymać. Dodatkowo kręciło mi się w głowie, bo jeźdźenie w kółko
na lonży wprowadza w błąd mój osobisty dżi-pi-es, czyli błędnik.

Nie będę się kompromitował pokazywaniem zdjęcia, które podczas
pamiętnej "jazdy" złośliwie zrobił mi pierworodny. Dość powiedzieć,
że całość wyglądała tak jakby kto posadził na siodle worek kartofli.
- Niepełny.

Wdzięku i gracji w tym "jeźdżeniu na koniu" na pewno nie było!
Silne wrażenie jednak pozostało. Łagodność wielkiego ciepłego stwora,
jego pogodna rezygnacja z dostarczania mi nadmiernych wrażeń
pozostawiła we mnie wielkie uczucie wdzięczności. I ono uczucie trwa
do dziś a nawet objawia się.

Zakradam się więc od czasu do czasu do tak bliskiej memu sercu stadniny
i z właściwej oddali końskie życia na gorąco podglądam i utrwalam.
...a że pora wiosenna to koniki hasają i żartują.
- Wesoło.





 


















piątek, 11 października 2013

Podlaskie klimaty 1/2 (1342)


Jak co roku było się w Krainie bocianów i okolicach. No i po tychże stronach nuże rozjeżdżać się rowerem. Tak jak poprzednio było się też z wizytą w skicie, w Odrynkach. Oczywiście  pojechać prosto  to byłoby za prosto! No to się rowerem tak jak powyżej: zamiast tak jak poniżej.


A w ogóle też mi mecyja te parę kilometrów więcej! A gdzież mi się było spieszyć, gdy młodość (ducha) rozpiera, gdy ludzie życzliwi a świat przyrody podlaskiej stoi otwarty na przestrzał.
- I zaprasza.


No to spacerkiem w tej euforii, nawet nie wiem kiedy z drogi zboczyłem... . W pewnym momencie gdy picia zabrakło, a i mocy jakby nieco w pedałach ubyło dojechano do wioseczki całkiem nieznanej: KRYNICA.

Krynica?! Jak to Krynica? Wśród lasów i pól - bez morza i gór? A tak, tak: Krynica wieś. Nowe ogrodzenie i stara chata (a z boku nowy dom). I spojrzenie przez szybę. Ktoś przy oknie. Życzliwy gest: ależ tak, zapraszamy, właśnie pijemy kawę. No i jak tu odmówić?
- Abo to mi się spieszy gdzieś?

I tak serdecznie zaproszony zaszedłem do Starego Domu. I wszystko w nim było jak w tym telegramie - jak być powinno na Podlasiu.
- A, że nawet więcej to proszę się samemu przekonać!




Kiedy wyszedłem na podwórko szczęka mi opadła ze zdumienia, tak nisko, że nie sfotografowałem z zewnątrz "Najmniejszej kuźni na świecie". Okazało się, że Dziadek gospodarzy był kowalem.

W tym mikroskopijnym wnętrzu (3 x 3 m) zachwyciły mnie dwa urządzenia: drewniana (sic!) obudowa paleniska i tegoż zasilanie powietrzem. Fachowcy od etnografii na pewno by znaleźli więcej szczegółów godnych uwagi, ale mi wystarczyło tych dwóch by obiekt w zadziwionej pamięci zachować.

Gdyby na ten wpis spojrzał jakiś etnograf to za odkrycie tej perełki chyba by mnie ozłocił lub chociaż piwo postawił! (W grę wchodzi tylko Guinness z beczki szpatułką ubijany!)

Nie, nikt mnie nie ozłoci: tutaj tacy specjaliści z własnej woli nie bywają.
- A szkoda... . 





Spojrzenie za okno pokazało prace nad nowym domem przygotowywanym pod agroturystykę. A tam już inna rzeczywistość: przestrzeń, klomb w kwiaty bogaty, altana, staw rybny... .










Proszę się nie dziwić, że zakręciło mi się w głowie!

Odjeżdżałem, nie bez pewnego żalu, ale droga wzywała... .
- A do czego? O tym będzie już następnym razem!



Podziel się