Umówiłem się, że wchodzimy i jesteśmy tam niewidoczni dla osób modlących się (msza była!) i po pięciu minutach (nie więcej, żebyście się nie zmęczyli - wy ateiści!) na mój znak sprawnie opuścimy świątynię.
Organy grały cichutko, słońce przeciskało przez witraże swe kolory a nastrój skupienia i przeżywania ważnego momentu udzielił się w s z y s t k i m obecnym... .
- Był spory kłopot aby ich stamtąd wyciągnąć.

















