Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Königsbrück. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Königsbrück. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 lipca 2022

Dzień 04: Königsbrück - Strehla 48 km (2260)

Przez obniżoną głośność w telefonie przegapiłem pobudkę o 6:00. Leniwe wstawanie o 7:00 wyjazd o 8:30. Przedtem jednak poszedłem jeszcze na chwilę do kościoła. Dochodząc - na placu kościelnym - zobaczyłem kościelnego (jak później się okazało), który pozwolił się sfotografować. A wyglądał z tym koszem kultowo!

Gdy już odchodziłem skinął mi głową abym podszedł. Złapał mnie twardo za rękę i wprowadził do nawy głównej. - I stojąc przed głównym ołtarzem, wyprostowany zaśpiewał silnym głosem człowieka mocnego wiarą.

Nie wiem jak długo trwała i czego dotyczyła ta pieśń. Czy była to niemiecka odmiana “Kiedy ranne wstają zorze” czy też (co bardziej prawdopodobne) modlitwa za pielgrzyma o dobrą dla niego Drogę. A śpiewał trzymając mnie mocno swoją twardą, spracowaną dłonią. Jego wysoki, śmiały głos zapamiętam na zawsze. (...)

W ciągu dnia jechałem niezwykle pięknymi żeby nie powiedzieć luksusowymi ścieżkami rowerowymi. Ale było też przekradanie się jakimiś polami, na skróty tak polne, że aż wydawały mi się niewiarygodne. Niemniej jednak jadąc tymi skrótami rzeczywiście trafiłem na kolejną wygodną drogę.
- A tam wojna!

Wielki zbrodniarz naszych czasów! Nawet w Niemczech ma swoich popleczników. Przeciwników ma także. Ci zwolennicy - przebrani w mundury - potrafią niszczyć, kraść i zabijać w imię wydumanych, paranoicznych i mocarstwowych idei tego moralnego karła.

Rosyjska dusza?! Nie ma czegoś takiego: są tylko umysły psychopatów zgodnie oklaskujące swojego wodzunia.Jeżeli świat ich nie zatrzyma to - w imię swoich obłędnych idei - na jakiej granicy się zatrzymają?!

Tak jak Niemcy, którzy według powszechnych przekonań odrobili lekcje z defaszyzacji tak i Rosjanie będą musieli kiedyś przepracować swoje poparcie dla raszyzmu.

...ale póki co zamożne Niemcy mając polską barierę przed sobą mogą (nadal mogą?) spać spokojnie!

Pomnik w Schönfeld. 

Z uwagą przyglądałem się pomnikom tych co zginęli na obydwu wojnach światowych. Mieszane uczucia wywoływały we mnie te pamiątki wywołanych przez Niemców konfliktów.

Na przykład ten pomnik... . Jaka jest jego wymowa? Czy on naprawdę upamiętnia ofiary wojny?! Trzyma przecież wieniec, symbol zwycięstwa, znak wyróżnienia i chwały a nie tak się te wojny skończyły... .

Chyba nie bardzo rozumiem sposobu w jaki Niemcy upamiętniają swoich bliskich. Inna wrażliwość, inna estetyka, inne rozumienie i odczuwanie historii.
- Sprawiedliwie trzeba dodać: aby obraz był pełen warto zgłębić napisy.

Tuż za chwilę objawiła się najnowsza rzeczywistość. Powstająca fabryka firmy "Kronospan" zaprzecza opowieściom, że swoje skażenia rozsiewają tylko i wyłącznie w Polsce czego miasteczko Szczecinek doświadcza na codzień.

A może tam naprawdę będą produkowane tylko super ekologiczne produkty wytwarzane w pełnej zgodzie z matką Naturą?!

Stary Charlie ma o czym pomyśleć... .

Miejscami Droga 83 miała obok położoną ścieżkę rowerową a miejscami tej ścieżki nie było, albo jej nie potrafiłem dostrzec.
- Tak, to też się zdarzało!

Na zdjęciu jest szkoła podstawowa w Grossenhain. Posiada szkolne obserwatorium astronomiczne.

A potem zwykła droga. Było więc i tak, że chwilami jechałem w potoku ciężkich samochodów. Pocieszające było, że kierowcy tutaj naprawdę zwracają uwagę na rowerzystę rozumiejąc jego pobyt na drodze.

Nikt nie straszył podjeżdżając, nikt nie trąbił na zawalidrogę. Po prostu wyraźnie wyższa niż u nas kultura jazdy co dawało się pozytywnie odczuć.

Ciekawa ta droga rowerowa! Środkiem przeznaczona jest dla pieszych i rowerzystów. Pobocza są dla tych co konno. 

Do centrum ogrodniczego z kwiatami po drugiej stronie nie zaglądałem.

Czasami - jak tutaj w Nünchritz - trafiałem na obiekty których przeznaczenia nie sposób było dociec. Może to jakiś obiekt związany z przepływającą obok Łabą?

Jechanie wzdłuż tej rzeki to było trudne zadanie! Czołowy wiatr wiał z taką prędkością, że chwilami powstrzymywał od jazdy. 

Wodowskazy na Łabie. Widać oznakowane kolejne wysokie stany wód związane z powodziami.

Ekologicznie tam było. Żywe kosiarki - nie bacząc na okoliczności - niespiesznie gryzły trawę kręcąc.


Czy jest coś takiego jak latarnia rzeczna?! Tutaj widoczny jest obiekt w Nünchritz.

Do Strehla miałem mieć poniżej 50 parę kilometrów, ale jakoś tak wyszło 62… . Mocno zmęczony dotarłem przed kościół, ale jakaś kartka tam wisiała. Nawet nie naciskałem klamki, bo wiadomo, że kościół na pewno zamknięty, jak to w Niemczech.

Cofnąłem się do herbergi wskazanej przez Chrome. Niestety na drzwiach pisało, że od dnia 8 do 18-tego coś tam jest nieczynne i w ogóle zamknięte. Mało nie zapłakałem ze zmęczenia :-)


Z tej całej rezygnacji cofnąłem się do kościoła i odcyfrowałem za pomocą translatora wspomniany napis, który - jak się okazało - głosił wyraźnie, że kościół JEST otwarty! Posiedziałem więc w ławce na uspokojenie myśli, poprosiłem Kogo Trzeba o wiadomo co i... nuże opuszczać teren kościelny.

Odszedłem ledwie za róg gdy w niepozornej oficynie pokazało mi się dwumetrowe zjawisko damskie z powalającym uśmiechem coś tam do mnie przemawiające po niemiecku. Milcząco patrzyłem się na nią jak w obrazek i chyba musiałem głupio wyglądać. Z tej pięknej opresji niespodziewanie wybawił mnie Przemysław. Krótko mówiąc to był Przemek marynarz, człowiek który popływał sobie na platformach wiertniczych dookoła świata.

On był wszędzie i teraz on mi swoją zaradnością pomógł. Okazało się, że donativo czyli 10 € wystarczy na to żeby mieć spanie, bo przecież tutaj jest herberga! I znowu powtórzyła się historia jak z poprzednich miejsc noclegowych, że mało nie zapłakałem ze szczęścia :-), bo taki byłem zmordowany.
- Jakiś taki mocno wzruszający się zrobiłem czy co?

Potem krótka wyprawa z Przemkiem do sklepu. Podczas drogi szybka wymiana zdań: kto, co i gdzie, kim jesteś oraz where are you going to. Przemek swoimi drogami gdzieś tam jeszcze ze sklepu sobie poszedł a ja wróciłem samopas. Potem wspólne pranie w pralce, którą on umiał zarządzać.

W podsumowaniu dnia jeszcze tylko wzięcie prysznica i chwilę potem całość rozwieszona i oczekiwanie na błogi odpoczynek. Była godzina 19:23 gdy padłem. Będę spał w jednym pokoju z Przemysławem, chyba, że nas przeniosą gdyby doszli jeszcze jacyś pielgrzymi. Na szczęście nie doszli. Ponoć chrapałem potężnie co Przemysław wielkodusznie mi wybaczył.

Przemek (ten to ma zdrowie!) poszedł na koncert organowy w pobliskim kościele. Nie miałem siły żeby się ruszyć tam. 

A w ogóle ten ogromny wzrostem (i wielki duchem także!) pielgrzym okazał się być miłośnikiem yerba mate w przeróżnych postaciach. Poczęstował mnie nawet jej bardzo specjalną odmianą. Kupił też sobie napój typu yerba co dodatkowo zrobiło na mnie wrażenie, bo taki wynalazek widziałem po raz pierwszy na oczy.


Na co dzień Przemysław wspierany komórką posługuje się zegarkiem typu Garmin Fenix i korzysta z map zamieszczonych na:
www.camino-europe.eu. Idzie z 18 kilogramowym plecakiem dokładnie i zgodnie ze starannie wytyczoną Drogą Jakubową.
- Bez żadnych skrótów on tak idzie! Szacun.

czwartek, 7 lipca 2022

Dzień 03: Budziszyn (Bautzen) - Königsbrück 48 km (2259)

7 lipca, czwartek. Od życzliwych p. Steffena i p. Anny wyruszyłem punktualnie o 6:00. Mimo że wstałem o 5:00 ciężko było mi się zebrać i śniadania nie zjadłem. Ledwie zdążyłem wyjechać za bramę jak rozpoczęło się padanie deszczu. Trwało to z różnym nasileniem i licznymi przerwami przez cały dzień.

Po dwóch godzinach jazdy zobaczyłem kogoś kto przechodził obok kościoła w miejscowości Göda. Okazało się, że kościół ten jest katolicki a dokładnie jest to kolegiata pw. św. św. Piotra i Pawła.

Sympatyczny pan okazał się nie tylko proboszczem ale i prawdziwym Łużyczaninem. Przyjął mnie rozmawiając po polsku, niezwykle serdecznie i gościnnie.
  
W jego kancelarii zjadłem moje wiktuały czyli poranną paszę (owsiankę) i dwa jajka które mi zaserwowano na twardo.




Tam też wypiłem dwie herbaty i po przebraniu się się w odzież przeciwdeszczową, zaopatrzony w podarowane 4 jajka wyruszyłem.

Patencik na ich przewiezienie polegał na tym, że włożyłem je z oryginalnym opakowaniem odpowiednio przyciętym do mojej msr-owej menażki. Na zakończenie jeszcze była chwila skupienia w kościele i ruszyłem w deszczową drogę.

Tak dotarłem do Nebelschütz, którego miasta bliźniacze właśnie prezentuję.



Po odwiedzinach kościoła w tymże Nebelschütz pognałem dalej!

No spieszyć się mi się trzeba było, bo czas uciekał!

I tak przekradając się leśnymi traktami dostąpiłem zaszczytu aby oglądać majestatyczny widok gór, górek i pagórków które ku mojemu utrapieniu coraz częściej teraz ozdabiały moją Drogę Jakubową.

A do tego pojawiły się znane z wczorajszego dnia kłopoty czyli połączenie zawracania z szukaniem drogi, zaniki internetu i tym podobne atrakcje.

Moje aplikacje oflajnowe które dotychczas tak entuzjastycznie starałem się wykorzystać okazały się słabo przydatne. Pewnie w tym jest sęk, że nadal nie potrafiłem wykorzystać ich zapewne sporych możliwości.

W czasie przerwy którą miałem u księdza Gerarda Wernera ustaliłem, że nie będzie ambitnego jechania i około 50 km na ten dzień mi wystarczy. Tym sposobem dotarłem do całkiem przyjemnego miasteczka Königsbrück.

Doner kebab zjedzony na rynku chwilowo podniósł mi samopoczucie.

Jakimś trafem zobaczyłem kościół i w środku dojrzałem także przewodnika. Oprócz tego pojawiła się Pani M. To co usłyszałem od niej wprawiło mnie w euforię.

Bez większych starań dowiedziałem się, że mam pokój w herberdze czyli w schronisku dla pielgrzymów. Na osobną uwagę zasługuje serdeczne przyjęcie z jakim się tam spotkałem! Bez wątpienia przejdzie ono do legendy mojego pielgrzymowania po Niemczech.

I tak uzyskałem 20 m2 do własnej dyspozycji plus łazienka. Do tego po drugiej stronie ulicy całkiem nieźle wyposażoną kuchnię.

Po kąpieli i opraniu się z dwóch dni natychmiast padłem zalegając na łożu jak wmurowany w nie. Letarg trwał prawie dwie godziny. Nie było ani siły ani mocy żeby cokolwiek dookoła siebie zrobić.

W pokoju na stoliku czekało na mnie ciasteczko pod nazwą "Talar św. Jakuba".

Dziwne, że w Toruniu nikt jeszcze nie wpadł na to aby produkować pierniczki właśnie w takim przegrzebkowym muszelkowo kształcie.

Paniczny lęk przed jakimkolwiek wysiłkiem spowodował, że nie wybrałem się nawet do sklepu. Osiągnięciem było przejście na drugą stronę ulicy do kuchni żeby ugotować sobie wcześniej darowane jajka. Drugi tytaniczny wysiłek podjąłem w celu ustalenia jutrzejszego celu pielgrzymowania. Obrałem cel niezbyt ambitny 55 km - miejscowość Strehla.

Za swój błąd, brak wychowania i poczucia wdzięczności poczytuję to, że nie skorzystałem z wcześniejszej życzliwej oferty oprowadzenia po kościele. A to właśnie dzięki dyżurującemu tam panu przewodnikowi później ustaliłem adres kolejnej albergi czyli potencjalnego noclegu na następny dzień.

Była jeszcze rozmowa z Emilką i Jakubem,. Zdałem im relację z wydarzeń zakończoną kropką nad "i" którą okazał się poprzedni nocleg w tym samym miejscu gdzie nocował Jakub. Dziwieniu się temu zbiegowi okoliczności nie było końca.

Zasypiając miałem nadzieję, że ta noc będzie lepsza od tej poprzedniej u pana Steffena gdzie - mimo wspaniałych warunków - spałem zaledwie parę godzin. Tutaj w Königsbrück po kolejnym leżakowaniu jak przyspawany do łoża zakończyłem dzień o 22-giej.

PS. Po przyjeździe do Torunia sprecyzowano: nocowałem w Landeskirchliche Gemeinschaft (LKG) w Königsbrück. Obiekt opatrzony został piękną łacińską maksymą, której teraz nie mogę sobie przypomnieć. Nie udało mi się też ustalić nazwy kościoła czyli pod jakim jest on wezwaniem. Google Maps nie raczył o tym mnie poinformować a Open Street Maps wskazał tylko, że to jest “Hauptkirche” czyli kościół parafialny.

Ta wstrzemięźliwość w precyzyjnym nazewnictwie kościołów była w Niemczech charakterystyczna. Według mnie widoczna w tym kraju jest niechęć do kościoła jako takiego… .

Odbierałem to z przykrością widząc w tym szerszy problem jakim jest tamtejsza laicyzacja życia społecznego granicząca z wyrzekaniem się swoich chrześcijańskich korzeni.

Podziel się