Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fulda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fulda. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lipca 2022

Dzień 14: Fulda (Lehnerz) - Offenbach, 101 km (2270)

Rano znakomicie wypoczęty, sprawnie oporządzam się i już o 7:30 byłem na drodze do Fulda. A tam przywitał mnie sam patron miasta i w ogóle całych Niemiec!

Przed katedrą św. Bonifacego zastałem przygotowaną wielką scenę zasłaniającą prawie całą fasadę. Władzom miasta zdało się, że w ten sposób ich popowy koncert nabierze jakiejś dostojności i mocy. Według mnie nie miał nawet na to szansy a Katedrze odebrał coś z należnego jej szacunku.

Wymieniłem na ten temat parę uwag ze sympatyczną panią biegle posługującą się piękną angielszczyzną. To ona zaprowadziła mnie do kościoła otwierając boczne wejście na zamek magnetyczny, na co sam bym na pewno nie wpadł. Ona też oprowadziła mnie po kościele uświadamiając mi w jakim miejscu się znajduję.




Katedra okazała się imponująca i bogata, pełna rzeźb, obrazów i stiuków. Bardzo włoska w swoim stylu. Można było obejść ołtarz główny otoczony kaplicami obwodowymi.

Punktem głównym pobytu był czas skupienia i zadumy przed grobem św. Bonifacego. (...)






Potem wyruszyłem w Drogę gdzie częściowo spełniły się prognozy pogody. Z zapowiadanych na dzisiaj 33o, na razie było zaledwie 27.

Droga 3239 tuż przy Oberrode.
Uliczka w Kleinlüder.

Rzeczka (tu niewidoczna) przepływająca przez tą wieś ma właśnie nazwę Lüder.

Strefa wypoczynkowa Kleinlüder.

Kościół pw. św. Marii w Blankenau. Zeświecczona, krótka nazwa w Google Maps też o czymś świadczy.

Narzędzie kary KUNA. Skazywano na nią drobnych przestępców. Obroża (przytwierdzona do ściany ratusza - obecnie muzeum regionalne) zapinana była na szyję. Skazaniec stał w niej przez kilkanaście godzin. Czasami zakładano mu czapkę błazeńską. Często miał napis opisujący jego przewinienie. Była to jedna z najczęściej stosowanych kar.

Odpoczynek w Zahmen. Na 22 kilometrze zobaczyłem rodzinę siedzącą przed domem. Zapytałem ich o najbliższy sklep. Tak, jest REWE, ale to 3 km. Niestety dla mnie to było za daleko

A co potrzebujesz? Brakuje mi tylko chleba, bo resztę to mam. I tym sposobem zupełnie naturalnie trafił mi się odpoczynek.

Mimo korzystania z własnych wiktuałów gospodarze wykazali się gościnnością i dodatkowo mogłem skorzystać z ich dojrzewającej szynki hiszpańskiej. Trochę zjadłem na miejscu a z reszty zrobiono kanapki na drogę.

W takiej atmosferze - pełnej troskliwości o moje potrzeby - odpocząłem i żegnany serdecznymi życzeniami wyruszyłem.



Mimo wycieńczenia :-) upałem byłem w stanie zachwycić się starym miastem w Büdingen.

Wycieńczenia? Dzisiaj gdy za oknem poniżej 20o brzmi to niewiarygodnie, że takie coś boleśnie odczuwano.
- Wtedy tak nie było.

Pozwoliłem sobie nawet na luksus spacerowania po tym urokliwym miasteczku. 

Nie ulega wątpliwości, że zobaczyłem zaledwie jego pewną część ale i tak wystarczająco by pozostało ono w pamięci.


Zaszokował mnie ten pomnik stojący w Parku Pamięci! Napis na nim głosi: "Ofiarom obydwu wojen gmina Düdelsheim".
- To jest pomnik OFIAROM?!

Przecież wyraźnie widać, że tu jest agresor w czystej postaci! Może on i jest poszkodowany (jak głosi napis) ale przecież na własne życzenie.
- A co z prawdziwymi ofiarami obydwu wojen?!

Każdy naród ma prawo i obowiązek czcić swoich zmarłych, ale sposób w jaki tutaj to zrobiono jest dla mnie niezrozumiały.

Kościół w Düdelsheim.

A samo miasteczko Düdelsheim szacowne jest: ma 1200 lat!

Tego dnia ku mojemu najwyższemu zaskoczeniu Droga mi wyjątkowo sprzyjała. Było sporo zaskakująco długich (naprawdę długich!) zjazdów.


Czas upływał a kolejne próby znalezienia noclegu spełzały na niczym. Zdesperowany wdałem się w pogawędkę z przydrożnym policjantem. Zobaczywszy go nudzącego się uprzejmie poprosiłem go aby udowodnił mi, że zasługuję na 24 godzinny areszt do czego się ochoczo przyznam.

W ten sposób - kombinowałem - odpocznę sobie w godziwych warunkach a on będzie miał zaliczoną aktywność zawodową. Moja propozycja nie wiadomo dlaczego rozbawiła go serdecznie… . Dziwny jakiś ten policjant: awansu dostać nie chciał czy co?

Postanowiłem, że będę jechał w kierunku Offenbach ponieważ tam znajduje się Polska Misja Katolicka (Polnische Katolische Gemainde). W pewnym momencie już mocno utrudzony (jak przez mgłę) zobaczyłem znak drogowy: czerwone kółko z rowerem pośrodku. Mimo tego postanowiłem, że zamiast cofać się będę kontynuować jechanie licząc na jakiś zjazd z zabronionej drogi.

Na 99 kilometrze przejechanym tego dnia zablokował mi drogę samochód dostawczy. Kierowca Adrian z Rumunii pracujący dla tutejszego Amazona sprawnie i bez wysiłku wrzucił mój rower do dostawczaka i przez jakieś 20 km miałem podwózkę z której bez skrupułów skorzystałem.

Na moje pytanie, ale dlaczego tak sam z własnej woli się zatrzymał on (gość około 30-tki) powiedział: mama mnie tego nauczyła, że jak widzę człowieka w potrzebie to pomagam!


Do Offenbach dotarliśmy w mgnieniu oka. Krótki był też dojazd rowerowy do Misji.
  
Najpierw jednak poszedłem zebrać myśli do kościoła. Wychodząc z stamtąd skierowałem się do bramy. Przepuściłem wyjeżdżający samochód jednocześnie zasięgając informacji. Krótka rozmowa z kierowcą i... okazało się, że rozmawiam z ks. Piotrowskim, który kieruje niemiecką częścią katolickich wiernych. Ze strony polskiej księdza akurat nie było.

W chwilę potem spotkałem polskie małżeństwo: Małgorzatę i Waldemara pochodzących z Katowic. Akurat pielęgnowali zielone tereny wokół kościoła. Zaproszono mnie na zakupy z koniecznością zapłacenia przez nich rachunku. Pokonałem w sobie Janusza (przyszlo mi to z łatwością!) i kupiono tylko produkty niezbędne na dziś i jutro.

Miałem wątpliwości czy jutro jechać od razu z rana czy też zostać na jeden dzień odpoczynku. W końcu wyrobiłem normę za 2 dni i nie należy przesadzać z obciążeniem. Szalę przechyliła propozycja p.Małgorzaty, aby zorganizować ze mną spotkanie.

Znaczy się "celebryta" ma opowiedzieć o Drodze Jakubowej. W szczegółach jak to będzie jutro wyglądało to okaże się! A na razie 102 km na liczniku 38,9 czy coś tam takiego na termometrze było w ciągu dnia. Czas spać!

P.S. Zespół obiektów katolickich w Offenbach oszołomił mnie! Z daleka widoczna wieża dzwonna kościoła, obszerne pomieszczenia na salki katechetyczne z pełnym zapleczem socjalnym. Nawet na doświadczonym podróżniku - a nie tylko na takim parafianinie jak ja - to musiało zrobić niezatarte wrażenie!

Niestety te obiekty nie należą do Polskiej Misji Katolickiej, jak sądziłem początkowo. Są tylko w pewnej małej części wynajmowane. Całość należy do kościoła niemieckiego. 

"Przemoc nie jest rozwiązaniem!"



niedziela, 17 lipca 2022

Dzień 13: Fulda (Lehnerz) - Fulda (Lehnerz) 00 km (2269)

Niedziela: dzień święty, przeznaczony na odpoczynek. Plan na dziś to odpoczywać, odpoczywać, a potem odpoczywać! …i o 10:00 na mszę.
- A potem to już tylko planować Drogę i nieco poodpoczywać!

Co jakiś czas w momentach kryzysowych pojawia się myśl a może by znaleźć jakiś wiarygodny pretekst i zrezygnować? Coś w rodzaju: skończyć to pielgrzymowanie na jakimś charakterystycznym punkcie i tak dalej.

Takie myślenie jednak prowadzi do otrzeźwiającego pytania: i co wrócić przed telewizor, wrócić przed komputer? A co z ludźmi którzy we mnie uwierzyli? Znowu pędzić takie zwykłe życie emeryta w którego życiu już nic ważnego się nie wydarzy? Tutaj przynajmniej jestem kimś wyraźnym, tutaj coś znaczę przynajmniej we własnych oczach. 

Oczywiście, że za bycie pielgrzymem płacę solidną monetą. Składa się na nią zniewalające zmęczenie, ból rąk i nóg i czego tam jeszcze. Dochodzi sapanie, dyszenie i charczenie. Wliczają się do bilansu także: przepocone koszulki, brudne gatki, skarpety i tym podobne rzeczy. Lekceważące wzruszenie ramionami, potraktowanie jak powsinogę i pełne politowania spojrzenia też należy położyć na szalę... .

W romantycznym, oderwanym od życia pojęciu wyraża się zdanie które już parę razy słyszałem. Ty to masz dobrze! Zwiedzasz sobie piękne miejsca, masz tyle ciekawych przygód! TAK, widzę czasami piękne miejsca! A dodatkowo w pielgrzymowaniu piękne (i czasami koszmarne też!) jest to, że nigdy nie wiadomo co za chwilę się zdarzy :-)

Na mszę dotarłem 10:05 ale i tak zaczęła się kwadrans później. Wczoraj grały organy a dzisiaj (mimo, że niedziela!) był pan z gitarą i jeszcze ktoś kto towarzyszył mu śpiewem. 

Podczas mszy wyświetlane są na ścianie numery pieśni a wierni odnajdują je korzystając z pobranych w kościele brewiarzy.

A tutaj jeszcze komunię podaje się do ręki! Widziałem jak małżeństwo przed jej przyjęciem dezynfekowało sobie ręce z własnej, małej buteleczki. Ludzi było w kościele około 2 razy więcej niż wczoraj.

Czuję się zupełnie skołowany, bo nie wiem w jakim kościele się znajduję: protestanckim czy katolickim?! Na dobrą sprawę nie ma to większego znaczenia - jestem pielgrzymem na Drodze Ekumenicznej, która przecież nie zakończyła się dla w mnie w miasteczku Vacha.

Zapowiada się upalny dzień, w szczycie ma być 26 stopni. To dobre coś co zjadłem przed chwilą (Gemüsesalat) to jest pasta kanapkowa. Pyszna. Jestem bogaty, bo mam jeszcze śledzie! Na koncie Orange mam 90 zł i 26 gr. oraz 468,93 GB. Te gigabajty to do wykorzystania chyba tylko w Polsce. Roamingu mam zero. Miałem po mszy o 10-tej zgłosić się po pieczątkę do ks. proboszcza, ale zapomniałem. Przez cały dzień biedzę się nad zaplanowaniem trasy.

A ks. proboszcz przychodził do mnie kilka razy troskliwie dopytując się czy mi czego nie trzeba. Wręczył mi także gazetkę parafialną. Dostałem od niego również mapę z wyznaczoną drogą R3 która doprowadzi mnie do Mainz. Jestem mu prawdziwie wdzięczny za okazane mi zaufanie, życzliwość i szczodrą pomoc.


Od Niego też otrzymałem (oprócz mapy) figurkę świętego, którego od razu nie zidentyfikowałem. Wysokość ok. 10 cm, niespodziewanie ciężka, bo wykonana jest z litego mosiądzu. Opatrzona została sygnaturą opactwa Maria Laach. Później zorientowałem się, że to jest święty Bonifacy: patron Niemiec. To właśnie ten Anglik ochrzcił całe Niemcy.

Pod koniec wieczoru na koncie Orange mam jeszcze 85,96 zł. Pewnie po tych trzech złotych z konta za intensywne korzystanie z Internetu dojdę do całych 5 zł za całą niedzielę.

Tradycyjnie na zakończenie pobytu w danym miejscu bądź czytam z telefonu - jak było dotąd - bądź zostawiam karteczkę z podziękowaniem w języku niemieckim jak zrobiłem teraz. Jutro z rana położę ją na biurku w przyległej do "mojego pokoju" kancelarii parafialnej.

sobota, 16 lipca 2022

Dzień 12: Oberlützenbachshof - Fulda 50 km (2268)

Na dzisiaj plan jest dojechać do Fulda, ale jak będzie czas pokaże. Śniadanie jadłem sam w towarzystwie gospodyni.

Na drogę dostałem jeszcze bułkę, jabłko i coś tam jeszcze w małym opakowaniu.

Mając w pamięci pielgrzyma Przemysława a za poradą właścicielki Landpenjonat (agroturystyka) postanowiłem ambitnie, że: żadnego włóczenia się po szosach nie będzie. Pojadę najprawdziwszą Drogą Świętego Jakuba i koniec.
- Dokładnie i historycznie: TĄ i tylko TĄ Drogą!

Odjeżdżając stamtąd miałem w pamięci życzliwość i opiekę jaką pielgrzym został tam otoczony.

Droga rozpoczęła się od wspinania serpentynami na jakąś tam niebosiężną górę. Potem było przechodzenie pod drutami na rozległych pastwiskach. W ciągu pierwszej godziny nie zrobiłem nawet 3 km tak było stromo. Przedzieranie się przez wysokie trawy w lesie to już od teraz była chyba moja specjalność.
- Wytchnienie dawały niespodziewanie pojawiające się na odludziach gospodarstwa domowe i spotykani tam ludzie.

Od zwyczajowych "Dzień dobry" które uzupełniłem rozwiniętym życzeniem "Dobrego dnia!" przeszliśmy z tą dziewczyną do dłuższej rozmowy. Podziękowała i dodała, że potrzebuje tych dobrych życzeń aby się spełniły. Po wypadku jakiemu uległa pół roku temu (koń ją zrzucił z siodła) właśnie dzisiaj rozpoczyna rehabilitację.
- To była serdeczna rozmowa dwojga ludzi przeżywających chwilowe trudności.

A na drogowskazach wszystko wyglądało prosto i jasno!

Ku mojemu smutkowi odkryłem, że ostatnie 5 km to była bardzo ładnie zrobiona pętla. Niepotrzebna oczywiście. Trochę wybity za sił zaliczyłem upadek przy zakręcie. Poszkodowany został nieco łokieć, ale bardziej ubrudziłem spodnie.

Mój błąd! Powinien był na tych bazaltowych szutrach jechać trochę wolniej! Opony są szosowe a nie terenowe. No cóż oby to był ostatni taki upadek.

Potem nastąpiły okropne dwie godziny błądzenia po lesie, w wysokich trawach z nawigacją która pokazywała kierunek raz do przodu, raz do tyłu, a raz w bok.

Po zrobieniu kolejnych 10 km zorientowałem się, że muszę użyć podwójnej nawigacji Google Maps i Mapy.cz. Te ostatnie ustawiłem na Fuldę, a Google Maps skierowałem na najbliższą miejscowość czyli Gaisha, położoną w dolinie. Tym sposobem dojechałem do wspomnianej wioseczki z której znowu wyruszono w góry. Jak Szlakiem to Szlakiem!

Po 18 km znowu zrobiłem kolejną zbędną wycieczkę po górach. Trochę po o 11:00 postanowiłem zostać pielgrzymem - rowerzystą i jechać szosami. Nie mogę dalej błądzić po górach ponieważ nigdy nie wyjadę z tego Zaczarowanego Lasu.
  
Plan był następujący. dojechać do POINT ALPHA i dalej już tylko za pomocą Google Maps. Nie mam sił aby znowu wyruszać w góry na pieszy Szlak. Po powrocie do domu przeanalizuję dzisiejszą trasę. Wygląda na to jakbym trafił na jakiś magiczny teren, który nie chce żebym go opuścił.

Na 20 kilometrze zorientowałem się, że znowu zrobiłem kolejne kółko. Jeżeli dotychczas wydawało mi się, że było ciężko to teraz było ciężej bardzo.

Miejscami na leśnych ścieżkach stromizny były tak wielkie, że rower ciągałem, wlokłem lub popychadłem różnymi sposobami. A wszystko po to aby znaleźć się chociaż pięć kroków wyżej. Wcale nie przesadzam! Czasami / niekiedy walczyłem o to, by o trzy kroki wyżej wtargać cały ten jazz… .
- Teraz już wiem jak pomocna jest kierownica wielopozycjowa.

Potem po jakichś zwariowanych szutrowych serpentynach zjechałem do kolejnej wioseczki (Nüsttal). Z zewnątrz ten kościół wyglądał na remizę strażacką, bo na samym szczycie wieży miał koguta a nie krzyż!

Ustalono, że to na pewno jest kościół już po wejściu tam. A w środku ukazała się feeria barw, kolorów, świateł i nastrojów.
- To było pięknie trafić do tego wnętrza!

Teraz pomny porannych wydarzeń twardo trzymałem się postanowienia, że będę jechał szosą, tylko szosą i zawsze szosą. Tak dotarłem do Fuldy.

Nie zdążyłem nawet zanurzyć się w miasteczko gdy zobaczyłem po lewej stronie kościół pod wezwaniem Świętej Elżbiety. Zaszedłem do środka na uspokojenie myśli. Jakiś postawny mężczyzna wyszedł naprzeciw człowieka z muszlą szeroko się uśmiechając. (...)

To była chwila rozmowy. Bez większych ceregieli wręczył klucz, pokazał miejsce obok swojej kancelarii gdzie był pokój gościnny do przenocowania takich biedaków jak ja. Szeroko się uśmiechając pokazał mi jak docierać do poszczególnych pomieszczeń, gdzie wstawić rower, jak się zagospodarować.


Przy okazji pokazał mi też piwniczkę z której zalecił mi korzystanie do woli. No, znaczy się miałem się częstować wszystkim co tam było zgromadzone. A były tam: woda mineralna, coca-cola, piwa oraz wina.
- Uprzejmie podziękowałem za wszystko obiecując skorzystać tylko z wody mineralnej. Słowa dotrzymano, bo jakże by inaczej?!

O 17:00 (wcześniej wyszorowany i oprany) stawiłem się na mszy, którą odprawiał ks. Proboszcz. Przed mszą pastor przyniósł mi jeszcze dwie bułki i coś jak mała, lekko słonawa bagietka. Mimo, że miałem za sobą darowane dwa dni temu kanapki wchłonąłem wszystko i natychmiast. O godz. 18:30 padłem na łóżko oczekując ma telefon z domu.

Podsumowując dzień: z rana poczułem się wielkim pielgrzymem, doświadczonym podróżnikiem i w ogóle wspaniałym obieżyświatem myśląc, że dam radę zgodnie z wytyczonym Szlakiem Jakubowym jechać.. Za ten pogląd zostałem srodze ukarany.

Piechur ma ciężki plecak, bo niesie 10 kg lub coś koło tego, czyli zalecane 10% masy swojego ciała. U mnie tych kilogramów jest 15 kg plus drugie tyle (a nawet więcej!) które waży rower oraz trzy sakwy.

Reasumując: Miejsce pielgrzyma rowerowego jest na szosie a nie na pieszym szlaku! (Niech żaba nogi nie podnosi gdy rumaki kują!)

Ze sensacyjnych wydarzeń tego dnia to byłem w Lidlu żeby kupić coś tam do zjedzenia. Krótko mówiąc: każdy pobyt w sklepie robi na mnie wrażenie. Z przyjemnością (a czasami i ze smutkiem) zauważam drobne odmienności. Na przykład bułki wygarnia się łopatką do rynienki, tak aby ominąć etap macania.

Dodatkowo pobyt w sklepie nie byłby wart uwagi gdyby nie to, że z powrotem nie mogłem trafić do miejsca mojego zakwaterowania czyli do kościoła pw św. Elżbiety. Sytuację uratowało małżeństwo które z dwojgiem dzieci szło właśnie w tamtym kierunku. W pewnym momencie pan uświadomił sobie, że: "oni to chyba mieszkają koło jakiegoś kościoła i że być może to jest ten właśnie". Pokazałem im na komórce wcześniej zrobione zdjęcie z zewnątrz. Rozpoznali bezbłędnie: tak to był TEN kościół!

A przy okazji; sam mogłem sobie pomóc, bo przecież zdjęcia mam geotagowane! TAK, teraz jestem mądry jak radio sołtysa i już wiem jak z tego geotagowania korzystać! Na zakończenie dnia zjadłem coś tam przypadkowego na kolację i zapadłem w pełen czarnej nieważkości błogostan.

Podziel się