Na własne oczy widziałem wielkie miasto w stylu włoskim. Patrzyłem na ledwie widoczne wille patrycjuszy ukryte wśród bluszczu.
Przechadzałem się po mieście pełnym monumentalnych pomników na wielkich placach. Oszałamiały mnie majestatyczne budowle i spiżowe postacie rzymskich bohaterów.
Wdychałem aromatyczne zapachy ciągnące się od małych kafejek. Mikroskopijne restauracje rodzinne zapraszały na proste, smaczne i niedrogie dania.. . . A wszystko to otulone zapachem kawy i świeżego pieczywa.
Oszołomiony chłonąłem te miejsca pełne cichego gwaru. Duszne zapachy z kwiaciarni konkurowały tam z dyskretnymi, ledwie wyczuwalnymi nutami zapachowymi mijanych dziewczyn... .
- Taki właśnie miałem sen!
- Taki właśnie miałem sen!
Co ciekawe, to zwiedzając jak duch to miasto wiedziałem (no miałem pewność!), że nazywa się ono... Dąbrowa Chełmińska.
- Czy kogoś dziwi, że wreszcie tu przyjechałem?
- Czy kogoś dziwi, że wreszcie tu przyjechałem?
W realu nie spodziewałem się włoskich widoków, ale kiedy tu już trafiono mimo dysonansu pomiedzy marzeniem sennym a rzeczywistością zauroczyło mnie to miejsce.
Mogę zapewnić: Dąbrowa Chełmińska (to wioseczka!) jest jak mikroskopijne miasteczko. Jest tam wszystko co powinno być: kościół i fontanna, czyściutkie ulice i zadbane domki, a nawet mały zagajniczek rozczulająco zwany laskiem.
To wszystko jednak nie ma żadnego znaczenia. Miejscowość jest ekstremalnie zadbana i choć daleka od sennego wzorca godna jest odwiedzenia. - Cieszę się, że tu byłem.
Ponieważ istnieje rozrzut pomiędzy marzeniem sennym a realem jaki zastałem nie będzie dzisiaj obrazkowego opisu zastanej rzeczywistości. Dla mnie Dąbrowa Chełmińska na zawsze będzie włoskim miasteczkiem z mojego snu.
PS. Przejechano 67 km po następującej trasie: https://tiny.pl/zvdygd05d










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz