Strony

środa, 6 lipca 2022

Dzień 02: Zgorzelec (Görlitz) - Budziszyn (Bautzen) 67 km (2258)

Szok kulturowy to jest właściwe określenie na to wszystko co mnie spotkało po wjeździe do Niemiec. Dziwiło i robiło wrażenie na mnie dosłownie wszystko!

Inny sposób oznaczania miejscowości, wszechobecny język niemiecki i ogólnie niezrozumienie tego co się dzieje dookoła. Czasami miałem wrażenie, że straciłem zdolności intelektualne, aby rozumieć otaczającą mnie rzeczywistość w najprostszych jej przejawach :-)

To nierozumienie dotyczyło także wskazań programów prowadzących. Powiedzieć jednak, że pomyliłem kilka razy drogę to jest za mało.


Przy samym wyjeździe z Görlitz już był horror: kręciłem kółka widząc coraz to te same budynki, te same znaki szczególne na drodze. W końcu wygrzebałem się z tego miasta.

I było tak, że zajeżdżałem na drogi polne, ledwie widoczne...

...czasami przemierzając Drogę wygodnymi ścieżkami rowerowymi o szerokości na której nawet czołg mógłby mnie wyprzedzać!

Do dzisiaj ta tablica wywołuje we mnie odczuwany wtedy ból. Fotografując ją uświadomiłem sobie, że na liczniku rowerowym mam dwa razy tyle.

Automat do sprzedaży papierosów.

To zdjęcie wyraźnie wskazuje na różnice pomiędzy wsią polską i niemiecką. U nas w każdej (prawie) wsi jest mniejszy lub większy sklepik, na który niekiedy trudno liczyć po niemieckiej stronie.

Tam są wielkie obszary rolne słabo zamieszkałe a u nas (wskutek rozdrobnienia gospodarstw) wioseczki są ludne co wiąże się też z ich rozwiniętą infrastrukturą.

Próżno by więc po niemieckiej stronie szukać tak popularnych u nas nie tylko sklepików spożywczych czy tych z artykułami do gospodarstw domowych. O firmach usługowych to już tam można całkowicie zapomnieć!

Wyjątkiem były wyraźnie widoczne piekarnie. Niestety to połączenie piekarni i cukierni, aż nazbyt często okazywało się zamknięte.

Tutaj miałem szczęście i po raz pierwszy (nie bez emocji) skorzystałem z oferty i zaopatrzyłem się w sporą drożdżówkę..
- Była słodka i dobra, jak to na szneka przystało.

Nabrawszy sił po chwilowym odpoczynku wcale nie jechałem sprawniej. Zamiast trzymać się trasy nr 6 przez Lübau - prosto jak strzelił - dałem się prowadzić jakimiś bokami. Co jakiś czas doskwierał mi też brak Internetu, bo sądziłem, że “spore dziury w pokryciu Siecią tu mają”. Okazało się, że to guzik prawda! Nie miałem włączonego roamingu!

A tego roamingu to nie włączałem również i przez obawę, że posiadane środki na koncie telefonu przepuszczę zaraz i od razu, co okazało się nieprawdą. Jak pokazała praktyka środki znikały faktycznie stale, ale bez rujnowania (czego się obawiałem!) budżetu zaplanowanego na pielgrzymkę.

….ale nawigacje offline (Mapy.cz i Maps.me) też się nie wysilały, A na liczniku rowerowym przybywało kilometrów i przybywało!

W końcu minąłem Bautzen (Budziszyn).

Była prawie 18:00 a ja nie miałem ani żadnej pieczątki w paszporcie ani załatwionego noclegu. Te miejsca odpoczynku które polecano mi zaczynały się od 40 € czyli jak dla mnie kosmos. Pojechałem więc w kierunku Nebelschütz.

W pewnej chwili, po minięciu Bautzen (Budziszyna) zobaczyłem życzliwie otwartą bramę i kręcących się przy samochodzie ludzi. Zagadałem więc do nich ludzkim głosem człowieka ledwo zipiącego ze zmęczenia.
- W ten sposób znalazłem nocleg.

Życzliwy pan Steffen i jego żona Anna pozwolili mi rozwiesić hamak na przyległym do domu terenie porośniętym pięknym starodrzewem. Miał to być mój pierwszy nocleg w hamaku w ogóle. Na ten egzotyczny dla mnie sposób spędzenia nocy naprowadził mnie (podczas naszego krótkiego spotkania) Jakub. On jako doświadczony hamakowicz spędził tak niejedną noc! Może on - mogę i ja: tak sobie wtedy wesoło pomyślałem.

Dumny jak paw rozwiesiłem więc hamak jak umiałem. Jak się okazało potem tenże Jakub delikatnie wskazał mi na błąd w jego zawieszeniu co mogło skutkować porannym bólem kręgosłupa.

A gospodarze okazali się nad wyraz życzliwi! Kiedy skrępowany poprosiłem o możliwość skorzystania z toalety pokazano mi osobne wejście z wc na piętrze. Remontowane poddasze miało czynny węzeł sanitarny: co za luksus, że mogłem skorzystać!

I wtedy sprawdziłem pogodę co pozwoliło mi wrócić natychmiast do rzeczywistości! Zapowiadano na 5:00 rano deszcz. Według mojej koncepcji pielgrzymowania (stary jestem!) wykluczało to deszczowe nocowanie na dworze tak w namiocie jak i hamaku.

Powyższe ośmieliło mnie do zadania Gospodarzom pytania o możliwość rozłożenia się w remontowanym pokoju. Odwagę do zadania tego pytania dały mi: posiadany footprint i mata, prześcieradło i śpiwór oraz prawo pielgrzyma aby prosić o to czego nie mogę sobie samemu zapewnić, oczywiście przyznając Gospodarzom prawo do odmowy.

Z uwagi na ten deszcz zapytałem więc czy mogę skorzystać z pokoju remontowanego który przylegał do łazienki. Okazało się, że można (super!). Dodatkowo zostałem jeszcze zaproszony na kolację. Musiałem widocznie pozyskać zaufanie gospodarzy, że zechcieli wpuścić obcego człowieka do swojego domu. Z wdzięcznością przyjąłem ich decyzję. 

Podczas posiłku okazało się, że parę tygodni wcześniej gościli oni Jakuba! Tak, t e g o Jakuba. Na taki zbieg okoliczności nie byłem przygotowany i trwam w szoku (z uwagi na koincydencję) do dzisiaj.

Rozłożenie się i odpoczynek na luksusowej podłodze odebrałem jako dar niebios. Szkoda tylko, że spałem jak zając pod miedzą. Co raz to się budziłem z emocji mimo tego, że warunki miałem naprawdę super.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz